Kraj

Czy PiS wypowie konwencję antyprzemocową? Wiele na to wskazuje

Czy PiS wypowie konwencję antyprzemocową? Wiele na to wskazuje

PiS chce wypowiedzieć konwencję antyprzemocową PiS chce wypowiedzieć konwencję antyprzemocową European Parliament / Flickr CC by 2.0
Treść Konwencji jest dostępna – ale nie tyle jej literalne brzmienie, lecz stojąca za nim równościowa filozofia spotyka się z radykalnym sprzeciwem.

Jak donosi OKO Press, rząd Prawa i Sprawiedliwości przymierza się do wypowiedzenia tzw. konwencji antyprzemocowej. Adam Lipiński, pełnomocnik ds. równego traktowania, zaprzecza, ale trzy niezależne źródła potwierdzają, że w rządzie takie prace trwają. Niezgoda na równościową politykę nie jest niczym nowym, ale wypowiedzenie międzynarodowej umowy, która ma pomagać ofiarom przemocy, wydawało się do tej pory czymś nie do pojęcia.

Dlaczego Polska miałaby wycofać się ze zobowiązań? Dokument zakłada, że państwa sygnatariusze będą poddawać się kontroli (m.in. niezależnych ekspertów GREVIO), czy rzeczywiście kompleksowo walczą z przemocą wobec kobiet. A wyniki mamy mizerne. Akurat kilka dni temu w Sejmie opozycja zorganizowała konferencję, na której przekonywała, że Konwencja de facto nie działa. Jej przepisy są martwe, a obecny rząd nie robi nic, by się z niej wywiązać. Teraz rządowi eksperci sprawdzają ścieżkę legislacyjną, jak ją usunąć z naszego systemu prawnego i Konwencja przestanie obowiązywać także de iure. Dlaczego władzy tak na tym zależy?

Konwencja antyprzemocowa długo czekała na podpis prezydenta

Treść Konwencji jest dostępna – ale nie tyle jej literalne brzmienie, lecz stojąca za nim równościowa filozofia spotyka się z radykalnym sprzeciwem. Konwencja od początku budziła oburzenie środowisk prawicowych i konserwatywnych, z przedstawicielami Kościoła na czele. A to przyczynek do ideologicznej wojny – pisała o tym szeroko m.in. Joanna Podgórska.

To ironia losu, że idea kompleksowej walki z przemocą wobec kobiet powstała podczas Szczytu Rady Europy, jaki odbył się w maju 2005 r. właśnie w Warszawie. Wskazywano wtedy, że 45 proc. obywatelek Unii Europejskiej doświadczyło przemocy. W Polsce mamy co rok ok. miliona kobiet, które też padły jej ofiarą. Raport Centrum Praw Kobiet wskazuje, że w wyniku przemocy domowej ginie u nas blisko 500 kobiet rocznie.

A teraz to właśnie Warszawa zastanawia się, jak się z antyprzemocowej umowy wycofać. Zresztą od samego początku z dokumentem było nam nie po drodze. „Konwencja RE o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej” (zwana także Konwencją Stambulską z 2011 r.) została przez Polskę podpisana już w 2012 roku, ale prace nad jej ratyfikacją trwały. Sejm zgodził się na jej przyjęcie dopiero w 2015 r. i wkrótce potem swój podpis złożył prezydent Bronisław Komorowski. Antyprzemocowe prawo zaczęło obowiązywać w Polsce 1 sierpnia 2015 r., ale wiadomo było, że przyszła władza będzie miała z nią spory kłopot.

Z czego bierze się ta niezgoda?

Co PiS przeszkadza w Konwencji antyprzemocowej

Uzgodniona Konwencja zakłada, że źródło przemocy i nierówności tkwi w stereotypach związanych ze społeczną rolą płci (gender). Widzi związek przemocy z nierównym traktowaniem oraz religią i tradycją, które tę przemoc sankcjonują.

W Polsce podniosło się larum, że to zamach na katolicką wiarę i próba wykorzenienia chrześcijańskich tradycji – choć  kontrowersyjny zapis brzmi: „Strony gwarantują, że kultura, zwyczaje, religia, tradycja czy tzw. honor nie będą uznawane za usprawiedliwienie dla wszelkich aktów przemocy”. I odnosi się raczej nie do katolickich praktyk, ale zachowań dopuszczanych w środowiskach muzułmańskich.

Konwencja mówi bowiem o ochronie kobiet przed zabójstwami honorowymi, okaleczaniem genitaliów czy wymuszonymi małżeństwami. Ale to nie przeszkadza krzyczeć, że Europa chce nas wykorzenić.

Konwencja zakłada też, że trzeba walczyć ze stereotypami budującymi nierówność płci. Ale równość rozumiana jest tu jako równość szans, a nie tożsamość płci. Dlatego racji nie miała posłanka Beata Kempa, dziś nadzorująca prace legislacyjne rządu, która przeciwstawiała się ratyfikacji, mówiąc: „Jak facet urodzi dziecko, pogadamy o równości płci. Równość szans – tak, ale równość płci to herezje”.

Ale nie tylko ona nie godziła się z postanowieniami Konwencji. Swoje obiekcje wobec obowiązku walki ze stereotypami i promocji równości między płciami głośno wyrażał także Jarosław Gowin (wtedy minister sprawiedliwości), który zobaczył w tekście zagrożenie dla tradycyjnej roli rodziny poprzez promowanie związków homoseksualnych.

Założenia konwencji skrytykował też rzecznik Konferencji Episkopatu Polski, a i w mniej oficjalnych wystąpieniach Kościół ustami bp. Ryczana nawoływał: „Nie pozwólcie tykać polskiej rodziny. Ona i dom rodzinny są bastionem polskości, patriotyzmu, tradycji wiary”.

Klub Prawa i Sprawiedliwości wraz z prawnikami Ordo Iuris zaskarżył Konwencję do Trybunału Konstytucyjnego. To działania wymierzone w wartości takie jak rodzina, rodzicielstwo i macierzyństwo – przekonywali. Profesor Andrzej Zoll nazwał założenia Konwencji antyprzemocowej „zamachem na naszą cywilizację”.

W kwestii równości płci w Polsce nie zmienia się nic

Konwencja została jednak ratyfikowana i nie stało się nic, co miałoby zagrozić Kościołowi, rodzinie i polskości. Bo jej celem nie była walka z polską tożsamością, ale budowa kompleksowego systemu pomocy ofiarom przemocy i przeciwdziałanie jej już na wczesnych etapach.

W praktyce to na przykład szkolenia dla pracowników socjalnych, by nie pytali pobitych kobiet, dlaczego sprowokowały mężów i nie radzili zrobienia kolacji na przeprosiny – a tak się w ośrodkach interwencji kryzysowej nadal zdarza. To także finansowanie schronisk i portali pomocowych, takich jak Niebieska Linia. To wsparcie psychologiczne, poradnictwo i ochrona dla krzywdzonych kobiet, które usiłują chronić nie tylko siebie, ale i dzieci. To także programy edukacyjne i uczenie już od małego, że krzywdzić nie wolno.

Niestety, niewiele z tego udało się wprowadzić w życie. Sukcesy są właściwie tylko dwa. Po pierwsze, Konwencja wymusza na sygnatariuszach dostosowanie krajowego prawa – jeszcze przed jej ratyfikacją Polska zmieniła tryb ścigania sprawców gwałtów, którzy dotąd byli ścigani tylko na wniosek ofiary. Od 2014 r. zgwałcenie jest przestępstwem, jakie ściga się z urzędu.

Po drugie, dokument Rady Europy wprowadza nieznane dotąd polskiemu prawu pojęcie przemocy ekonomicznej. Posypały się po tym publikacje prasowe i poszedł przekaz: wydzielanie pieniędzy niepracującej żonie to też przemoc. W wielu domach okazało się to nowością.

Ale takie działania nie znajdują uznania w oczach rządzących. Symptomatyczne, że prezydent Komorowski podpisał konwencję w siedzibie Centrum Praw Kobiet, które od lat było wspierane przez wszystkie ekipy. Cieszyło się uznaniem Marii i Lecha Kaczyńskich. Ale w tym roku organizacja nie dostała nawet złotówki wsparcia – jakby rząd zdecydował, że tej pracy wspierać nie warto.

Nadal panuje u nas patriarchalny porządek, a dominację jednej płci sankcjonuje i zwyczaj, i nauczanie Kościoła. Jednym z najstraszniejszych polskich powiedzonek, sprzyjającym utrwalaniu patologii i krzywd, jest: „Nie mów nikomu, co się dzieje w domu”. Wydaje się, że o to właśnie chodzi i rządowi, i Kościołowi.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Pedofilia: odmiany, przyczyny, leczenie

Rozmowa z dr. Sławomirem Jakimą, seksuologiem, psychiatrą, psychoterapeutą.

Ewa Wilk
21.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną