Niezwykła kronikarka ćwierćwiecza

Polityka według Janiny
Dla Janiny Paradowskiej polityka oznaczała nie tylko brutalną walkę o władzę, spektakl emocji i ambicji. Zawsze szukała w niej głębszego sensu, propaństwowej misji. Była w tym coraz bardziej osamotniona.
Janina Paradowska 1942-2016
Polityka

Janina Paradowska 1942-2016

Janka była wielką wojowniczką, dokuczliwą polemistką, walącą prawdę prosto w oczy.
Michał Radwański/Burda Publishing

Janka była wielką wojowniczką, dokuczliwą polemistką, walącą prawdę prosto w oczy.

Janina Paradowska z kolegami z „Kuriera Polskiego”, 1981 r.
Archiwum

Janina Paradowska z kolegami z „Kuriera Polskiego”, 1981 r.

audio

AudioPolityka Mariusz Janicki, Wiesław Władyka - Janina Paradowska 1942-2016

POLITYKA o polityce pisała zawsze. W epoce, gdy nie dało się tego robić swobodnie, czyli przed 1989 r., czyniła to na różne inne sposoby i poprzez tematy pozornie niepolityczne. Gdy zaczęła wyłaniać się nowa Polska, czyli pod koniec lat 80., możliwości pisania o polityce najpierw się poszerzały, a potem, kiedy zlikwidowano cenzurę, otworzyły na oścież. Już przy Okrągłym Stole zaroiło się od dziennikarzy, którzy zaczęli uprawiać jak gdyby nowy zawód, czyli pisać o polityce coraz bardziej demokratycznego państwa.

Wśród nich była Janina Paradowska, wówczas dziennikarka „Życia Warszawy”. Zdążyła już pracować w kilku redakcjach (m.in. „Kurierze Polskim”), w których – jak sama to po latach mówiła – pisała o wszystkim i dla których objeżdżała cały kraj. Robiła wywiady, imała się publicystyki, pisała reportaże, jak trzeba było, to o turystyce, jak trzeba, to o szkolnictwie wyższym czy niższym. Ale gdy znalazła się przy Okrągłym Stole, poczuła, że to polityka jest jej żywiołem i dziennikarskim wyzwaniem. „Przy obsłudze obrad Okrągłego Stołu zostałam po raz pierwszy dopuszczona do zajmowania się polityką. Powstała wtedy fajna wspólnota dziennikarzy. Wszyscy wywodziliśmy się jakoś z Solidarności. O takich głębokich podziałach jak dziś nie było mowy. Mimo różnic łączyło nas poczucie wygranej” – wspominała później w jednym z wywiadów.

Poczuła wtedy, że demokratyczna polityka jest niesłychanie ważną dziedziną życia, bo reguluje wspólne dobro, więc sama może być dobrem – wbrew powszechnej i utrzymującej się do dzisiaj opinii, że jest sferą nieczystą, bagnem, do którego nie warto wchodzić. Nawet w ostatnich dniach swego życia potrafiła zwracać uwagę kolegom, by nie mówili o polityce jako o męczącym dopuście bożym, by podchodzili do niej z szacunkiem. Często mitygowała to, co uznawała za przejawy histerii w ocenie zdarzeń, za nadmierną emocjonalność. Czasami pytała: „panowie, co wy tacy smutni, stało się coś?”. „No, dobrze nie jest, demokracja trzeszczy”. „Eee tam, nie przesadzajcie, wszystko minie”. W sobie znany sposób łączyła pasję z pragmatyzmem, z cierpliwością do spraw dużych i małych.

Po Okrągłym Stole Janina przy polityce już została, wędrowała za nią wszędzie, gdzie była uprawiana. Takim specjalnym miejscem skupienia energii politycznej, tworzenia się nowego państwa i nowego ustroju, stał się wtedy Sejm wybrany 4 czerwca 1989 r., zwany kontraktowym. W ciągu kilkunastu następnych miesięcy Paradowska na gorąco donosiła, cóż takiego parlament uchwalił, co z tym zrobił rząd, jak kształtowały się poglądy i interesy, jakie powstawały środowiska polityczne i konflikty między nimi.

W tym czasie, nie wychodząc właściwie z gmachu przy Wiejskiej, zbudowała swoje pierwsze kontakty ze światem polityków, wdarła się do świadomości wielu z nich na długie lata. I to polityków z różnych stron sporów, którzy nawet ze sobą nie rozmawiali, a z Janiną Paradowską zawsze. Tak powstawał słynny notes adresowy Janki, w którym były telefony do wszystkich ważnych, w tym ich telefony prywatne. Choć miała tu zasadę: do najważniejszych osób w państwie, nawet jeśli je dobrze znała, prywatnie nie dzwoniła, zawsze korzystała z pośrednictwa sekretarek i asystentów. Stawało się jasne, że z tą akurat dziennikarką warto rozmawiać, zrozumie to, co słyszy, lojalnie nie nadużyje udzielonego zaufania. Napisze, co sama uważa za słuszne i prawdziwe, ale wedle miar i wag, które są czytelne.

POLITYKA po 1989 r. przechodziła wewnętrzną i głęboką, nazwijmy to, reformę, szukała dopasowanej do niej metody opisu i zrozumienia nowej rzeczywistości. Od początku przyjmowano założenie, że redakcja nie tylko w sensie podmiotowym, ale także treściowym powinna pójść całkowicie na swoje. Było jasne, że redakcja popiera nową Polskę, że będzie jej służyć, ale ze zrozumieniem, że wielu czytelników ma prawo mieć swoje strachy i wątpliwości, czuć niepewność, i że ważne jest, by tygodnik razem z nimi przeszedł drogę od starego do nowego. Dlatego redakcji potrzebny był autor nowej specjalizacji, reporter polityczny, który śle depesze z frontu, ale jednocześnie rozumie, w jakiej sprawie toczy się wojna i kto jest kim.

Janina Paradowska była kandydatką idealną, jeszcze do tego znała się dobrze z wieloma kolegami z POLITYKI z lat wcześniejszych. Utożsamiała się z tymi cechami i wartościami tygodnika, które czyniły go obiektem przywiązania wielu czytelników, ale też obiektem niechęci, a z czasem nienawiści wszystkich ksenofobów, bigotów, nacjonalistów, radykałów, spóźnionych antykomunistów.

Janina dołączyła do redakcji w 1991 r. i stanęła na czele utworzonego działu politycznego, którego wcześniej w POLITYCE nie było (redakcja słusznie bowiem przed 1989 r. zakładała, że istnienie takiego działu nakładałoby obowiązki pisania propagandowych czytanek o wyższości socjalizmu nad kapitalizmem). I tak po kilku przetasowaniach ułożył się trójkąt: Paradowska–Janicki – Władyka, który lokował się przy trzech biurkach w małym pokoiku przy warszawskiej ulicy Dubois. Dzieliliśmy się nawet funkcjami: najpierw szefem działu była Janka, potem Władyka, a potem Janicki.

Takie były początki. Były to jeszcze czasy, kiedy w biurach się paliło, i tak w oparach papierosowego i fajkowego dymu toczyły się dyskusje, wyłaniały tematy. Na redakcyjne zebrania Janka wkraczała z nieodłączną torebką, na którą zawsze było przygotowane oddzielne krzesło. Z torebki często odzywał się telefon, na co Janka niezmiennie reagowała: „przecież wyłączyłam”. Zabierała głos niemal na każdy temat, szukając drugiego i trzeciego dna w rozmaitych wydarzeniach, jakie przynosiło życie publiczne.

Wygłaszała z zapałem swoje racje, ale potrafiła też bardzo uważnie słuchać innych. Chciała ogarnąć wszystko, jakby z lękiem, że coś jej umknie, że czymś się nie zdąży zająć. Czasami do rozpaczy doprowadzała próbujących zbalansować tematy tygodnika redaktorów, mówiąc: „zostawcie mi z przodu trzy kolumny na coś aktualnego”. Potem zaczęła pisać cotygodniowe felietony, gdzie mogła zajmować się wszystkim, według własnej hierarchii spraw. Dla niej polityka była tasiemcowym serialem, który trzeba żmudnie opisywać. Sama o sobie mówiła, że jest rzemieślnikiem, skrybą, świadkiem wydarzeń.

W tej dziedzinie osiągnęła wyjątkową biegłość – wnikliwą i wyczerpującą faktograficznie historię polityczną III RP można oprzeć tylko na jej tekstach. Kiedy się je dzisiaj przegląda, widać, jak przez ćwierć wieku była krytyczna wobec wszystkich sprawujących władzę ugrupowań, jak je ganiła za nieróbstwo, marnowanie czasu, partyjniactwo, pazerność na posady, łamanie zasad życia publicznego i zwykłej przyzwoitości. Każdy mógł się zderzyć z jej surowym osądem, każdorazowa władza i opozycja. Kiedy dzwoniła do polityków, nie owijała w bawełnę i już w pierwszych słowach mówiła: „ale palnęliście głupstwo”, „nie wstyd wam?”. Wydawała się przy tym całkowicie odporna na marketingową stronę polityki. W gruncie rzeczy lekceważyła ten cały polityczny teatr, huczne konwencje, baloniki, wiekopomne przemówienia. Obnażała programowe ubóstwo, jakie stoi dzisiaj za tymi imprezami.

W 2007 r. Janina wspominała: „Dziennikarstwo polityczne po 1989 r. rodziło się właściwie od początku, niewiele też dawały doświadczenia dziennikarstwa przedwojennego, a próbowałam je poznać, wiele czytając i studiując, niemniej właściwie trzeba było znaleźć jakąś własną metodę i styl pisania, tak by dobrze oddawały sensy i istotę polityki polskiej kształtującej się Trzeciej RP, jakże inne niż te cechujące Drugą RP. (…) Miałam też wrażenie, że różne teorie politologiczne słabo sprawdzają się w kraju, który w szybkim tempie dokonuje transformacji i przechodzi przez wielki eksperyment historyczny. Nie ma co ukrywać, że występowało i u nas, publicystów, powszechne przekonanie, że polityka ma służyć jedności moralno-politycznej narodu, a konflikty i napięcia są tu niepotrzebne. Pospiesznie więc wyrokowaliśmy, że oto ma miejsce jakiś kolejny kryzys, że wojna, że zamach, katastrofa, tak jakby konflikty nie były istotą demokracji, a jej zadaniem nie jest unikanie konfliktów – jako przecież naturalnych i koniecznych – a ich przezwyciężenie”.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną