Przy-PISy Redaktora Naczelnego

Siła zdziwionych
Jeśli ludność niepisowska, obserwując władzę, ma często poczucie absurdu, nierzeczywistości, to jest to stan adekwatny: PiS przeprowadza nas bowiem od fikcji III RP do iluzji IV.

Aleksander Hall pisze w dalszej części numeru, że manifestacje i publiczne protesty, nawet jeśli ignorowane i znieważane przez rządzących, są dziś podstawową formą społecznego oporu przed szaleństwami i arogancją władzy. Zgoda. Mnie wszakże podoba się sugestia, wyrażona przez rosyjską dziennikarkę Marię Gessen na łamach „New York Timesa” po zwycięstwie Trumpa, że wobec inwazji agresywnego populizmu warunkiem przetrwania liberalnej demokracji jest zachowanie przez obywateli zdolności do dziwienia się i oburzania. Oczywiście przy obecnych rządach wydaje się to łatwe, bo niezwolennik PiS ma raczej problem z gonitwą zdziwień. Nie prowadzę własnego protokołu, ale jakże tu było się nie zdziwić, że prok. Piotrowicz jest przez PiS broniony frazą „nie grzebmy w życiorysach”, że wiceministrem spraw zagranicznych zostaje, a potem być przestaje, tajemniczy niby-Amerykanin, że podpisani z imienia i nazwiska smoleńscy profesorowie żądają odebrania doktoratu Maciejowi Laskowi; że trójka pisowskich sędziów Trybunału ostentacyjnie nadużywa prawa do zwolnienia chorobowego; przywrócony do godności i urzędów p. Misiewicz przyznaje ojcu kolegi Nagrodę Nobla; chaotyczny tłok na pokładzie rządowego samolotu grozi „zamachem londyńskim”, a policja sypie na wiceministra spraw wewnętrznych ręcznie wycinane konfetti. Ale, ostrzeżenie, nie ufajmy własnym detektorom nonsensów: do wszystkiego, nawet największego absurdu, można się z czasem przyzwyczaić. Dowodem choćby „osiemdziesiąta miesięcznica katastrofy smoleńskiej”.

Jeśli się cofnąć o krok, wydostać z kręgu uprawianego od lat emocjonalnego szantażu, trzeba by sam pomysł uroczystego obchodzenia „miesięcznic” czegokolwiek, a już zwłaszcza katastrofy samolotowej, uznać za przejaw infantylnej egzaltacji. Ale przecież „widać, słychać i czuć”, o co tu chodzi. Przywykliśmy już, że co miesiąc główny aktor tego spektaklu, ze swojej dziecięcej drabinki, rzuca niepohamowane i niczym nieuzasadnione oskarżenia wobec domniemanych zabójców brata i w ogóle politycznych przeciwników. Wypadałoby kiedyś wydać antologię tych „dziesiątkowych” wystąpień, jako arcydzieło światowej literatury insynuacyjnej (mam nawet tytuł: „Są tacy, którzy...”). Jednak robienie z żałoby politycznego narzędzia już dawno przestało dziwić i oburzać. Dopiero od niedawna grupa radykalnej opozycji Obywatele RP urządza „kontrmiesięcznice”. Tym razem postanowili zaprotestować także przeciwko okrutnym i śledczo bezużytecznym ekshumacjom ofiar katastrofy. Słuszne były domniemania, że ekshumatorom chodziło głównie o epatowanie publiczności „skandalicznymi zamianami” ciał i ich fragmentów, podczas pośpiesznych pochówków przed 5 laty, jakby to było niewyobrażalne i niegodne, że ktoś może niechcący „nad swoim grobem” oddawać cześć szczątkom innych ofiar katastrofy, które połączyła wspólnota śmierci. Będzie więc zapewne trwała jakaś głęboko pogańska operacja czyszczenia trumien z „obcych” fragmentów zwłok. I już nawet nie dziwi, że Kościół nie protestuje.

Staramy się w POLITYCE, pisząc o PiS, hamować skłonność do psychologizowania, ale do wielu szokujących zachowań, wypowiedzi, decyzji dzisiejszych liderów politycznych często nie da się dobrać innego klucza. Bo to chyba nie jest tylko polityczny cynizm. Można odnieść wrażenie, że każdy z nich pozostaje w jakimś intensywnym wewnętrznym dialogu, że odnosi się do jakichś silnie przeżywanych wizji, emocji, napięć, trudnych do zrozumienia i odczytania przez kogokolwiek spoza PiS. Bez żadnej intencji obrażania liderów tej formacji, PiS to faktycznie pewien stan umysłu. I nie tylko dlatego, o czym zdarzało nam się pisać, że PiS, jak każda partia radykalna, przyciąga szczególnie pewien typ osobowości, raczej autorytarnych, nieufnych, narcystycznych, pesymistycznych. Ale też ta grupa poddawana była wieloletniej intensywnej formacji. Żeby utrzymać spoistość partii, mimo kolejnych porażek wyborczych, trzeba było – a przynajmniej taki miał zapewne pomysł Jarosław Kaczyński – stworzyć silny mechanizm racjonalizacji. Nadać sobie status ofiary i wyższą rację moralną, według sprawdzonej formuły – gloria victis. Zamknąć się na jakiekolwiek kompromisy, a nawet kontakty, z przeciwnikami. Podporządkować się charyzmie lidera. Selekcjonować z rzeczywistości tylko złe informacje lub takie, które mogłyby potwierdzić rozkład, upadek i brud wrogiego świata.

Ten czarny obraz kraju, własna totalna propaganda z czasów wieloletniej opozycji, stała się wiarą partii, psychologiczną rzeczywistością jej działaczy. Tam naprawdę gospodarka jest w ruinie, sądy skorumpowane, polityka zagraniczna na kolanach, szkoły zdemoralizowane, naród w nędzy, Tusk zdrajcą i zabójcą, Kościół prześladowany, media są niemieckie, a Polska – co było intensywnie udowadnianie w TVP przed obchodami 13 grudnia – jest okupowana przez miliony ubeków i resortowych dzieci. PiS u władzy nie zarządza realnym krajem, ale rzeczywistością wyobrażoną, wyhodowaną, gdy w opozycji trzeba było się bronić przed dezintegracją i roztopieniem. Gorzej, że po nieoczekiwanym dojściu do władzy partia była już zbyt mentalnie zniewolona, aby wyjść z kręgu własnej ortodoksji, zrobić realny audyt stanu państwa (to, co pod tym hasłem zrobiono, było kolejnym aktem czarnej propagandy) i własnych możliwości.

Jeśli ludność niepisowska, obserwując władzę, ma często poczucie absurdu, nierzeczywistości, to jest to stan adekwatny: PiS przeprowadza nas bowiem od fikcji III RP do iluzji IV. W oczekiwaniu na następne wybory, które mogą tę podróż przerwać, pozostają nam, co jakiś czas, uliczne protesty oraz najsilniejsza broń – codzienne zdziwienie.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną