„Polityka”. Dajemy pełny obraz.

Czytaj, słuchaj, odkrywaj świat!

SUBSKRYBUJ
Kraj

Podkomisja smoleńska wchodzi na szczyty. Szczyty niegodziwości

Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Dane z czarnych skrzynek były manipulowane, ich zapis był cięty. Okazało się też, że jeden z silników był niesprawny, podobnie jak generator i dwa wysokościomierze – takie „sensacje” przekazała powołana przez Antoniego Macierewicza podkomisja MON.

„Sensacje”, które nic do sprawy nie wnoszą oprócz pogłębienia zamętu wokół jednej z największych polskich tragedii po drugiej wojnie.

Członkowie podkomisji z Antonim Macierewiczem na czele spotkali się z dziennikarzami, nie dając im możliwości zadawania pytań. Taki szczegół na początek, który pokazuje nie tylko stosunek do katastrofy smoleńskiej i opinii publicznej, ale i gotowość członków komisji do obrony swych racji.

Nie o wyjaśnienie czegokolwiek chodzi, ale o zaciemnienie, „zabełtanie”, namieszanie ludziom w głowach po to, by odrzucili fakty i uwierzyli w kłamstwo, które jest na rękę nowej władzy. Przyjęcie tej „prawdy”, która urosła do rangi mitu, świeckiej religii, jest dla PiS kluczowe, bo oznacza przejście na jedną stronę. Pełne i bezpowrotne. Zabieg z podstaw manipulacji i skuteczności propagandy charakterystyczny dla totalitaryzmów.

Nie ma sensu odnosić się do przedstawionych wynurzeń tzw. ekspertów Macierewicza. Nie ma, bo trudno odnosić się do stwierdzeń ludzi, którzy nie mają pojęcia, o czym mówią. Żaden z członków podkomisji nigdy nie zbadał żadnego wypadku lotniczego. To mniej więcej tak, jakby sekcję zwłok ofiary zabójstwa zlecić preparatorom. 

Po drugie, „sensacyjne fakty” w sposób zamierzony podali bez jakichkolwiek szczegółów (informacje o cięciu zapisu czarnych skrzynek, co zresztą jest wyjaśnione w raporcie komisji Millera, o awarii silnika oraz wysokościomierzy czy o śladach ognia na szczątkach tupolewa, które miały się pojawić przed uderzeniem o ziemię i pożarem). To tak, jakby publicznie oskarżyć kogoś o zabójstwo i powiedzieć, że dowody zostaną przedstawione później.

Ignorancja płynąca z wypowiedzi członków podkomisji czasem wręcz ścinała z nóg. Choćby wtedy, gdy jej szef „ujawnił”, że części samolotu znaleziono jeszcze przed brzozą, z którą tupolew się zderzył i na której stracił fragment skrzydła. Nie powiedział jednak, że samolot jeszcze przed tym tragicznym w skutkach uderzeniem zahaczał o drzewa. O niektóre z nich – jak wskazywały ścięte gałęzie – na tyle nisko, że prawie dotykał kołami ziemi. Patrząc na uszkodzenia skrzydła utrwalone na zdjęciach wykonanych po wypadku widać, w jak wiele konarów uderzał samolot.

Nie ma sensu polemizować z tymi wyciąganymi „zza węgła” półprawdami, wyrwanymi z kontekstu nagraniami z obrad komisji etc. Polemikę będzie można podjąć dopiero wtedy, gdy podkomisja MON poda wraz z dowodami inne przyczyny katastrofy niż te, które ustaliła komisja Millera. A więc, dla przypomnienia wymienię dwie najważniejsze:

1. Piloci zeszli poniżej dopuszczalnej wysokości, tzw. wysokości decyzji, czyli 100 metrów nad lotniskiem (a z zapisu czarnych skrzynek wynika, że lecąc w wąwozie, w pewnym momencie byli... dwa-trzy metry poniżej poziomu pasa startowego smoleńskiego portu), w konsekwencji zderzyli się z drzewami, w tym z brzozą, co doprowadziło do utraty końcówki skrzydła, obrócenia się samolotu wokół osi i zderzenia z ziemią z prędkością prawie 300 km na godzinę.

2. Piloci chcieli odejść na drugi krąg w tzw. automacie, co na lotnisku nie wyposażonym w system ILS (a takim był Smoleńsk – Siewiernyj) było absolutnie niewykonalne (to dlatego nie zadziałał przycisk „odejście” na wolancie). Piloci powinni przeprowadzić ten manewr ręcznie, czyli bez użycia automatu. W końcu tak zrobili (zwiększyli ciąg silników do maksymalnego i poderwali sterami maszynę), ale było już za późno – tupolew uderzył o brzozę właśnie podczas wznoszenia.

Jak na razie zarówno podkomisja MON, jak i „eksperci”, którzy współpracują z Antonim Macierewiczem nie mają odwagi zmierzyć się z tymi faktami krok po kroku, dowód po dowodzie. Planują za to kolejne „eksperymenty” ze zderzaniem umieszczonej na pędzącym samochodzie brzozy z tupolewem. To wszystko, co z katastrofą smoleńską robi PiS, Antoni Macierewicz i jego ludzie, od dawna nie jest straszne ani śmieszne. Jest po prostu niegodziwe.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Zaszczepieni też chorują. Dlaczego trzecia dawka jest niezbędna?

Coraz więcej osób wątpi w szczepionki przeciwko covid, skoro nawet po trzech dawkach przytrafia im się zakażenie. Czy zatem decyzję o szczepieniu przypominającym lepiej odłożyć do czasu, aż pojawią się skuteczniejsze preparaty?

Paweł Walewski
04.12.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną