Kraj

Jest Rada Mediów Narodowych. Choć lepiej byłoby pisać: grupa sabotażowa do spraw mediów

Grzegorz Jakubowski / PAP
Robota tej dobrze uzbrojonej i wyszkolonej grupy oznacza ostateczny demontaż mediów publicznych.

Właśnie zakończyło się kompletowanie składu RMN, co było ostatnim etapem powoływania do życia tego dziwnego tworu, który będzie nadzorował media publiczne: TVP, Polskie Radio oraz Polską Agencję Prasową. Nadzorował w pełni. Co to znaczy?

Pięć osób – członków RMN – staje się panami (i paniami) zawodowego życia lub śmierci tysięcy pracowników mediów publicznych. Sami praktycznie nieodwoływalni, zabezpieczeni sześcioletnią kadencją, będą według własnego widzimisię mianować i dymisjonować rady nadzorcze, zarządy oraz rady programowe podległych im spółek medialnych (do tej pory robiła to Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, której kompetencje zostały w tym zakresie okrojone). Pełna swoboda, pełna bezkarność.

Nie trzeba być jasnowidzem, by wiedzieć, według jakiego klucza będą obsadzane te „ciała”. Ustawa o mediach narodowych daje możliwość podejmowania decyzji jedynie trzem członkom RMN (dwaj pozostali, reprezentujący kluby półopozycyjne – Kukiz’ 15 i opozycyjne – PO – odgrywają rolę paprotek). Oczywiście ta trójka to posłowie jedynie słusznej dziś siły, cieszący się w dodatku pełnym zaufaniem najważniejszego z prezesów. Joanna Lichocka, Elżbieta Kruk oraz główny mózg medialnego przewrotu á la PiS Krzysztof Czabański dają pełną gwarancję, że media publiczne nadawać będą zgodnie z życzeniem kwatery głównej na Nowogrodzkiej.

Żeby nie wpadły im do głowy głupie pomysły pod tytułem „wybrać wolność” do ustawy o RMN wszyta została smycz. Jej członkowie mogą pozostać posłami, co jest ewenementem i jednym z wielu zapisów ustawy budzących wątpliwości konstytucyjne. A żeby nie przyszło im na myśl zrzec się mandatu, uposażenia członków rady zapisano „na sztywno” – w wysokości średniej krajowej oscylującej wokół 4 tys. zł brutto (dla porównania, członkowie KRRiT zarabiają trzy razy więcej). Mamy więc grupę „uprzejmych ludzi”, którzy co prawda nie noszą zielonych mundurów, ale równie karnie i sprawnie przyłączą wszystkie wskazane im medialne ziemie do pisowskiej ojczyzny. Nie tak dawne wypowiedzi niektórych zwolenników „dobrej zmiany” o tworzeniu drugiej BBC brzmią dziś jak zwykłe oszustwo.

W przypadku mediów publicznych taka taktyka oznacza ich upadek – zależne od jednej partii radio, telewizja i największa agencja prasowa „publiczne” czy „narodowe” będą tylko z nazwy. Jak ukraiński Krym. Jeszcze bardziej upolityczniona, jeszcze bardziej propagandowa, a przez to jeszcze bardziej niestrawna dla widzów i słuchaczy; bez skutecznego finansowania z abonamentu, przy spadku przychodów z reklam i spadających audytoriach taka radio-telewizja skończy za kilka lat w sądzie upadłościowym.

Mglista perspektywa zbudowania czegoś nowego na jej gruzach może i brzmiałaby optymistycznie, gdyby była choć trochę realna. Ja w dobre, niezależne media publiczne już zwyczajnie nie wierzę.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Brunatne Podhale: Fajne chopaki, ideologiczne i narodowościowe

„Mundury – co tam. Schludnie ubrani. Po Chochołowskiej chodzą? A gdzie mają chodzić? Co do tych Żydów, to raczej niepotrzebnie na nich krzyczą. On osobiście raczej by nie krzyczał. Ale Żydzi są przebiegli, mają pieniądze, rządzą na świecie. Tak było, jest i będzie”.

Przemysław Witkowski
24.11.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną