Kraj

Akta Antoniego M.

Tajne akta ministra obrony narodowej

Macierewicz miał w zwyczaju wydawać polecenia podwładnym, by sprawdzali dla niego różne informacje w bazie danych SKW. Macierewicz miał w zwyczaju wydawać polecenia podwładnym, by sprawdzali dla niego różne informacje w bazie danych SKW. Adam Guz /Gallo Images Poland / Getty Images
Ta historia wyjaśnia, dlaczego w 2008 r. służby odebrały Antoniemu Macierewiczowi dostęp do wszystkich tajemnic, w tym UE i NATO. Rzuca też światło na prawdziwy powód jego pospiesznego powrotu spod Smoleńska 10 kwietnia 2010 r.
Według prokuratury Macierewicz zlecał swoim podwładnym przetwarzanie informacji tajnych i ściśle tajnych z elektronicznej bazy danych operacyjnych SKW.Jakub Włodek/Reporter Według prokuratury Macierewicz zlecał swoim podwładnym przetwarzanie informacji tajnych i ściśle tajnych z elektronicznej bazy danych operacyjnych SKW.

Artykuł w wersji audio

Przez używanie prywatnej skrzynki mailowej do odbierania służbowych wiadomości prawdopodobnie Hillary Clinton przegrała bitwę o Biały Dom. Gdyby szef polskiego MON Antoni Macierewicz miał tylko takie sprawy w politycznej biografii, pewnie nikt by się tym nie przejął. Problem w tym, że ma na sumieniu rzeczy znacznie gorsze, a mimo to pełni kluczowe funkcje w partii rządzącej i w państwie.

Kopiowanie na dwa dyski

Jest 4 października 2007 r. Do wyborów parlamentarnych niespełna trzy tygodnie. Sondaże wieszczą PiS wyborczą porażkę. Antoni Macierewicz kieruje świeżo utworzoną – na gruzach Wojskowych Służb Informacyjnych – Służbą Kontrwywiadu Wojskowego, która ma m.in. chronić tajemnice polskiej armii i tropić szpiegów chcących je zdobyć. W bazach danych SKW znajdują się dziesiątki tysięcy zapisów, najcenniejsze informacje dla bezpieczeństwa państwa, coś, za co każdy wywiad dałby wiele. To nie tylko nazwiska pracowników i tajnych współpracowników, ale również listy osób typowanych jako podejrzewane o współpracę z obcymi służbami, kandydatów na agentów, sprawy, którymi SKW się interesuje. Plus całe archiwum zlikwidowanych w 2006 r. WSI. Część w formie papierowej, część zapisana na dyskach, które są częścią systemu informatycznego o nazwie EO-Baza (czyli Baza Ewidencji Operacyjnej). Wystarczy wpisać do jej wyszukiwarki nazwisko lub nazwę firmy, by otrzymać pełną informację o związkach z wojskowymi służbami.

Baza danych operacyjnych SKW znajduje się w pomieszczeniu chronionym przed podsłuchem i zakłóceniami specjalną osłoną – tzw. kabiną elektromagnetyczną. To metalowa klatka, która ma stanowić barierę dla wszelkich urządzeń inwigilujących.

Wszystko, co znajduje się w kabinie, objęte jest klauzulą ścisłej tajności. Teoretycznie nikt bez specjalnego pozwolenia nie może tam wejść ani zajrzeć do jakiejkolwiek teczki czy pliku, o kopiowaniu nie wspominając. Wszystkie wejścia i wyjścia powinny być odnotowywane, podobnie jak wynoszone dokumenty czy dane. Słowem – najściślejsza ochrona. Ale tylko w teorii. W praktyce do zasobów operacyjnych SKW za czasów Macierewicza mógł wejść każdy i kopiować wszystko, jeśli miał tylko zgodę szefa.

Cały zasób operacyjny SKW znajduje się w jej warszawskiej siedzibie przy ul. Oczki, kilkaset metrów od Dworca Centralnego. Za bezpieczeństwo zbioru odpowiadała Agnieszka W., dyrektor biura ewidencji i archiwum SKW, jedna z najbardziej zaufanych osób Macierewicza. – Zawdzięcza mu wiele, a w sensie zawodowym chyba wszystko. To on wciągnął ją do SKW – mówi jeden z byłych oficerów kontrwywiadu. W. dostała dyrektorskie stanowisko i została wysłana na kurs oficerski, mimo że nie miała wyższego wykształcenia.

4 października 2007 r. w pomieszczeniu EO-Bazy stało się coś, co można zobaczyć jedynie w filmach szpiegowskich, ale z niższej półki. Funkcjonariusze wnieśli do pomieszczenia komputer z dwoma twardymi dyskami. Tak rozpoczęło się trwające co najmniej dwa wieczory kopiowanie tajnych danych z EO-Bazy. Co dokładnie skopiowano i po co – tego nie udało się ustalić. Teoretycznie możliwe było nawet zdublowanie całej bazy danych SKW.

Według naszych informacji dane z zasobów posłużyły również do innego celu – kompilowania, czyli porównywania z danymi m.in. z Krajowego Rejestru Sądowego i Krajowego Rejestru Karnego, które gromadzą informacje o zarejestrowanych w Polsce przedsiębiorcach i osobach karanych. Robił to m.in. dyrektor biura bezpieczeństwa telekomunikacyjnego SKW Waldemar D. Jak wynika z dokumentów śledczych, polecenia funkcjonariuszom dotyczące kompilowania i przetwarzania tajnych danych wydawał sam Antoni Macierewicz oraz dyrektor jego biura. – Można tylko domniemywać, po co to zrobili. Dane, które uzyskali, to broń bezcenna i niebezpieczna zarazem, idealne narzędzie szantażu. Mogą z nimi zrobić wszystko – twierdzą nasi informatorzy ze służb, którzy znają sprawę. Jak się dowiadujemy, dane zostały zgrane na twarde dyski i kilka płyt CD. Co najmniej jedna z tych płyt zniknęła. Podobnie jak dyski. W czyich mogą być rękach, można się tylko domyślać.

Ogrodowa konspiracja

Przenieśmy się półtora miesiąca później. PiS przegrało wybory, 16 listopada 2007 r. władzę ma przejąć rząd PO-PSL. W poprzedzającą noc na ul. Oczki podjeżdżają wojskowe ciężarówki. Całość nadzoruje płk Andrzej Kowalski, zastępca Macierewicza w SKW (dziś jest szefem Służby Wywiadu Wojskowego, niedawno awansowanym przez prezydenta do stopnia generała brygady).

Żołnierze wynoszą z siedziby SKW akta zlikwidowanych WSI i ładują do samochodów. Teczki jadą kilka kilometrów dalej, do siedziby prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego przy ul. Karowej, gdzie w ślad za nimi przenosi się komisja weryfikująca żołnierzy WSI, kierowana przez byłego premiera Jana Olszewskiego i obsadzona przez ludzi bliskich Macierewiczowi (zasiadali w niej m.in. jego obecni zastępcy w MON Tomasz Szatkowski oraz Bartosz Kownacki, a także najbliżsi współpracownicy Piotr Naimski i Piotr Bączek). – To było coś absolutnie niebywałego. Jedna instytucja państwowa, czyli komisja weryfikacyjna, dokonała bezprawnego zajęcia własności innej instytucji państwowej, czyli SKW – wspomina Bogdan Klich, który w pierwszym rządzie Tuska był ministrem obrony.

Akta leżą na Karowej aż do końca czerwca 2008 r., gdy wygasa rozporządzenie premiera będące podstawą działania komisji. Donald Tusk nie podpisuje nowego, dokumenty muszą więc wrócić na Oczki. Tak też się dzieje, ale nie do końca. Wywózka dokumentów odbywa się pod dyskretnym okiem służb. Wysoki rangą funkcjonariusz kontrwywiadu opisuje, co się wówczas wydarzyło: – Dzień przed odesłaniem akt na Oczki z BBN do Pałacu Prezydenckiego w sposób zakonspirowany przeniesione zostały paczki z dyskami i nagraniami. Wiemy, że były tam kopie akt WSI oraz nagrania z posiedzeń komisji weryfikacyjnej, która przesłuchiwała żołnierzy WSI. Ale co dokładnie tam się znajdowało, może wiedzieć Antoni Macierewicz i jego ludzie.

Wiadomo – bo to wykazało jedno ze śledztw – że Macierewicz był w BBN do ostatnich minut funkcjonowania komisji weryfikacyjnej. Choć nie był jej członkiem, ale szeregowym posłem, 30 czerwca w nocy przyniósł do kancelarii tajnej w BBN „dokumenty niejawne w dużej liczbie”. Było ich tyle („liczone w setkach”), że urzędnicy nie mogli zweryfikować, czy rozliczył się ze wszystkich. Macierewicz zresztą nawet nie czekał na zakończenie formalności, tylko po prostu wyszedł.

Prawdopodobnie wśród wynoszonych tylnym wyjściem akt – BBN sąsiaduje z ogrodem Pałacu Prezydenckiego – oprócz kopii znalazły się również oryginalne dokumenty. Po przejęciu władzy przez PO nowy szef SKW zawiadomił prokuraturę o zaginięciu 16 dokumentów pobranych przez członków komisji. Część z nich miał pobrać sam Macierewicz. Śledczym nie udało się wyjaśnić, co stało się z sześcioma. Za to obecny szef MON znalazł winnych: organizatorów przewozu akt z siedziby BBN z powrotem na Oczki, którzy jego zdaniem zrobili „gigantyczny bałagan w dokumentach”.

Nasz rozmówca kontynuuje: – Z Pałacu Prezydenckiego paczki zostały przewiezione dwoma samochodami, w tym jednym należącym do ważnego dziś ministra, na Wiejską, gdzie w siedzibie Kancelarii Prezydenta miał swój gabinet Jan Olszewski.

Sprawa miała swój epilog po 10 kwietnia 2010 r. Co się stało z dokumentami przewiezionymi do Kancelarii Prezydenta, nie wiadomo. Na pewno, gdy weszli do niej ludzie Bronisława Komorowskiego, który po katastrofie smoleńskiej przejął obowiązki głowy państwa, ani żadnych dokumentów WSI, ani choćby śladów obecności Antoniego Macierewicza nie znaleźli.

Trochę światła na tę sprawę w październiku 2014 r. rzucił niechcący Jacek Kurski w programie Moniki Olejnik „Kropka nad i” w TVN24. Obecny szef TVP bronił wówczas Macierewicza, któremu zarzuca się, że choć był w Katyniu 10 kwietnia (pojechał tam pociągiem z rodzinami katyńskimi), na wieść o katastrofie natychmiast wrócił do Polski. „Zapytałem go, czemu nie pojechał. Obawiał się, że pod nieobecność wysokich przedstawicieli Kancelarii Prezydenta zostaną spenetrowane archiwa BBN” – tłumaczył kolegę Kurski, na co drugi z gości Olejnik – Michał Kamiński – zaskoczony przypomniał, że Macierewicz był wówczas szeregowym posłem, więc zasoby BBN nie powinny go interesować. „Kurski ujawnił, że Macierewicz wracał w popłochu do Warszawy grzebać w szafach pancernych BBN. Czekamy na komisję śledczą” – komentował w Radiu Zet ówczesny poseł Ruchu Palikota Andrzej Rozenek. A według TVN24 „po przyjeździe do Warszawy Macierewicz od razu udał się do Pałacu Prezydenckiego. Oficjalnie po to, by oddać hołd tym, którzy zginęli w katastrofie, ale później rozpoczął serię spotkań z urzędnikami Kancelarii Prezydenta oraz Biura Bezpieczeństwa Narodowego”.

Dlaczego jednak służby nie zawiadomiły prokuratury w sprawie wynoszonych z BBN paczek? Bo, jak tłumaczy nasz rozmówca, żaden ze świadków, który znał ich zawartość, nie zgodził się złożyć zeznań w prokuraturze. Nie ma zeznań, nie ma przestępstwa.

Ciąg dalszy miała za to sprawa nielegalnego przetwarzania i kompilowania danych w samej SKW. Gdy PO przejęła władzę, ta sprawa stała się przedmiotem wewnętrznego dochodzenia oraz śledztwa prokuratury. Co z niego wynikło?

Z materiałów, do których dotarliśmy, wyłania się przygnębiający obraz wszechobecnego bałaganu panującego w ewidencji i archiwum SKW oraz braku kontroli nad tym, co dzieje się z najważniejszymi z punktu widzenia bezpieczeństwa państwa dokumentami. Przede wszystkim sama tzw. EO-Baza przez długie lata funkcjonowała bez niezbędnych certyfikatów bezpieczeństwa. Co oznacza, że w ogóle nie powinna działać. Uruchomiono ją, co prawda, długo przed Macierewiczem, jeszcze w czasach WSI, ale ten, nadzorując weryfikację oraz likwidację tej służby oraz tropiąc różne jej wyimaginowane i prawdziwe grzechy, tego nie wychwycił. Powiedzieli mu o tym dopiero jego współpracownicy, gdy został szefem SKW.

Z powodu braku znamion

Teczki i dane nawet z materiałami ściśle tajnymi wypływały z archiwum i bazy danych w sposób niekontrolowany, wynoszone przez ludzi do tego niepowołanych, bez adnotacji, kto, co i ile wziął lub do czego zajrzał. Macierewicz miał w zwyczaju wydawać polecenia podwładnym, by sprawdzali dla niego różne informacje w bazie danych SKW. Według prokuratury zajmowały się tym trzy osoby właściwie przez cały okres jego szefowania.

Jak wykazało prokuratorskie śledztwo, kierownictwo SKW wiedziało, że niektórych akt operacyjnych brakuje. A brakowało, bo były udostępniane bez odnotowania tego faktu w dokumentacji. Odpowiedzialnością za to prokuratura obciążyła Agnieszkę W., która „nie zareagowała poprawnie i adekwatnie do zagrożenia na przekazane przez podwładnych informacje o braku akt operacyjnych, udostępnianych i przekazywanych bez udokumentowania oraz kancelaryjnej kontroli ich obiegu”.

Piątka z osób zamieszanych w nadużycia w SKW, w tym Agnieszka W. i szef gabinetu Macierewicza Krzysztof Ł., byli podejrzani o działanie na szkodę interesu publicznego. Ale w przypadku samego Macierewicza i innej funkcjonariuszki prokuratorowi prowadzącemu śledztwo nie wystarczyło determinacji, by postawić im zarzuty, ale jedynie by wszcząć śledztwo w sprawie niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień. Co ciekawe, powołał się na ten sam przepis Kodeksu karnego – 231 paragraf 1 w związku z artykułem 12 Kodeksu karnego – co w przypadku podejrzanych. Wszystkim groziły nawet trzy lata więzienia.

Według prokuratury Macierewicz zlecał swoim podwładnym przetwarzanie informacji tajnych i ściśle tajnych z elektronicznej bazy danych operacyjnych SKW (EO-Baza) „poprzez dokonywanie sprawdzeń z naruszeniem zasad udostępniania informacji niejawnych”. Prokuratura twierdziła również, że sprawdzenia te odbywały się „bez podstawy prawnej i faktycznej”. Jak to wyglądało? Właśnie m.in. z wykorzystaniem komputera wniesionego do pomieszczenia archiwum.

Czego szukali oficerowie SKW? Kogo i co sprawdzali? Tego śledczym nie udało się ustalić. Choć dowody wydawały się mocne, prokuratura w 2012 r., po trwającym cztery lata postępowaniu, umorzyła śledztwo z powodu… braku znamion przestępstwa. Dlaczego, mimo że decyzja o umorzeniu brzmi jak akt oskarżenia? Bo sama SKW uznała, że nie poniosła większych szkód. – A ściślej: do tego sprowadzały się zeznania ówczesnego zastępcy szefa SKW, któremu podlegało biuro ewidencji – tłumaczą nasi rozmówcy. Dziś oficer ten jest na emeryturze, nie chce rozmawiać na temat tamtych zeznań, twierdząc, że mogą być objęte klauzulą tajności. Motywy jego działania pozostają niejasne, choć wiele osób wskazuje na jego związki z ekipą Macierewicza. To za jego czasów trafił do SKW, obejmując funkcję szefa ważnej placówki terenowej w Poznaniu. I to prawdopodobnie jego zeznanie uchroniło Macierewicza.

Zachowanie wojskowego kontrwywiadu w sprawie nielegalnego kopiowania i wynoszenia najcenniejszych zasobów pokazuje wewnętrzny rozdźwięk, jaki panował w tej formacji po przejęciu władzy przez PO. Pokazuje również niezdecydowanie nowej ekipy rządzącej, by wyciągnąć konsekwencje wobec winnych łamania prawa za rządów PiS.

Sama SKW wszczęła wewnętrzne postępowanie wyjaśniające, zakończone odebraniem jeszcze w październiku 2008 r. tzw. poświadczenia bezpieczeństwa – czyli certyfikatu umożliwiającego wgląd do materiałów oznaczonych klauzulą ściśle tajne – Macierewiczowi, Agnieszce W. oraz trójce jej podwładnych z BEiA. Macierewicz odwołał się od decyzji szefa SKW do premiera, a gdy ten ją podtrzymał, odwołał się do sądu administracyjnego, który stwierdził, że decyzja SKW nie ma mocy prawnej, bo sprawę powinna badać Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Po wyroku sądu ABW wszczęła sprawę i ją umorzyła, uznając, że jest bezprzedmiotowa, bo po odejściu Macierewicza z SKW ważność jego certyfikatu bezpieczeństwa i tak wygasła z mocy prawa. – Ale gdy jesienią zeszłego roku Antoni został ministrem obrony, ABW powinna wrócić do sprawy, bo ustawa o dostępie do informacji niejawnych nie zna pojęcia przedawnienia. Albo ją pominęła, albo odniosła się, ale tak, by nie zrobić mu krzywdy. Faktem jest, że Macierewicz dostał poświadczenie bezpieczeństwa – twierdzą nasze źródła. ABW nie chce się na ten temat wypowiadać.

Bez poświadczenia nie mógłby sprawować urzędu. Bo o ile szefowie resortów mają z urzędu dostęp do najściślejszych nawet tajemnic państwa, to aby mieli wgląd do informacji niejawnych NATO i UE, muszą otrzymać poświadczenie bezpieczeństwa, co poprzedzone jest postępowaniem sprawdzającym prowadzonym przez ABW lub SKW. – Dokąd trafiły dokumenty z SKW? Gdzie i kto je ukrywa? – zastanawia się ważny funkcjonariusz służb. – Dziennikarz? Prawnik? Czy w ogóle są jeszcze w Polsce?

Epilog

Agnieszka W. i jej zastępca w BEiA Piotr B. wrócili do SKW. Zostali awansowani na wyższe stopnie, przywróceni na stanowiska dyrektorskie (W. znów kieruje BEiA), przywrócono im także odebrane certyfikaty bezpieczeństwa.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną