Kraj

Trybunał Ludu

Do czego może doprowadzić majsterkowanie przy Trybunale Konstytucyjnym

Czy zarzut skoku PiS na Trybunał nie jest przesadzony? Niestety, trzeba podnosić wrzawę. Czy zarzut skoku PiS na Trybunał nie jest przesadzony? Niestety, trzeba podnosić wrzawę. Bartosz Krupa / EAST NEWS
PiS nie zdobyło większości pozwalającej zmieniać konstytucję. Czy zatem znika zagrożenie, że wprowadzi „demokraturę”? Nie. Złym sygnałem jest majsterkowanie przy Trybunale Konstytucyjnym.
PiS ma zastrzeżenia, z pozoru niewinne, wręcz proceduralne czy techniczne, lecz to groźna pułapka prawna, która może sparaliżować prace strażnika naszej konstytucji.Jerzy Dudek/Forum PiS ma zastrzeżenia, z pozoru niewinne, wręcz proceduralne czy techniczne, lecz to groźna pułapka prawna, która może sparaliżować prace strażnika naszej konstytucji.

Pierwszy projekt ustawy, jaki PiS przedłożyło Sejmowi, jeszcze w dniu inauguracji, przewidywał zasadniczą zmianę działania Trybunału Konstytucyjnego. PiS chciało unieważnić dokonany już – przez Sejm poprzedniej kadencji – wybór pięciu sędziów Trybunału. Zmienić jego prezesa i jeszcze wyposażyć prezydenta w praktyczne prawo wyboru sędziów. Projekt przewidywał, że jeśli sędzia nie złoży przysięgi w ciągu 30 dni, to traci miejsce i wybierać trzeba nowego. Sędzia nie może złożyć przysięgi sam, musi czekać na obecność prezydenta. Wystarczy więc, by prezydent zwlekał z ceremonią – i sędzia przepadł. Taki „kryzys przysięgowy” PiS już raz zastosowało.

Projekt PiS oznaczał podwójne złamanie konstytucji. Sejm ma oczywiście prawo, zwykłą większością, zmienić ustawę. Ale ten projekt zakłada ingerencję władzy ustawodawczej w sądownictwo. Rzeczonych pięciu sędziów zostało wybranych na 9-letnią kadencję i ci sędziowie już stanowią część władzy sądowniczej. Gdyby większość parlamentarna miała prawo sędziego zmienić, na czym polegałaby jego niezawisłość? Podobnie z ingerencją władzy wykonawczej, w tym wypadku prezydenta. Jeśli urządza kryzys przysięgowy, zyskuje prawo eliminacji sędziego.

Huśtanie Trybunałem

Aż tu nagle, już następnego dnia po złożeniu projektu, PiS go wycofuje. Ale mają być wprowadzone tylko „drobne poprawki techniczne” – jak stwierdził szef klubu PiS Ryszard Terlecki. Trzeba się jednak obawiać, że poprawki te wcale nie będą drobne, wręcz przeciwnie. Problem zatem pozostaje, a skok na Trybunał ma dłuższą historię. Już po zamknięciu posiedzeń starego Sejmu grupa posłów PiS skierowała do TK wniosek, by zbadać, czy sama podstawa jego działania, a ściślej przepisy nowej ustawy o Trybunale są zgodne z konstytucją. Wniosek miał swoją logikę. Dotychczas Trybunał działał na podstawie ustawy z 1997 r., a po blisko 18 latach jej obowiązywania uchwalono nową, w czerwcu tego roku. PiS ma zastrzeżenia, z pozoru niewinne, wręcz proceduralne czy techniczne, lecz to groźna pułapka prawna, która może sparaliżować prace strażnika naszej konstytucji. Niech nas więc nie zwiedzie hermetyczność prawniczych szczegółów i pozorne drobiazgi: toczy się spór o rzeczy najbardziej podstawowe dla państwa.

Wniosek PiS najwięcej uwagi poświęcał właśnie wyborowi sędziów do TK. Długą, 9-letnią kadencję sędziów wprowadzono po to, by w składzie TK znaleźli się sędziowie wybrani przez dwa (a czasem nawet trzy) kolejne parlamenty, co zapewnia pluralizm składu Trybunału i ułatwia sędziom dystans i zachowanie niezawisłości wobec zmieniających się rządzących partii. Bo to przecież one wysuwają kandydatów na sędziów. – Żałuję, że nie obmyśliliśmy mechanizmu, który nie dopuszczałby wyboru większości sędziów w ciągu jednej kadencji parlamentarnej – mówi prof. Wiktor Osiatyński, jeden z autorów konstytucji. A taka sytuacja grozi nam obecnie. To w ogóle niefortunny zbieg końca kadencji i Sejmu, i sędziów. Jeśli PiS udałoby się zakwestionować ten wybór, to oznaczałoby, że ta partia do końca kadencji miałaby w Trybunale ogromną większość, bo aż 9 „swoich” wśród 15 sędziów. We wniosku PiS były też inne tropy walki o personalia. Zbyt szczupłe są – uważa rządząca partia – uprawnienia prezydenta w wyborze prezesa i wiceprezesa Trybunału. Powinien móc wybrać spośród wszystkich sędziów, a nie być sprowadzony do roli „notariusza”, który nie może odmówić nominacji.

Sędziów TK wybiera zwykła większość sejmowa, opozycja nic w tej sprawie nie może. Już wcześniej proces wyboru został bardzo upolityczniony. By temu przeciwdziałać, od 8 lat kilka organizacji pozarządowych prowadzi monitoring obywatelski kandydatów do TK, stara się sporządzać ich profile zawodowe. Stara się też, by procedurę wyboru wydłużyć, aby kandydatów lepiej poznać. Do wyłaniania kandydatów miano włączyć wydziały prawa uniwersytetów i środowiska sędziowskie. – Przecież wiemy o sobie wszystko, kto jest jakim prawnikiem, ile jest wart – mówiła Irena Kamińska, sędzia NSA i prezes Stowarzyszenia Themis.

Niestety, te propozycje zdyskredytowano w Sejmie: posłowie zazdrośnie bronili swojej swobody desygnowania kandydatów. Odrzucili też pomysł 4-letniej karencji między funkcją polityczną a kandydowaniem do TK. Wreszcie sami kandydaci, wysunięci przez partie, zlekceważyli postulaty obywatelskich przesłuchań, a jeden z nich w ogóle odparł, że co do zasady nie widzi potrzeby przedstawienia poglądów. Nie było więc ani obywatelskiej, ani w praktyce żadnej dyskusji nad kandydatami. Wszystko byle jak: w środę zgłaszanie, a w piątek głosowanie.

Platforma zawaliła procedurę wyboru sędziów i w ogóle za późno wzięła się za prace nad ustawą, której prezydencki projekt wpłynął do Sejmu 10 lipca 2013 r. W końcu ustawa weszła w życie dopiero 30 sierpnia 2015 r., więc nie było najmniejszych szans na przyzwoity, 6-miesięczny termin zgłaszania kandydatów na sędziów z dyskusjami w środowiskach prawniczych, w Krajowej Radzie Sądownictwa itd. Stąd przepisy przejściowe, skracające terminy do miesiąca, bo kadencje trzech ustępujących sędziów skończyły już 6 listopada, a kolejnych dwóch kończą na początku grudnia, czyli zaraz. Gdyby ich nie wybrano – pięciu sędziów by nie było. Chodzi o to, że ustępujący Sejm już dosłownie w ostatniej chwili wybrał nie tylko trzech nowych sędziów na miejsce tych, których kadencja skończyła się 6 listopada, ale także dwóch innych na miejsca wakujące na początku grudnia.

To naruszenie praw Sejmu kolejnej kadencji – zarzuca PiS. Może i tak, ale gdyby tych sędziów nie wybrano, to powstałyby wakaty, zwłaszcza że ustawa przewiduje zgłaszanie kandydatur na trzy miesiące przed upływem kadencji sędziego, czyli jeszcze za „starego” Sejmu.

A był czas na porządne załatwienie sprawy. Jeszcze w kwietniu byli prezesi TK Marek Safjan, Jerzy Stępień, Bohdan Zdziennicki i Andrzej Zoll apelowali, by kandydatów zgłaszać z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, by opinia publiczna mogła się zapoznać z kandydaturami. Najwybitniejsi prawnicy naszego kraju przypomnieli, że autorytet kandydatów nie może być zweryfikowany inaczej niż przez oceny i opinie środowisk naukowych i sędziów. Tytuł ich apelu brzmiał: „Wybierzmy sędziów bez polityki”.

Prawo czy polityka?

Przed sądem polityka ma zszarganą opinię. „Wyrok polityczny” to obelga, przekonanie, że prawo poszło w kąt, a zwyciężyły jakieś brudne względy, partyjne czy personalne. I odwrotnie: jeśli sąd orzeka, że coś jest zgodne z przepisami, a jeszcze lepiej z normami konstytucyjnymi – decyzja nabiera szlachetniejszego waloru. Czy istotnie więc sędziowie konstytucyjni pracują w jakiejś niebiańskiej sferze wolnej od polityki, ponad nią? Owszem, duża większość orzeczeń dotyczy pospolitego, że tak powiem, obrotu prawnego, na przykład zakazu, by aresztant korzystał z aparatu telefonicznego do porozumiewania się z adwokatem czy prawa do świadczenia pielęgnacyjnego drugiego z rodziców, kiedy pobiera je już pierwszy, albo ekwiwalentu za wyłączenie gruntu z upraw rolnych. To niektóre z ubiegłorocznych wyroków TK. Zapewne opinia publiczna nigdy o tych sprawach nie słyszała.

Jednak te głośne sprawy, które elektryzowały czy elektryzują opinię, mają charakter polityczny. Obracają się przecież w tym samym świecie wartości, a inaczej poglądów politycznych, o które wcześniej w procesie ustawodawczym spierali się politycy, konkretnie posłowie i senatorowie z rywalizujących partii politycznych. Nie można więc na serio głosić poglądu, by sędziów konstytucyjnych trzymać z dala od polityki. Jeśli parlament, ustawodawca, jest polityczny, to i TK, nazywany czasem negatywnym ustawodawcą, bo może negować pomysły parlamentu, również jest polityczny. Porusza się często w sferze wartości, ujętych wprawdzie w języku prawniczym, ale w tak zwanych klauzulach generalnych, bardzo ogólnych – jak „dobro wspólne”, „godność człowieka jako podstawa wszystkich praw i wolności”, „państwo sprawiedliwe”, „prawo dostępu do sądu”, „prawo do prywatności” – które niczym się od pojęć politycznych nie różnią. Albo w sferze wartości moralnych, których ram nie można precyzyjnie wyrazić, czerpiąc wprost z brzmienia konstytucji.

Weźmy trzy przykłady. Najwięcej chyba komentarzy wywołała decyzja z 1997 r. w sprawie konstytucyjności ustawy aborcyjnej. Konstytucja mówi tylko, że „Polska zapewnia każdemu człowiekowi ochronę życia”. Ale czy embrion jest człowiekiem? Trudno przesądzić, a już na pewno nie na podstawie takiego jednego zdania. Rozmaite wyznania, nawet chrześcijańskie, odmiennie podchodzą do tej kwestii. TK większością głosów uznał, że konstytucyjna ochrona należy się życiu od poczęcia. Zastrzegł wprawdzie, że nie wyklucza to „różnej intensywności” ochrony prawnej – w zależności od fazy rozwoju zarodka – ale tematu nie rozwinął, choćby dlatego, że trudno takie normy wywieść z konstytucji.

W 2013 r. sędziowie sądów powszechny zaskarżyli do TK zamrożenie swoich płac, choć ustawa przewidywała podwyżki, nakazuje, by mieli „godne wynagrodzenie”. TK zgodził się z ich rozumowaniem, ale uznał, że zamrożenie jest dopuszczalne jednorazowo – dla dobra finansów publicznych. Przecież nie jest to argument prawny, tylko właśnie polityczny. Nie tak rzadko TK stan prawny zmienia, ale odracza wejście w życie swego orzeczenia właśnie ze względu na skutki finansowe podjętej decyzji. I znów – to argument typowo polityczny.

Czasem sami politycy trudny problem spychają na Trybunał. Tak było w 2012 r. z własnością i przyszłością ogródków działkowych. Czy mają nimi dysponować Skarb Państwa i samorząd terytorialny jako właściciele, Polski Związek Działkowców czy gospodarujące rodziny? Przecież to typowa decyzja polityczna, a nie prawna.

Czym zatem sędziowie, poza wykształceniem, różnią się od polityków, tym bardziej że ich kandydatury zgłaszają i popierają partie polityczne? Przede wszystkim nie powinni być związani, nawet nieformalnie, z żadną partią, nie mogą popierać żadnego programu partyjnego. TK jest polityczny, przynajmniej w niektórych decyzjach, ale nie może być partyjny. Dlatego też chcemy, by kadencja sędziów była dłuższa niż nawet dwóch Sejmów, dlatego sędziowie są nieusuwalni, mają immunitet, wysokie uposażenie, firmują orzeczenia własnym nazwiskiem i własną twarzą.

W ten sposób odrywamy ich od ewentualnego zaplecza partyjnego. Ale tak jak nikt nie dziwi się, że chcemy poznać poglądy polityków przed wyborami, tak powinniśmy się domagać obywatelskich przesłuchań kandydatów do Trybunału. Chcemy znać poglądy sędziów. Nie w konkretnych rozpoznawanych akurat sprawach, ale w tym, jak myślą o państwie i społeczeństwie. W życiu politycznym zawsze bowiem pozostaną do rozstrzygania dylematy między wolnością a bezpieczeństwem, swobodami jednostki a interesami państwa, zakresem ochrony własności i tak dalej.

Siewcy imposybilizmu

Liczący 21 stron wniosek PiS do Trybunału stawiał 11 zarzutów rozmaitej wagi; był napompowany zarzutami, najwyraźniej po to, by całą ustawę o Trybunale zdyskredytować. „Był”, bo – już po wyznaczeniu przez TK daty jego rozpatrzenia na 25 listopada i 21 grudnia – PiS wniosek wycofało, tłumacząc, że terminy kolidują z pracami Sejmu. Ale też zaraz złożyło projekt ustawy, który jeszcze energiczniej podważał niezależność sędziów. Teraz znów wycofało projekt, ale zapowiada kolejny.

Tak więc ustawa staje się podejrzana i, co gorsza, tak już określa ją prezydent. Ten otwarcie zmierza do podważenia ważności wyboru sędziów powołanych na jej podstawie. Wybór był wadliwy, poważnie naruszył zasady demokracji – twierdzi prezydent i odmawia, może tylko zwleka, z zaprzysiężeniem wybranych już sędziów. Spycha to ich na pozycję iudex suspectus, sędziów podejrzanych, co w każdym razie osłabi pozycję Trybunału w oczach opinii. Nic dziwnego, że wielu znanych prawników, na przykład prof. Andrzej Zoll, ostrzega: – Mamy do czynienia z grubą akcją, która ma sparaliżować Trybunał Konstytucyjny. To nie jest zwykła skarga. To działanie w złej wierze. Czterej byli prezesi się ponownie odezwali „z najwyższym niepokojem”, twierdząc, że działania Andrzeja Dudy prowadzą do podważenia znaczenia i autorytetu najwyższego organu kontroli konstytucyjności prawa.

Czy zarzut skoku PiS na Trybunał nie jest przesadzony? Niestety, trzeba podnosić wrzawę. Są silne poszlaki: PiS schowało wprawdzie swój projekt konstytucji, ale o zmianach ustrojowych ciągle mówi, a – bez kontroli sądowej – wiele może przeprowadzić zwykłymi ustawami. Znamy negatywny pogląd Jarosława Kaczyńskiego, w praktyce naczelnika państwa, na Trybunał Konstytucyjny. To nawet psychologicznie zrozumiałe, że wszechmocny polityk, kreator prezydenta i premiera, zżyma się na jakichś tuzinkowych sędziów, którzy mieliby stać wyżej od niego, utrudniać misję „dobrej zmiany” i podważać reprezentowaną przez zwycięzców „wolę ludzi”.

W 2006 r. Jarosław Kaczyński otwarcie atakował Trybunał, który miał „pacyfikować życie publiczne” i prowadzić do słynnego „imposybilizmu”, czyli bezsilności władzy wobec prawa. PiS również wtedy starało się o większy wpływ prezydenta na obsadę stanowisk prezesa i wiceprezesa, co ówczesny prezes Trybunału Marek Safjan oceniał jako próbę uzależnienia tego urzędu od władzy wykonawczej. Zbiegło się to z „kryzysem przysięgowym” sędziów – prezydent Lech Kaczyński odmówił powołania dziewięciu sędziów (sądów powszechnych), chciał wywalczyć sobie własne prawo do ich oceny, a te wysiłki wspierał prawnik Andrzej Duda, ówczesny podsekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta. Już wówczas PiS skierowało do Sejmu wnioski, które miały zmienić działania Trybunału. Sędziowie mieli wiele spraw rozstrzygać w pełnym składzie, co jest praktycznie niewykonalne, odracza kontrolę konstytucjonalności ustaw o całe lata.

Prawnik, który uchodzi za ojca sądów konstytucyjnych, austriacki filozof prawa Hans Kelsen sformułował z pozoru banalne w swej prostocie spostrzeżenie: dopóki w państwie nie ma niezależnego organu oceniającego decyzje ustawodawcy, dopóty konstytucja, choćby najładniejsza, pozostaje zbiorem pobożnych życzeń. Dodajmy do tego ostrzeżenie: jeśli dopuścimy do paraliżu Trybunału, stworzymy ryzyko obchodzenia i ignorowania konstytucji.

Polityka 47.2015 (3036) z dnia 17.11.2015; Polityka; s. 20
Oryginalny tytuł tekstu: "Trybunał Ludu"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Taktyka stanu wyjątkowego i bezwzględnych pushbacków nie przyniosła spodziewanych rezultatów. Łukaszenka nadal prowadzi swój sabotaż, a nawet go nasila. Polska ma ludzi na sumieniu. A ja? Co z moim sumieniem?

Renata Lis
23.09.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną