Kraj

Marsz wyklęty

Hajnówka marszem podzielona

W styczniu 2016 r. ONR Białystok, Narodowa Hajnówka i Stowarzyszenie im. Danuty Siedzikówny, Inki, ogłosili wspólną organizację I Hajnowskiego Marszu Żołnierzy Wyklętych. W styczniu 2016 r. ONR Białystok, Narodowa Hajnówka i Stowarzyszenie im. Danuty Siedzikówny, Inki, ogłosili wspólną organizację I Hajnowskiego Marszu Żołnierzy Wyklętych. Stanisław Ciok / Polityka
I Hajnowski Marsz Żołnierzy Wyklętych podzielił Hajnówkę. Jedni szli i krzyczeli: Bury nasz bohater! Drudzy im odpowiadali: Sabat ludobójców! Dokładnie tak samo jak 70 lat temu.
Pop trzyma kartkę z napisem „Czczenie takich jak Bury – głupota albo prowokacja...”.Stanisław Ciok/Polityka Pop trzyma kartkę z napisem „Czczenie takich jak Bury – głupota albo prowokacja...”.

Ociepliło się ostatnio w Hajnówce. Pogoda sprzyja maszerowaniu. Trzeba jednak przyznać, że droga do patriotycznego marszu z okazji Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, ustanowionego w 2011 r., nie była wcale prosta. Organizatorzy to przewidzieli, pisali w facebookowym zaproszeniu: „Łatwo jest manifestować w miastach, gdzie władze i lokalna ludność są w większości przychylne tematyce Żołnierzy Wyklętych. Czczenie pamięci Niezłomnych w miejscach, gdzie propaganda komunistyczna funkcjonuje dalej, wymaga charakteru i odwagi”. Były więc problemy – wiadome środowiska próbowały zablokować marsz, w wyniku ich propagandy prezydent Andrzej Duda nie objął patronatu nad wydarzeniem, organizatorzy atakowani byli personalnie, wmawiano im nienawiść do prawosławnych. Na szczęście udało się to jednak przetrwać.

Teraz w sobotę 27 lutego 2016 r. stoją dumnie pod kościołem w centrum 20-tys. Hajnówki, w większości prawosławnego miasta na wschodnim Podlasiu, choć przecież wiadomo, że to tak naprawdę powinna być centralna, Wielka Polska. Organizatorzy z przejęciem witają gościa specjalnego, przedstawiciela ruchu narodowego Artura Zawiszę. Starsi, przystrojeni w solidarnościowe odznaki, komentują po cichu obecność prowokatorów wśród obserwującego wydarzenie tłumu. Młodzi, zajęci raczej oprawą, poprawiają czapki z napisem „Wielka Polska”, żeby wyglądało.

Jeszcze chwila na kilka słów przed wyruszeniem. Mała Maja w różowej czapce ma do zgromadzonych pytanie. Kto ty jesteś? – pyta Maja. Polak mały – odpowiadają zgromadzeni i 200-osobową grupą ruszają, prowadzeni przez reprezentacyjne uczestniczki marszu, niosące baner z wizerunkami bohaterów: rotmistrza Witolda Pileckiego, Danuty Siedzikówny, Inki i kpt. Romualda Rajsa, Burego.

W tym samym czasie kilka ulic dalej, w domu na obrzeżach Hajnówki 78-letnia Nina Wawreszuk nerwowo zaciska zęby.

*

Tamtego dnia ojciec wyszedł z domu jak zwykle, z woreczkiem prowiantu zapakowanym przez babcię i wozem na żelaznych kołach wyjechał z ich rodzinnej wsi Jagodniki w kierunku Łozic po drewno. Wielu furmanów tak jak on wtedy jechało – niektórzy wyznaczeni, żeby na polecenie wójta dostarczyć drewno dla gminy Orla. Ale ojciec pojechał z własnej woli, po prostu po opał dla domu. Ośmioletnia Nina z młodszym bratem i siostrą cały dzień go wyczekiwali, aż w końcu wieczorem brat ojca zapukał w ich okno i powiedział: Nie czekajcie Iwana, bo on szybko nie przyjedzie. I rzeczywiście, minęły kolejne trzy dni i on nadal nie wracał. Po okolicy mówiło się już wtedy, że spaliła się wieś Zaleszany, że zginęli ludzie, tuż po tym, jak po nieudanym ataku na Hajnówkę, w której stacjonowali żołnierze Armii Czerwonej, zajechał tam oddział kpt. Romualda Rajsa, Burego.

Domyślali się, że ojciec też mógł zginąć, chcieli iść go szukać. Ale gdzie? Bali się, że ich też zabiją. Więc czekali.

50 lat później, w 1997 r., Nina Wawreszuk pochowa szczątki ojca w zbiorowej mogile 30 furmanów, którzy 31 stycznia 1946 r. zostali rozstrzelani w lesie koło Puchał Starych. Po kolejnych ośmiu latach, w 2005 r., w końcowych ustaleniach śledztwa prok. Dariusza Olszewskiego z białostockiego IPN Nina przeczyta, że za zabójstwo furmanów oraz zabicie części mieszkańców wsi Zaleszany i Wólki Wygonowskiej 29 stycznia 1946 r., a także mieszkańców wsi Zanie i Szpaki 2 lutego 1946 r. – w sumie za śmierć 79 osób pochodzenia białoruskiego, w tym kobiet i dzieci – odpowiedzialny jest oddział Pogotowia Akcji Specjalnej NZW, którym dowodził kpt. Romuald Rajs, pseudonim Bury, i że była to zbrodnia, która nosi znamiona ludobójstwa.

*

Bury to z jednej strony zasłużony żołnierz AK, z drugiej dowódca, który dopuścił się zabójstw na cywilach – tłumaczy prok. Dariusz Olszewski, który w prowadzonym przez trzy lata śledztwie przeanalizował zeznania 169 świadków wydarzeń z podlaskich wsi – członków rodzin ofiar, byłych żołnierzy oddziału Burego oraz dokumenty urzędowe z czasów ustroju komunistycznego. – Jako powody pacyfikacji wsi najczęściej przewijały się twierdzenia o atakach Białorusinów na żołnierzy polskiego podziemia oraz ich sprzyjaniu nowej władzy. W toku śledztwa nie uzyskano dowodów, aby tak postępowali mieszkańcy zaatakowanych wsi lub furmani. Ustalono, że wśród zabitych tylko jedna osoba należała do partii komunistycznej – tłumaczy Olszewski. Zbrodnia miała charakter czystki etnicznej. Prokurator podkreśla, że najtrudniej było mu rozmawiać z potomkami ofiar. Po kilkudziesięciu latach mieszkańcy Zaleszan czy Puchał Starych wciąż bali się mówić. Te wspomnienia w wielu przypadkach nie były przywoływane od 1946 r., nawet wśród członków najbliższej rodziny. Dopiero w latach 90. relacje świadków zaczęli dokumentować białoruscy dziennikarze.

Jerzy Kalina, dokumentalista i dziennikarz TV Biełsat, towarzyszył rodzinom zamordowanych, które od 1994 r. poszukiwały szczątków furmanów w lesie koło Puchał Starych. Pamięta, jak przestraszone staruszki pytały: A nas tu nie zabiją? Nie była to jednak pierwsza próba wydobycia kości z lasu. Pierwsza miała miejsce w 1951 r. – 27 kości udowych przeniesiono wtedy na cmentarz katolicki w Klichach. Rodziny nic o tym nie wiedziały. Gdy doszło do ponownej ekshumacji w 1997 r., z nowo odkrytej mogiły w lesie wydobyto trzy czaszki, dołączono je do szczątków z cmentarza w Klichach i przeniesiono do zbiorowej mogiły na cmentarzu w Bielsku Podlaskim.

Tymczasem w 1995 r., decyzją Sądu Warszawskiego Okręgu Wojskowego, wyrok kary śmierci z 1949 r. oraz wszystkie zarzuty wobec kpt. Romualda Rajsa, Burego, w tym te dotyczące pacyfikacji wsi, zostały unieważnione. Stało się tak dzięki wprowadzonej na początku lat 90. ustawie o uznaniu za nieważne orzeczeń wydanych wobec osób represjonowanych za działalność na rzecz niepodległego bytu państwa polskiego. Uznano, że działał on w stanie wyższej konieczności, który zmuszał do podjęcia działań nie zawsze jednoznacznych etycznie. Syn Romualda Rajsa otrzymał zadośćuczynienie, a Bury dołączył do grona żołnierzy wyklętych.

Gdy w 2011 r. prezydent Bronisław Komorowski ustanowił 1 marca Narodowym Dniem Pamięci Żołnierzy Wyklętych, Tomasz Sulima, antropolog i radny w Bielsku Podlaskim, przeczuwał, że Bury też będzie świętowany. W jego bliskiej rodzinie nikt bezpośrednio w pacyfikacjach nie zginął, jednak jako prawosławny czuł solidarność z ofiarami. Mniej więcej wtedy założył profil na FB o nazwie „Bury – nie mój bohater”. Umieszczał na nim relacje świadków, ustalenia śledztwa IPN, starał się ograniczać do historii lokalnej związanej z działalnością tzw. żołnierzy wyklętych, a nie angażować w spory ogólnopolskie.

Szybko jednak wykrystalizował się konflikt właśnie na łonie lokalnym. W tym samym czasie Bogusław Szczepan Łabędzki, katecheta i radny PiS w Hajnówce, zarejestrował stowarzyszenie im. Danuty Siedzikówny, Inki – sanitariuszki i łączniczki działającej w 5. Wileńskiej Brygadzie AK dowodzonej przez mjr. Łupaszkę, pod komendą którego przez pewien czas służył również Bury.

Kolegów z młodości katechety dziwiło jego stopniowo coraz bardziej wyraziste zaangażowanie. Pamiętali go z lat 80. jako członka lokalnej grupy reggae, skierowanego do poprawczaka za rozrzucanie w stanie wojennym opozycyjnych ulotek. Tymczasem on, w ramach działalności stowarzyszenia – mówiąc otwarcie o tym, że wynik śledztwa IPN w sprawie Burego nie jest dla niego wiążący, uznając za to rehabilitację sądu wojskowego – zajął się wychowywaniem młodzieży. Przy okazji świąt – 11 listopada, 1 marca – organizował spotkania w szkołach, na których za wzór stawiał uczniom 17–18-letnich partyzantów, jednocześnie podkreślając, że na zorganizowanie uroczystości nie dostaje dotacji z urzędu miasta. Pojawiał się też publicznie przy innych okazjach. Jerzy Kalina zapamiętał go, gdy dwa lata temu, w obstawie barczystych młodzieńców związanych z ONR Białystok i lokalną grupą Narodową Hajnówka, przyszedł na projekcję jego filmu dokumentalnego w hajnowskim domu kultury. Atmosfera zrobiła się napięta, starsi ludzie wychodzili.

Ci sami barczyści młodzieńcy widywani są w Hajnówce regularnie – po raz pierwszy mieszkańcy zapamiętali ich z obchodów 3 Maja w 2012 r., gdy skandowali „Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę”, a ostatnio z powodu zeszłorocznych zatrzymań CBŚ i zarzutów dla kilkunastu osób dotyczących handlu narkotykami i pobić, a także, w dwóch przypadkach, planowanej napaści z siekierami na ośrodek dla uchodźców w Szwecji.

W styczniu 2016 r. ONR Białystok, Narodowa Hajnówka i Stowarzyszenie im. Danuty Siedzikówny, Inki, na niedługo przed 70. rocznicą pacyfikacji wsi, ogłosili wspólną organizację I Hajnowskiego Marszu Żołnierzy Wyklętych, umieszczając na facebookowym wydarzeniu wizerunek Burego.

Tomasz Sulima otwarcie krytykował marsz w wielu wywiadach w prasie lokalnej i ogólnopolskiej. Zaproponował też, aby rada Bielska Podlaskiego wydała oświadczenie upamiętniające wydarzenia 1946 r. To samo zrobiły rada powiatu hajnowskiego i miasto Hajnówka, choć jednocześnie burmistrz Hajnówki wydał też zgodę na marsz, tłumacząc, że są to jednak obchody oficjalnego święta państwowego.

Sulima: – Gloryfikowanie Burego i marsz to czysta prowokacja. W miarę swoich możliwości staram się temu przeciwstawiać.

Bogusław Łabędzki uważa, że to on jest prowokowany przez środowiska lewicowe.

*

Kilka dni przed marszem w Hajnówce Nina Wawreszuk siedziała na przystanku autobusowym obok kobiety w podobnym wieku co ona. Kobieta zaczęła się skarżyć, że zesłano ją na Syberię. – Ale żyje pani! A mojego ojca zamordowali Polacy za narodowość! – nie wytrzymała Nina.

Od 2005 r. występowała do sądów, domagając się zadośćuczynienia za śmierć ojca. Powoływała się na wynik śledztwa IPN. Bezskutecznie. Przedawnienie, śmierć sprawcy – uzasadnienia były różne. Ale ona się uparła i jako jedyna z członków rodzin przez różne instancje doszła aż do Strasburga. Jednak w 2009 r. jej skarga ostatecznie została oddalona. Jedynym rozwiązaniem, które uprawniałoby rodziny do uzyskania odszkodowań, byłaby zmiana ustawy o kombatantach. Jednak dwie inicjatywy ustawodawcze w tej sprawie utknęły na poziomie komisji.

27 lutego po południu Nina Wawreszuk wyszła z domu i boczną drogą doszła na koniec trasy hajnowskiego marszu ku czci żołnierzy wyklętych. W tle słychać było okrzyki nawołujące do wielkiej Polski chrześcijańskiej, wieszania czerwonej hołoty oraz „To my, to my, Polacy”. Momenty ciszy wypełniały głośne komentarze obserwującego tłumu: „Bandziory! Będą nas hołotą nazywać! Wynocha do Białegostoku!”.

Przez megafon trzasnął nagle nerwowy głos organizatora: Uwaga, proszę państwa, proszę o zachowanie spokoju, czeka tu na nas pikieta, prosimy nie reagować na zaczepki! Zza kordonu policjantów powoli wyłoniła się grupka kilkunastu starszych ludzi, prawosławnych, niosących ikony. Wśród nich Nina, w wełnianej spódnicy i w berecie. Tak sobie stanęła, popatrzyła na maszerujących i spytała: Co wy najlepszego robicie? Chyba nie usłyszeli.

Polityka 10.2016 (3049) z dnia 01.03.2016; Polityka; s. 30
Oryginalny tytuł tekstu: "Marsz wyklęty"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Rynek

Ciemne strony zakupowego szaleństwa

Choć w te święta oszczędzać jeszcze nie będziemy, moda na zakupowe szaleństwa powoli się kończy. Na drodze rozpasanej konsumpcji stają coraz głośniej wyrażane obawy o przyszłość. Zarówno naszych portfeli, jak i naszej planety.

Cezary Kowanda
03.12.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną