Kraj

Teoria i praktyka chaosu

Polityka magiczna PiS

Chyba po raz pierwszy najważniejszy polski polityk stwierdził, że bezdyskusyjnie podlega nauce Kościoła. Chyba po raz pierwszy najważniejszy polski polityk stwierdził, że bezdyskusyjnie podlega nauce Kościoła. EAST NEWS
Przez dekady polska polityka wydawała się w miarę racjonalna. Owszem, bywała cyniczna, nieudolna czy niekonsekwentna, ale miała kontakt z realiami. To się właśnie dramatycznie zmienia.
W PiS dominuje przekonanie, że teraz, wobec rozchwiania reguł i ogólnego chaosu, wszystko wolno.Marcin Kaliński/Wprost/PAP/Getty Images W PiS dominuje przekonanie, że teraz, wobec rozchwiania reguł i ogólnego chaosu, wszystko wolno.
Trwa ustalanie nowego porządku, wielkie przewartościowanie celów i hierarchii. To nie jest czas liczykrupów, tylko wizjonerów, a rachunki będą płacone później.Silar/Wikipedia Trwa ustalanie nowego porządku, wielkie przewartościowanie celów i hierarchii. To nie jest czas liczykrupów, tylko wizjonerów, a rachunki będą płacone później.

Artykuł w wersji audio

Jarosław Kaczyński prowadzi politykę osobistą, wolicjonalną, niepoddającą się obiektywnym kryteriom i ogólnie przyjętym regułom. Już w kampaniach zeszłego roku zarówno Andrzej Duda, jak i Beata Szydło wprost stwierdzali, że nie ma rzeczy niemożliwych, że tak mówią tylko źli, niekompetentni ludzie i żeby im nie wierzyć. Po nudnej, suchej władzy Platformy oto zjawia się siła, która mówi językiem demiurga: popatrzcie – nie było, a jest, nie dało się, a się robi. Wystarczy chcieć. Dla części społeczeństwa, mimo całej bałamutności tych stwierdzeń, brzmiało to jak objawienie.

Nastąpiła zasadnicza zmiana reguł gry, bez uprzedzenia graczy. Przełomem było słynne „500 zł na dziecko”. Nieprzypadkowo żadna inna siła polityczna nie wpadła na ten pomysł, ponieważ jest to koncepcja z innego porządku, zrywająca z niepisaną zasadą, że nie ma rozdawnictwa publicznych pieniędzy, bo na to mógł każdy wpaść. Ale nie wpadł, bo się nie odważył.

Triumf woli

To był właśnie pierwszy przykład polityki osobistej, czyli wystawienie podatnikom rachunku za powrót do władzy prezesa PiS (pojawiła się ostatnio informacja, że pomysł ten podrzucił Kaczyńskiemu pewien biznesmen, przekonując go, że poparcie wyborców najlepiej kupić za konkretną gotówkę).

Potem były dalsze przykłady „triumfu woli”. Kiedy ZUS ogłosił, że powrót do poprzedniego wieku emerytalnego spowoduje w perspektywie deficyt w finansach państwa na kwotę około 400 mld zł, władza to kompletnie zignorowała. Premier Szydło właśnie spokojnie zapowiedziała, że obniżenie wieku przechodzenia na emeryturę nastąpi „po wakacjach”. Komisja Nadzoru Finansowego obliczyła niedawno, że projekt ustawy prezydenta Dudy, mającej pomóc tzw. frankowiczom, kosztowałby około 67 mld i upadek kilku banków.

W reakcji pojawiły się na prawicy komentarze, że KNF jest szkodliwą instytucją, na usługach poprzedniej władzy; zajęto się też troskliwie osobą szefa KNF (dopiero teraz, po cichu, projekt jest poprawiany). Bo gdy rzeczywistość nie pasuje do obietnic, to winę ponoszą ci, którzy to zauważają.

Plan Morawieckiego, do łez wzruszający tych, którzy „dają szansę PiS”, polega w zasadniczej części na wykorzystaniu funduszy unijnych. Nie przeszkadza to jednak politykom rządzącej partii w dramatycznym psuciu relacji Polski z Unią Europejską, w rzucaniu inwektyw pod adresem najważniejszych jej urzędników, w nazywaniu flagi Unii szmatą. Plan ten, by w ogóle miał jakąkolwiek szansę, musi być wsparty pozytywnymi ocenami ratingowymi, a także przekonaniem, że Polska pozostaje państwem prawa, gwarantującym przewidywalność i szeroko pojęte bezpieczeństwo inwestycji i obrotu gospodarczego. A tymczasem wiarygodność państwa jest dewastowana, każdy dzień przynosi tego przykłady.

Komisja Wenecka, zaproszona przez szefa MSZ Witolda Waszczykowskiego, wydała opinię, której główny punkt stanowi o konieczności wydrukowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie tzw. pisowskiej ustawy naprawczej; ten postulat podtrzymali ostatnio wysocy europejscy urzędnicy wizytujący Polskę. I właśnie ten najważniejszy postulat został ostentacyjnie przez władzę zignorowany. Tę samą, w której Morawiecki jest wicepremierem i która spodziewa się unijnego strumienia pieniędzy. I co nam zrobicie? Rzeczywiście, nic nie można zrobić, tyle tylko że rachunek będzie płacić całe społeczeństwo.

PiS gra jednak o całość w wymiarze metapolitycznym, chce przejąć władzę nie tylko nad rzeczywistością, ale także nad kryteriami jej oceny. Przecież stopień zaawansowania procesu „wstawania z kolan”, polepszenie tożsamości i podmiotowości ocenią sami rządzący i o tym poinformują w swoich mediach publicznych. Zwycięzców wszak nikt nie sądzi, a rodzaj i pole zwycięstwa określa władza. Wystarczy ją utrzymać. A do utrzymania potrzebne są dobrozmianowe prezenty. To jest taka specyficzna piramida finansowo-polityczna, którą trzeba stale zasilać, żeby nie upadła.

Polityka magiczna

Irracjonalność nowej polityki polega także na kreowaniu bezcennych, nieprzeliczalnych na złotówki wartości. Rozumiana po pisowsku suwerenność jest warta każdych (także utraconych) pieniędzy i wszelkich poświęceń. Jeśli Unia nas nie chce, to my nie chcemy takiej Unii. Jeśli Amerykanie dąsają się za rzekome naruszanie u nas standardów demokracji, to my będziemy dla Amerykanów nieuprzejmi i przypomnimy, że ich demokracja ma śmiesznie krótki rodowód. Mimo że to USA ma być jedynym gwarantem bezpieczeństwa Polski. Tu się nic nie zgadza. Ale im bardziej się nie zgadza, tym bardziej PiS jest górą, bo ta partia zawsze dąży do sytuacji, kiedy w każdym wariancie ma rację (np. Unia daje pieniądze, sukces władzy, Unia nie daje – bo suwerenna władza jej przeszkadza). Znowu Polska jest jedynym sprawiedliwym, ponownie możemy być zdradzeni o świcie lub wieczorem, ale trudno. Stałe odtwarzanie rytuału krzywdy i oszustwa są jedną z cech rządzącej prawicy.

Będziemy obrażać silnych (Niemcy, Francja, USA), a stworzymy koalicję słabych (nowe Międzymorze, choć nie ma chętnych na polskie przewodzenie drugiej europejskiej lidze). Nie będziemy słuchać pouczeń, bo jesteśmy wielkim narodem, ze wspaniałą przeszłością, otoczeni krajami z moralnymi długami. W takiej wizji osobista racja, specyficzne napawanie się własną mocą są ważniejsze niż realne, długofalowe interesy kraju. Jak w starej anegdocie, gdy gość przychodzi do baru, pyta, kto jest tu najsilniejszy, wali go w twarz i ucieka. Ambicje, urazy, rzekomo naruszony prestiż, rozmaite resentymenty zaczynają dominować nad chłodną oceną sytuacji Polski.

Właściwie wszystko może się teraz zdarzyć, nie ma żadnych nieprzekraczalnych ram i reguł poprawności, żadnego systemu wartości i szanowanych procedur, które mogłyby być tamą dla autorytarnych zapędów. Może przejść każda ustawa, regulacja, najbardziej absurdalny pomysł. Zwłaszcza że język symboliczny wdarł się w strefy dotąd przed nim chronione, w gospodarkę, w politykę międzynarodową, w prawne regulacje. Za sprawą PiS pojawiła się specyficzna parapolityka, w której elementy realnego świata przemieszały się z wierzeniami, mitami, siłą woli, potęgą i sprawczością przywódcy. Jarosław Kaczyński, zapytany o stanowisko w sprawie ewentualnego projektu całkowitego zakazu aborcji, odpowiedział, że jako katolik nie może mieć tu innej opinii niż episkopat, nie ma wyboru. Chyba po raz pierwszy najważniejszy polski polityk stwierdził, że bezdyskusyjnie podlega nauce Kościoła. A Antoni Macierewicz, minister obrony kraju NATO, bez najmniejszych dowodów insynuuje, że sąsiednie mocarstwo zabiło polskiego prezydenta. Polityka symboliczna, magiczna, wygrywa z tą realną.

Koniec starego piekła

Premier Szydło przy okazji inauguracji programu 500 plus powiedziała, że to kwestia godności. To stwierdzenie dobrze pokazuje owo przemieszanie porządków, realnego z mitycznym. Godności nie wypada ograniczać twardymi ekonomicznymi wymogami. Jeśli są dzieci, to musi być na dzieci. Oczywiście nikomu się przez to nie odbierze – to też deklaracje z kampanii wyborczych. Publiczne daniny nie będą przecież zwiększone, najwyżej zmieni się „system podatkowy”. To ten sam syndrom demiurga. Ale nie tylko. Pokazuje to również rozchwianie wszelkich kryteriów racjonalności, przekonanie, że dotychczasowe reguły już nie obowiązują, że jest jakiś nowy świat, a starego piekła parametrów i procedur już nie ma. Że znowu przychodzi czas silnych ludzi i ich zbawczych wizji. Że wystarczy bardzo, bardzo chcieć. A prezes PiS chce najbardziej.

W rozważaniach, o co właściwie chodzi Jarosławowi Kaczyńskiemu, dominują dziś trzy opcje. Według pierwszej ma on dalekosiężny, piekielnie konsekwentny plan stworzenia katolickiego, konserwatywnego państwa, z narzuconą przez władzę tradycją, historią, edukacją i systemem wartości. W tej wizji Kaczyński krok po kroku, bez cienia przypadkowości, realizuje ustrojowy program.

W drugiej opcji, podtrzymywanej także przez część prawicowych publicystów, konsekwencja i wyrachowanie Kaczyńskiego są przeceniane i diabolizowane, bo dużą rolę odgrywają też emocje, wymogi bieżącej chwili, sytuacyjne okazje. Choć oczywiście przy tym wszystkim prezes nie rezygnuje z chęci całkowitej przebudowy państwa.

I trzecia możliwość, że Kaczyńskiemu nie chodzi w gruncie rzeczy o nic zwartego i konkretnego, że nie ma określonego celu, a jedynym prawdziwym dążeniem jest gromadzenie władzy i przewodzenie partii. Jest kolejnym graczem, tyle że sprytniejszym i bezwzględniejszym od innych. Oczywiście ma swoje upodobania i preferencje, nazwalibyśmy je aksjologiczne, ale bez przesady, one także podlegają kalkulacjom politycznym. I są demonstrowane wtedy, gdy mogą być użyte właśnie w polityce.

Wiele wskazuje na to, że prawda o Kaczyńskim leży dzisiaj bliżej dwóch ostatnich wersji. Że całościową strategię, wciąż kierunkowo istniejącą, w praktyce zastąpiła bieżąca taktyka, logika chwilowej sytuacji. Rzeczywistość, zwłaszcza globalna, stała się tak skomplikowana, że pojawia się chęć oderwania od niej. Porzucenia gry, której reguły są niejasne, a skutki nie do ogarnięcia. I skierowania energii na pole czysto wewnętrzne, swojskie, w miarę przewidywalne, łatwiejsze do opanowania i skontrolowania (jak Trybunał Konstytucyjny).

Wielki finał

Pokusa politycznego autyzmu, powrotu do „ojczyzn”, nigdy chyba nie była tak silna jak teraz. Kaczyński nie wie, jak zachowają się wielcy światowi gracze, ale mniej więcej wie, co mogą zrobić „na prowincji” Schetyna, Petru, Kukiz, Kosiniak-Kamysz. To całkowite przejście na rynek wewnętrzny i oderwanie się od realiów zewnętrznych jest być może najbardziej wyrazistym przykładem irracjonalności współczesnej polskiej polityki – nie rozumiem, to odrzucam. W oficjalnej wersji – rozumiemy teraz więcej i głębiej, przejrzeliśmy na oczy, wstaliśmy z kolan, zdemaskowaliśmy prawdziwe intencje wrogów – dlatego je odrzucamy. Ale sens jest ten sam.

Następuje zatem powrót do polityki pierwotnej, quasi-plemiennej. Ważne stają się symbole, totemy, tożsamość, wielkość i godność. Jako przeciwieństwo polityki „małej”, „marnej”, uwikłanej w kompromisy, konsultacje i zewnętrzne zależności, czyli polityki de facto normalnej. W takiej odsłonie, jako logiczna konieczność, powraca stary motyw prawicy – wielki finał, który zwieńczy dzieło, będzie odkupieniem za wszystkie krzywdy, stanie się ziemskim edenem. Stale u polityków PiS pojawiają się stwierdzenia w rodzaju: jeszcze trochę wysiłku, konsekwencji, twardości, nieodpuszczania, a potem będzie już naprawdę wspaniale, kraj z marzeń przodków, sprawiedliwa, bezpieczna ojczyzna, pełna szczęśliwych rodzin. Podczas niedzielnych smoleńskich obchodów prezes Kaczyński znowu zapowiedział, że już blisko jest „szczyt”.

Liberalna demokracja nie zna takiego finału i szczytu. Jest tylko oferującą podstawowe obywatelskie wolności prawną ramą, która jednak nie dostarcza sensu życia, nie niweluje z automatu krzywd, nie zapewnia w prosty sposób dobrobytu. W tym sensie, jako do bólu racjonalna i prozaiczna, wydaje się nieciekawa. W czasie globalnego chaosu, obniżenia atrakcyjności zachodniego modelu społecznego, widocznego załamania oświeceniowej linii postępu i europejskiej integracji, rośnie popyt na polityczną medycynę niekonwencjonalną. Pojawiają się lokalni uzdrowiciele, którzy będą przekonywać, że wszystko jest możliwe, że chcieć – to móc. PiS w istocie uprawia coś w rodzaju politycznego i społecznego coachingu, i to na kredyt o nieoszacowanym oprocentowaniu. Jarosław Kaczyński, operujący jednocześnie wizjami wielkiej historycznej zmiany zamierzonej na pokolenia oraz codzienną dłubaniną polityczną, rozhuśtał świadomość społeczną, ale może przede wszystkim swojego obozu politycznego. On miota się między tymi dwoma biegunami, wyznaczonymi horyzontem wielkiej historii a mitręgą, przaśnością polityki małych interesów, załatwiactwem i ściboleniem. I to, co ma być niby wielkie, daje alibi temu, co małe, wszystko usprawiedliwia.

W PiS najwyraźniej dominuje przekonanie, że teraz, wobec rozchwiania reguł i ogólnego chaosu, wszystko wolno. Zachód jest zajęty uchodźcami, Ameryka ma na głowie Syrię, Kubę, Chiny, Rosja zaś ekonomiczny kryzys, jest zatem okazja, żeby w Polsce przeprowadzić małą rewolucję: sparaliżować Trybunał Konstytucyjny, przekupić wyborców, przejąć całe państwo. Wziąć wszystko, co się da. Całą władzę i wszystkie posady. Koszta nie są ważne, bo dzisiaj na dobrą sprawę nikt na świecie nie liczy pieniędzy – jak zauważył jeden z komentatorów na prawicowym forum.

Trwa ustalanie nowego porządku, wielkie przewartościowanie celów i hierarchii. To nie jest czas liczykrupów, tylko wizjonerów, a rachunki będą płacone później. Wszyscy realizują polityczne i ideologiczne cele, finanse są wtórne. Oczywiście jest to nieprawda, ponieważ Zachód wciąż dotrzymuje zasad liberalnej demokracji, zachowuje się racjonalnie, używa odpowiedniego języka, drukuje wyroki sądów konstytucyjnych, trzyma budżet w ryzach. Kryzys zachodniego świata nadal nie odebrał mu racjonalności, szacunku dla reguł. PiS fałszywie odczytuje tendencje i wyciąga z nich niewłaściwe wnioski.

Zarazem nie można pozbyć się wrażenia, że nawet nieobliczalny PiS wciąż podświadomie, gdzieś z tyłu głowy, liczy na to, że przy całym swoim szaleństwie w razie czego ktoś ich uratuje. Że przyjedzie jakiś wujek z Europy, coś umorzy, zapłaci za ekscesy, może pogrozi palcem, ale jednak nie wyrzuci. Że Ameryka wyśle brygadę i tomahawki. Inwestorzy przecież też nie wyjdą, bo niby dlaczego? Jest w tym myśleniu coś głęboko prowincjonalnego, dziecinnego, ale i prawdziwego. Irracjonalność PiS ma wciąż rozpiętą siatkę bezpieczeństwa trzymaną przez racjonalną Europę. Jak długo?

Strategia skały

Z irracjonalną polityką, wymykającą się znanym regułom logiki i przyzwoitości, bardzo trudno walczyć. Dlatego antypisowska opozycja ma z tym wielki, rosnący kłopot. Pojawia się pytanie, czy wchodzić w te kopaniny, biec tam, gdzie PiS wrzuca piłkę, spotykać się, rozmawiać, zdając sobie sprawę, że to władza ustala reguły gry, jest graczem, sędzią, a zarazem siedzi w kabinie komentatora? Czy też zdecydować się na twardą, wyniosłą postawę, stawiać, choćby przez lata, warunki brzegowe porozumienia i dawać świadectwo.

Nie jest to dylemat akademicki, co pokazuje ostatni przykład: wyraźnie widać, że rządzący próbują teraz przedstawiać żądania zaprzysiężenia trzech sędziów i wydrukowania wyroku Trybunału w sprawie tzw. ustawy naprawczej jako skrajnie radykalne, a autorów takich postulatów – jako ekstremistów. Upierać się zatem przy swoim czy nie być „ekstremistą” i szukać „światełka w tunelu”? Myląc tropy, sens, zmieniając znaczenia słów, podważając wszelkie autorytety, raporty, zewnętrzne oceny, PiS chce wprowadzić podstawowy chaos, rozchwiać kryteria oceny, narzucić własny język. Kaczyński zawsze lubił zarządzać konfliktem; w jego świecie wszystko ma być niepewne, intencje nieznane, skutki niejasne. Dla reszty sceny politycznej, która naturalnie dąży do jakiegoś porządku, stabilizacji, minimum stałości, jest to potworna męka. Po opozycyjnych liderach widać wręcz fizyczne zmaltretowanie.

Kaczyński zawsze powtarzał, że Rosja liczy się tylko z silnymi. Widać było w tym jakiś podziw i zapewne własne przekonanie o regułach rządzących polityką. Dlatego opozycji można chyba poradzić jedno – jeśli nie bardzo wiadomo, co robić, trzeba być twardym. Wejście w irracjonalny świat lidera PiS, próby poruszania się w nim, negocjacje, dawkowane poparcie, wybiórcze oceny nie mają sensu, bo w swoim świecie on zawsze będzie mistrzem. W chaosie zawsze lepszy jest ten, kto go tworzy. Pozostaje strategia skały. Tak wcześniej robił PiS. I wygrał.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Najciekawsze książki na maj 2019 (i trochę na Dzień Dziecka)

Proponujemy książki mądre, ciekawe i estetycznie wydane.

Sebastian Frąckiewicz
22.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną