Kraj

Na granicy nerwicy

Podzieleni Polacy: czy potrafimy jeszcze ze sobą rozmawiać?

Ani krzyk ani milczenie nic w Polsce nie załatwią. Ani krzyk ani milczenie nic w Polsce nie załatwią. Mirosław Gryń / Polityka
Podział na „my” i „oni”, „naród” i „rebeliantów” jest tak silny, że zaczyna wykraczać poza czysto polityczny konflikt między PiS i „nie-PiS”. Stał się częścią zbiorowej psychiki. Czy Polacy potrafią jeszcze ze sobą rozmawiać?
Sensowną strategią opozycji wydaje się teraz zaistnieć nie tylko w Alejach Ujazdowskich. Także w Sokółce czy Pabianicach.Mirosław Gryń/Polityka Sensowną strategią opozycji wydaje się teraz zaistnieć nie tylko w Alejach Ujazdowskich. Także w Sokółce czy Pabianicach.
Podzieleni i izolowani utwierdzamy się we wrogości i stereotypach.Mirosław Gryń/Polityka Podzieleni i izolowani utwierdzamy się we wrogości i stereotypach.

Artykuł w wersji audio

Zwolennik PiS? Nacjonalista, ksenofob, ultrakatolik z tradycji i wychowania, fanatyczny zwolennik całkowitego zakazu aborcji, chorobliwie skłonny do teorii spiskowych, frustrat, w życiu rodzinnym satrapa ze skłonnością do przemocy, człowiek pełen uprzedzeń, lęków, osobowość autorytarna, na granicy zdrowia psychicznego.

Przeciwnik PiS? Zdradzieckie, resortowe korzenie, złodziej i kombinator obłowiony przy obcym kapitale oraz PO, cwaniak i układowicz, agresywny wróg Kościoła i religii, snob bezrefleksyjnie podążający za elytą (mainstreamem, salonem), pozbawiony zasad w życiu prywatnym (rozwodnik, alimenciarz, gej), z pogardliwą wyższością odnoszący się do innych (wierzących, biedniejszych, mniej wykształconych), cynik i kłamca.

Z obu stron konfliktu padają wręcz aluzje co do zdrowia psychicznego adwersarzy. „Ośle uszy”, „obłęd”, „świr”, „potrzebny psychiatra” – to powtarzające się określenia. Jeden z prawicowych tygodników zdiagnozował nawet zbiorową dysfunkcję psychiczną u przeciwników rządu PiS. Czyż nie uogólniamy, nie histeryzujemy, nie upraszczamy aż do absurdu? Jakby widzowie ulegli magii sceny, jakby uwierzyli, że to wszystko na serio – ten lustrzany podział na naszych i waszych. Czyż nie jest tak, że zaczyna się unikać rodzinnych i towarzyskich spotkań, gdyby miał tam być ktoś opisiały (skodowiały)? Czyż nie omija się szerokim łukiem tematów politycznych, gdy tylko zachodzi prawdopodobieństwo, że ciotka, sąsiad, stary kumpel są z tamtych? Wśród swoich, przeciwnie, człowiek czuje się coraz bardziej komfortowo.

Wygląda to tak, jakby obok prawdziwego konfliktu politycznego, gdzie wartość argumentów i racje obu stron można bez trudu ocenić, odbywało się także coś poza indywidualną świadomością, jakiś proces psychospołeczny, w którym ludzie odstawiają na bok racjonalną, zniuansowaną wizję świata. Martwiliśmy się hejtem w internecie – dziś nie ma anonimowego komentarza odnoszącego się do wydarzeń politycznych, który nie zionąłby jadem i pogardą. Nie tylko do polityków – do tamtych. Po obu stronach. Psychologia społeczna ma ten proces nieźle rozpoznany. Niestety, dzieje się z nami coś głęboko naturalnego, wpisanego w ewolucję, w historię gatunku. Nie ma takiej społeczności, od tych dziecięcych, przedszkolnych począwszy, w której nie powstawałyby i zamykały się grupy: własna i obca.

Nie ma takiej grupy, która nie uległaby zjawisku myślenia grupowego. Jako pierwszy jego objawy opisał Irving Janis: to przekonanie, że grupa nie może popełnić błędu, jej działania są moralne i zawsze przynoszą sukces, co daje poczucie niezwyciężoności; członkowie grupy – nawet mając wątpliwości co do jej poczynań – nie tylko cenzurują innych członków, ale też narzucają sobie autocenzurę w imię „niekołysania wspólną łodzią”.

Kto przyjaciel, a kto wróg

Nie ma też takiej grupy, która nie kategoryzowałaby członków grupy obcej. Jak piszą Saundra Ciccarelli i Noland White, autorzy najpopularniejszego dziś na świecie podręcznika „Psychologia”, człowiek jest urodzonym kategoryzatorem: wrzuca tych z grupy obcej do jednego worka, a ich zachowaniu chętniej przypisuje motywy wewnętrzne niż sytuacyjne. Swoje niecności usprawiedliwia: „bo inaczej nie mogłem”. U innych przeszacowuje ich wewnętrzne cechy: „bo on już taki jest”. To tzw. podstawowy błąd atrybucji, popełniany i przez rozwodzących się małżonków, i ściągających na egzaminach studentów, i polityków wszelkich opcji. Towarzyszy mu kolejna naturalna skłonność ludzkiego umysłu, tzw. ukryta teoria osobowości – założenie, że istnieje ścisły związek między typami ludzi, cechami osobowości oraz działaniami. To np. te „niewinne” przeświadczenia, że czarnoskórzy są leniwi, rudzi wredni itd.

Przykrą przypadłością (w kontekście nawykowego dzielenia się na grupy) jest też zjawisko zagrożenia stereotypem: jeśli znasz przekonania na temat własnej grupy, tym bardziej według nich postępujesz. Klasyk psychologii Eliot Aronson przeprowadził znany eksperyment na afroamerykańskich studentach: ci, którym w kwestionariuszu poprzedzającym test polecono wpisywać rasę, zdecydowanie gorzej potem wypadali niż ci, od których nie wymagano takiej deklaracji.

Poniekąd naturalna jest nawet pogarda wobec członków grupy obcej – przynajmniej po części może wynikać z potrzeby podniesienia własnej wartości.

Po co w to wszystko nasz gatunek jest wyposażony? Najprostszej odpowiedzi dostarczyła psychologia ewolucyjna: człowiek – zwierzę społeczne, by zwiększyć swoje szanse przeżycia, musiał błyskawicznie podejmować decyzje: kto przyjaciel, kto wróg. Więc jego mózg w toku ewolucji faworyzował automatyzmy oszczędzające mu czas i fatygę intelektualną.

Do wszystkich tych ustaleń nauki społeczne dochodziły nieprzypadkowo w połowie XX w., kiedy gorączkowo szukano odpowiedzi, skąd w normalnych społeczeństwach wzięły się epidemie uprzedzeń i dyskryminacji. Szaleństwa nazizmu, bolszewizmu, rasizmu. Ludobójstwa i bratobójstwa. Próbowano też oczywiście dociec reguł, jakie rządzą zanikaniem czy celowym niwelowaniem konfliktów grupowych. Bo przecież i pokojowe scenariusze na świecie się zdarzają. Nawet gdy rozłam na swoich i obcych wydaje się „po wsze czasy” i „nie do rozwiązania”.

Z czym zatem dziś mamy do czynienia w Polsce? Czy to wciąż tylko naturalne, przejściowe mechanizmy, towarzyszące poważnej zmianie politycznej, czy też zaczynamy zbliżać się do niebezpiecznej granicy tak głębokich wzajemnych uprzedzeń, że grożą one już konfrontacją? Kto dziś powie „wojna domowa”, od razu jest kontrowany: Nie wywołuj wilka z lasu. Jaka wojna?! Czy zatem należy unikać samospełniającego się proroctwa; dopóki nie ma realnego zagrożenia, traktować to pojęcie jako swoiste tabu?

Michał Bilewicz, profesor UW, kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami, jest stosunkowo spokojny: – Na razie nic nie wskazuje na wojnę domową. Coraz liczniejsze demonstracje opozycji nie spotykają się z atakami kontrmanifestantów czy policji. A przecież, choćby w dwudziestoleciu międzywojennym, tego typu konfrontacje nieraz kończyły się strzelaninami, bijatykami i ofiarami śmiertelnymi. Dziś nam do tego bardzo daleko.

Żerowisko władzy

Nie znaczy to, że nie mamy żadnego problemu. Problemem jest władza, która swoje niesłabnące poparcie buduje na owym podziale na naszych i waszych. Na tworzeniu stereotypów i kategoryzowaniu wszystkich swoich oponentów. Na wrzucaniu ich do kolejnych worków: gorszego sortu, targowicy, resortowych dzieci itd. I na zamykaniu się w grupie własnej niczym w sekcie. Stąd ta wytrwała systematyczność we wtłaczaniu w głowy zwolenników, że przeciw nim stoi zwarta, jednolita, powiązana wspólnym interesem, a także wstrętnymi „genetycznymi” charakterami, grupa obca. Narzuca się wrażenie, że pisowscy stratedzy z premedytacją żerują na owym psychologicznym, kłopotliwym dziedzictwie w ludzkich mózgach.

Ta władza nie szuka uzasadnień zwolnień w instytucjach, urzędach, firmach i służbach publicznych – jakby obcość polityczna była ku temu powodem całkowicie wystarczającym. Nie musi. Bo jak reaguje na to pisowska grupa własna? Zwolennicy tej partii z całą pewnością nie nazwaliby tego dyskryminacją, raczej – konieczną operacją przegonienia grupy obcej (skategoryzowanej jako układowicze, cynicy, grupa kolesiów itd.).

Najbardziej niepokojące jest w tym wszystkim tworzenie przez władzę fałszywego przekonania, że różnimy się całkowicie i kompletnie. Prof. Edmund Wnuk-Lipiński w swej „Socjologii życia społecznego” uszeregował sześć możliwych typów konfliktów społecznych: aksjologiczny, interesów, na tle dostępu do władzy politycznej, reguł gry, odmiennych tożsamości społecznych oraz odmiennych pamięci historycznych. Można powiedzieć, że obecna władza używa wszystkich sześciu łopat do kopania polskiego rowu, wmawiając, że dzieli nas wszystko – od wyznawanych wartości po stosunek do żołnierzy wyklętych. Przecież większość ludzi posługujących się rozumem podchodzi do takich spraw, jak aborcja czy losy żołnierzy powojennego podziemia, w sposób zniuansowany, pojmuje dramatyzm i niejednoznaczność etyczną rozmaitych sytuacji, w których człowieka stawia życie. Ale według tej władzy można być tylko za albo przeciw. Czcić albo kpić. Być albo narodem, albo establishmentem.

Niestety, ta propagandowa kanonada działa w dwie strony. Oślepia, radykalizuje. Nasila tę głęboko ludzką skłonność kategoryzacyjną. Sprawia, że odmawiamy – jak tłumaczy prof. Bilewicz – obcym niektórych ludzkich cech, zdolności do przeżywania emocji. – Do tego mamy tendencję doszukiwania się w kategoriach pewnej esencji: myślimy, że jeśli ktoś zagłosował na PiS, to na pewno determinuje to wszelkie jego inne zachowania. To upraszcza rzeczywistość, mobilizuje do działania politycznego, ale jest na pewno krzywdzące i nie pozwala zrozumieć złożoności ludzkich przekonań. To w końcu Andrzej Gwiazda, dogmatyczny zwolennik „dobrej zmiany”, bronił wraz z ekologami doliny Rospudy przed ministrem Szyszką, a prezydent Andrzej Duda całkiem niedawno prywatnie poszedł na grób Marka Edelmana – Żyda, socjalisty, uosobienia „łże-elity”. Im bardziej będziemy traktować tożsamość pisowską jako esencję tych ludzi, tym bardziej przyłożymy się do ich radykalizacji.

Trzy rady na trzy lęki

Co więc robić? Co ma począć człowiek, który się boi, że niekontrowana władza szybko rozjedzie demokrację, prawo, wolności obywatelskie. Boi się jej zwolenników, zwłaszcza tych, którzy dostali przyzwolenie na jawne demonstrowanie ksenofobii, rasizmu, nienawiści etnicznych, fanatyzmu religijnego. Ale boi się też eskalacji napięcia, demonizowania szaleńców, przydawania im ważności. Może w imię „niekołysania wspólną, polską łodzią” nie histeryzować, nie przestrzegać, „nie wywoływać wilka z lasu”? I udawać, że nic nas specjalnie nie różni?

Przecież różni. Psychologia społeczna, choć z jednej strony obnaża mechanikę uprzedzeń, z drugiej dowodzi pewnych obiektywnych różnic pomiędzy wyborcami lewicy i prawicy. Prawicowcy – powiada prof. Bilewicz – rzeczywiście za absolutny fundament moralności uważają przywiązanie do symboli narodowych, bohaterów i różnych tabu związanych z czystością. Różnice są widoczne w cechach osobowości (liberałowie są bardziej otwarci na nowe doświadczenia, prawicowcy bardziej sumienni), a nawet w używaniu innych form gramatycznych (prawicowiec powie raczej „homoseksualista”, lewicowiec czy liberał: „osoba homoseksualna”). – Ważne jednak, żeby w ramach jednej wspólnoty państwowej ludzie ci byli w stanie się wzajemnie szanować. Ja na przykład wiem, że mój ulubiony cukiernik ma poglądy zdecydowanie prawicowe – i może właśnie dlatego tak solidnie podchodzi do wykonywanego zawodu? W końcu prawicowość łączy się z takimi cechami, które bardzo chętnie widzielibyśmy u solidnego rzemieślnika.

Pierwsza zatem wskazówka brzmiałaby: będąc przeciwko władzy, nie dyskwalifikować, nie odczłowieczać wszystkich jej dzisiejszych zwolenników. Rozumieć, że w pułapkę ślepej wrogości pcha ludzi i własna podświadomość, i w pełni świadoma retoryka władzy. Przeciw lękowi przed grupą obcą jest jedna broń: racjonalizacja. Użycie rozumu na schłodzenie emocji.

Druga wskazówka wiąże się z konstatacją, że nie nam pierwszym i nie ostatnim przydarzyła się władza, która buduje swe poparcie na antyelitarnych i antyinteligenckich emocjach wyborców. – Stąd np. język, który tak często nas bulwersuje – mówi prof. Bilewicz. – Ale tego typu język był stosowany kilka lat temu w Ameryce przez George’a W. Busha. Byłem wtedy w Nowym Jorku i też panowało wówczas wśród nowojorskiej inteligencji przekonanie, że to koniec. Że zostali zdominowani przez populistów i że naród amerykański już zawsze będzie głosował na tych, którzy będą okazywać jak największą niechęć wobec elit intelektualnych. Nikt wśród znanych mi nowojorczyków nie znał nikogo, kto głosowałby na Busha. To podobna sytuacja, jaką mamy teraz w Warszawie. Jednak minęło parę lat i preferencje polityczne Amerykanów się zmieniły. Nasze badania wskazują, że np. liberalna część polskiej młodzieży została w domu podczas ostatnich wyborów parlamentarnych. Oczywiście na podstawie wyników wyborów można powiedzieć: młodzież skręca w prawo. Jednak nie jest to cała prawda – za ten efekt w dużym stopniu odpowiada absencja wyborcza. Nie zdziwię się, jak w kolejnych wyborach młodzi zagłosują na partie liberalne i lewicowe, a prawicowi wyborcy zostaną tym razem w domu, bo osiągnęli już, co chcieli.

Druga zatem wskazówka: będąc przeciwko władzy, nie popadać w fatalizm, że jej dzisiejsi zwolennicy są na zawsze nieodwracalni. Że wszyscy ulegli jakiemuś trwałemu uszkodzeniu. Wielu broni (to kolejna reguła psychologiczna, znana zwłaszcza psychologom zajmującym się giełdą) swej „inwestycji wyborczej” i musi to potrwać. Początkowo świadomość straty zbyt godzi w poczucie własnej wartości, by tak po prostu przyznać się do chybionej decyzji.

Wreszcie trzecia rada: istnieć. Reagować na konkretne naruszenia wolności i praw. Demonstrować swoje przekonania. Pokazywać, jakie masz poglądy i co cię bulwersuje. Robić to uparcie wbrew sceptykom, którzy powiadają: a jakie znaczenie ma to łażenie w pochodach, na tej władzy nie zrobi to żadnego wrażenia, nie powstrzyma jej. Owszem, nie powstrzyma, ona będzie to wykorzystywać do kopania społecznych rowów. Ale trzeba to robić dla siebie i – w jakimś sensie – dla tamtych, onych, po drugiej stronie. Dzięki temu – tłumaczy prof. Bilewicz – rządowi nie uda się zbudować iluzji, że wszyscy Polacy gloryfikują żołnierzy wyklętych, domagają się zaostrzania kar za usunięcie ciąży, obwiniają wszystkich muzułmanów o zamachy terrorystyczne. A taka iluzja zakradła się z pewnością do wielu mniejszych, prowincjonalnych społeczności. Po prostu tam nie ma sposobności spotkać „na żywo” kogoś o zupełnie odmiennych poglądach niż obowiązujące na plebanii. Kogoś, kto ma imię, nazwisko, z kim można porozmawiać twarzą w twarz, a nie tylko wysłuchać z ekranu telewizora. Inny, z tamtych jest mało realny, wtopiony w masę demonstrantów na warszawskiej ulicy, jawi się jako nieomal kosmita, niechybnie na co dzień obwarowany w swoim stołecznym apartamentowcu. Sensowną strategią opozycji politycznej wydaje się teraz zaistnieć nie tylko w Alejach Ujazdowskich, ale też w Sokółce czy Pabianicach. Dać się zobaczyć. Też się uczłowieczyć.

Porozmawiać z cukiernikiem

Psychologia społeczna nie znalazła żadnej innej wskazówki na pojednanie zantagonizowanych grup społecznych, jak skłaniać członków obu do bycia razem – na co dzień, w prozie życia. Do współpracy i nawiązywania przyjaźni. Proste to nie jest. Od z górą 60 lat przywoływany jest słynny eksperyment „Jaskinia rozbójników”, kiedy to Muzafer Sherif zgromadził na letnim obozie 22 amerykańskich 11-letnich chłopców, podzielił ich na dwie grupy, przez pierwszy tydzień zakwaterowane osobno i w codziennych czynnościach kompletnie odseparowane. Po tygodniu wmanewrowano ich w zabawy, które polegały wyłącznie na ostrej rywalizacji między grupami. W trzecim tygodniu chłopców połączono, organizując im wyłącznie przyjemne, pozbawione elementów starcia ćwiczenia. I co? Trzeba było kolejnych kilku tygodni kryzysów i ich wspólnego przezwyciężania, by przestali się bić i awanturować. Indywidualne przyjaźnie między członkami przeciwnych grup zaczęły się zawiązywać dopiero przy „kontakcie na równych zasadach”, bez jakiejkolwiek przewagi jednej z grup nad drugą.

Jesteśmy dziś w Polsce niejako w drugim tygodniu obozu, poddawani bardzo ryzykownej próbie. Podzieleni, odizolowani, utwierdzamy się we wrogości i stereotypach.

Najbardziej boję się tego właśnie, że zaczniemy milczeć, w rozmowach ze znajomymi o przeciwnych poglądach będziemy unikać tematów politycznych – wyznaje prof. Bilewicz. – Wtedy rząd odniesie sukces – będzie mógł z łatwością i skutecznie napiętnować elity, a nikt na to nie zareaguje, bo w jego otoczeniu nie będzie nikogo o odmiennych poglądach. Jak ma to dziś miejsce na Węgrzech.

Ani krzyk, ani milczenie nic w Polsce nie załatwią. Musimy rozmawiać. Nie z władzą. Ze sobą wzajemnie, choćby z prawicowym cukiernikiem. Inaczej zapętlimy się w zgoła jaskiniowym konflikcie. Wtedy nie trzeba będzie wywoływać wilka z lasu – sam przyjdzie.

Polityka 24.2016 (3063) z dnia 07.06.2016; Temat tygodnia; s. 15
Oryginalny tytuł tekstu: "Na granicy nerwicy"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Żyjmy Lepiej

Dziesięć tysięcy kroków

Chodźmy chodzić, maszerować z kijami i biegać. Plan minimum to dziesięć tysięcy kroków dziennie. Można też zwiększyć obroty, ale trzeba to robić z głową.

Marcin Piątek
28.07.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną