Przy-PISy Redaktora Naczelnego

Zakład o 100 tysięcy
W dziwacznej, toczonej od roku, wojnie kaczyńsko-polskiej, w której Grupa Trzymająca Władzę próbuje podbić kolejne obszary obcego jej państwa, otworzył się nowy front.

Chodzi o organizacje społeczne, nazywane pozarządowymi, czyli NGO. Nieoczekiwanie jedną z pierwszych ofiar tej wojny został wicepremier Piotr Gliński, morderczo ostrzelany z własnych szeregów (raport z frontu zamieszczamy tutaj). Ale polityczno-medialne natarcie trwa.

NGO, przypomnijmy, to bardzo nieprecyzyjne i w naszym języku kalekie określenie, obejmujące niesłychanie zróżnicowane formy aktywności społecznej. Rzadko są one ściśle pozarządowe, czyli w ogóle niekorzystające ze środków budżetowych czy wsparcia instytucjonalnego. Ale też pomoc publiczna zyskuje tu na ogół mnożnik w postaci osobistego, nieodpłatnego zaangażowania działaczy, wolontariuszy, sponsorów. Jedna złotówka zmienia się w trzy, pięć lub dziesięć. W dodatku te organizacje działają często w sektorach, dokąd administracja państwowa, z reguły zimna, bezosobowa, ograniczona priorytetami i procedurami, nie dociera albo gdzie byłaby dramatycznie niesprawna. Dla PiS NGO mają tę podstawową wadę, że należą do jakiegoś mętnego porządku „społeczeństwa obywatelskiego”, to znaczy nie podlegają bezpośrednio centralnemu Ośrodkowi Woli Politycznej, jak eufemistycznie jest nazywany Jarosław Kaczyński. A tam, gdzie PiS nie sięga, mogą się tworzyć gniazda oporu. Więc przy pomocy różnych narzędzi – od finansowych, przez kontrolne, po propagandowe – władza zamierza przetworzyć sektor pozarządowy w jakąś postać prorządowego.

Wyborcy i sympatycy PiS zapewne nie przejmą się losem atakowanych i zohydzanych w TVP działaczy oraz ich organizacji. Przeciwnie, mogą mieć swoistą satysfakcję. Badania polskich socjologów od lat pokazują dobitnie, że „zwykli Polacy” ani sami nie angażują się w społeczną działalność, ani nie ufają aktywistom, podejrzewając ich, że pod jakimiś szlachetnymi przykrywkami kręcą – jak każdy – swoje lody. To zjawisko nazwano luką społeczną, gdyż pomiędzy narodem, z którym się sentymentalnie utożsamiamy, a własną rodziną Polacy są prawie nieobecni. (Przypomnę smutną obserwację Norwida: jesteśmy wielkim narodem i żadnym społeczeństwem). Ta luka społeczna zaczęła się pomału wypełniać w ostatnim ćwierćwieczu, trochę na zasadzie imitacji, przenoszenia różnych mód i organizacji działających na Zachodzie. Były zachęty ze strony państwa i samorządów, stosunkowo łatwy dostęp do funduszy europejskich i jednoprocentowego odpisu na organizacje pożytku publicznego. Przy okazji pojawiły się grupki cwaniaków i wydrwigroszy, psujące reputację NGO, ale urosło też tysiące znakomitych organizacji pomocowych, strażniczych, hobbystycznych, kulturalnych, spontanicznie podejmujących różne misje i zadania publiczne. Ten mozolny proces tworzenia tzw. kapitału społecznego ma być teraz przerwany, może odwrócony.

Jednak zmasowany atak na organizacje społeczne (jest ich w sumie ponad 100 tys.) może mieć również pozytywne następstwa. Nie chodzi o to, że kolejna duża grupa ludzi została zaproszona do protestów, ale że mamy wyjątkową okazję i motywację, aby zrewidować własny stosunek do zorganizowanej działalności pro publico. Jej sens sprowadza się bowiem do osobistego poparcia i zaangażowania. Ani „owsiakowa”, ani „jednoprocentowa”, kwietniowa, hojność nie spełnia tego warunku, jest odfajkowaniem dobroczynności, przy minimalnym koszcie własnym. Sukces tych akcji, paradoksalnie, bardziej chyba zaszkodził, niż pomógł rozwojowi trzeciego sektora. W większości krajów zachodniego świata, tradycja, a nawet pewna norma społeczna obejmująca klasę średnią i wyższą, wręcz nakazuje wspieranie jakichś przedsięwzięć filantropijnych, kulturalnych, lokalnych. To może być parę euro czy funtów, byle regularnie, byle z własnej inicjatywy i woli. U moich zagranicznych znajomych taka lista wsparcia na kolejny rok jest rodzinnie negocjowana przy okazji bożonarodzeniowych spotkań. Fundusz charytatywny, lokalne muzeum, orkiestra, ochrona lasów amazońskich, hospicjum, stowarzyszenie feministyczne, komitet wyborczy. Czy u nas jest to kompletnie niemożliwe?

PiS zapewne zakłada, że jeśli zabierze NGO państwowe i europejskie dotacje, to tym różnym, rzekomo zatroskanym o Polskę demokratom, nawet nie będzie się chciało ruszyć ręką, nie mówiąc o poświęceniu 50 czy 100 zł miesięcznie, aby je ratować. Słusznie kombinują? Z jednej strony to bardzo budujące, że kolejne środowiska nie dają się złamać, skorumpować ani przestraszyć nowej władzy, że bronią swojej autonomii, godności i praw. Po sędziach, pracownikach służby zdrowia, nauczycielach, kobietach i wielu innych grupach znakomicie znaleźli się adwokaci, samorządowcy protestujący w obronie prezydentów miast; swój kongres zapowiadają historycy, coraz bardziej zbulwersowani prymitywną polityką historyczną PiS. Z drugiej strony ten ruch oporu, jeśli nie ma się wypalić w marszach i seminariach, musi przybierać trwalsze formy organizacyjne. Dziś najlepszym narzędziem są właśnie NGO – i te, które już istnieją, i te, które można stworzyć (wciąż jeszcze legalnie). Warunek – muszą otrzymać choćby odrobinę naszego czasu i pieniędzy. Gdyby choć milion osób (z 30 mln uprawnionych do głosowania) wydało choć kilkadziesiąt złotych miesięcznie „na społeczeństwo obywatelskie”, to – cytując Sławomira Sierakowskiego z NGO – „Kaczyński mógłby nam naskoczyć”. Tak, ten zakład o 100 tys. NGO z PiS jeszcze można wygrać.

PS Może zaproponujemy Państwu taką świąteczną, autorską listę wartych wsparcia NGO? A w przyszłym numerze wyjazdowy odpoczynek od „Przy-PiSów”; bo odpoczynku od PiS, niestety, nie mogę obiecać.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną