Dlaczego coraz częściej dajemy się uwieść populizmowi

Pięć lekcji
Populizm stał się ostatnio najbardziej wydajnym sposobem porozumiewania się polityków z wyborcami – w Polsce, USA i wielu innych krajach. Na czym polega jego siła i jak mu się przeciwstawić?
Im bardziej peryferyjny jest naród, tym bardziej szkodliwy (i w gruncie rzeczy antynarodowy) jest nacjonalizm.
Mirosław Gryń/Polityka

Im bardziej peryferyjny jest naród, tym bardziej szkodliwy (i w gruncie rzeczy antynarodowy) jest nacjonalizm.

Sławomir Sierakowski
Leszek Zych/Polityka

Sławomir Sierakowski

audio

AudioPolityka Sławomir Sierakowski - Pięć lekcji

Agencja Reutersa, Politiko i niemal wszystkie media, które sporządzały rankingi najważniejszych albo symbolicznych dla dzisiejszej polityki postaci, umieszczały na czołowym miejscu Jarosława Kaczyńskiego. To polski przywódca obok Donalda Trumpa stał się symbolem populizmu, który przez ten rok przekroczył barierę krytyczną i stanowi dziś najpoważniejsze zagrożenie dla zachodniego modelu demokracji. Czekając na pierwsze decyzje po inauguracji prezydentury Donalda Trumpa, do którego dołączyć w tym samym 2017 r. może Marine Le Pen i inni, warto wyciągnąć kilka znaczących wniosków po roku z populizmem w Polsce. Okazał się zaskakujący i sprzeczny z oczekiwaniami. Rok z Kaczyńskim nauczył nas czegoś nowego. Taka obserwacja może szczególnie przydać się Amerykanom, Francuzom, Holendrom i Włochom, bo niedługo tam też prawdopodobnie będą rządzić populistyczni przywódcy.

Stereotypowe wyobrażenie na temat tego, co może przynieść populista u władzy, jest takie: pojawi się chaotyczny lider, który będzie wprowadzał w życie sprzeczne ze sobą postulaty. Zacznie się bałagan. Najbardziej skorzystają bogaci, bo to im wbrew obietnicom zazwyczaj próbują pomóc populiści. Oni też umieją zarabiać na destabilizacji. Stracą najbiedniejsi, bo ani Trump, ani Marine Le Pen nie będą w stanie sprowadzić fabryk na powrót do swoich państw. Nie będą też w stanie poradzić sobie z ogromną liczbą uchodźców, więc niewiele się w tej sprawie zmieni. Na koniec władza im się rozleci w rękach i skończy się na impeachmencie albo na jednej kadencji, bo to są ludzie niezdolni do rządzenia.

Podobne oczekiwania towarzyszyły Jarosławowi Kaczyńskiemu. Spodziewaliśmy się, że będzie działał na korzyść bogatych, doprowadzi do chaosu w państwie. Na końcu się potknie o własne nogi i nie dotrwa nawet do końca kadencji. Dokładnie tak było w latach 2005–07, gdy Prawo i Sprawiedliwość rządziło Polską. Tymczasem z partii całkowicie pustej programowo – nie licząc dziwacznej mieszanki piłsudczyzny z dmowszczyzną w polityce historycznej – Prawo i Sprawiedliwość stało się partią wprowadzającą zaskakujące zmiany w Polsce z rekordową szybkością i skutecznością. Niektóre z wyciągniętych na ten temat lekcji mogą się przydać innym społeczeństwom, a przede wszystkim dla tamtejszej opozycji, żeby nie dała się tak zaskoczyć jak nasza.

I.

Socjal zamiast neoliberalizmu.
PiS, które prowadziło w latach 2005–07 najbardziej neoliberalną politykę gospodarczą w III RP (np. likwidując najwyższy próg podatkowy i podatek spadkowy), zaraz po objęciu rządów rozpoczęło wdrażanie największych transferów socjalnych, jakie znają Polacy. Na każde drugie dziecko 500 zł na rękę i także na pierwsze dziecko w biedniejszych rodzinach (średnia pensja w Polsce to około 2900 zł netto, przy czym mniej niż tyle zarabia ponad dwie trzecie Polaków). W ten sposób według raportu prof. Ryszarda Szarfenberga z Instytutu Polityki Społecznej UW udało się w rok zmniejszyć ubóstwo o 20 do 40 proc., a w przypadku dzieci o 70 do 90 proc. W 2016 r. wprowadzono darmowe leki dla osób starszych niż 75 lat. Podniesiono wyżej płacę minimalną, niż zabiegali o to związkowcy, zaś wiek emerytalny obniżono. Zaplanowano również podniesienie kwoty wolnej od opodatkowania dla najbiedniejszych. Opozycja w Stanach Zjednoczonych, która spodziewa się po Trumpie, że będzie prowadził politykę szkodliwą dla najbiedniejszych i korzystną dla najbogatszych, niech się na wszelki wypadek przygotuje na odwrotną możliwość.

II.

Porządek zamiast chaosu.
Organicznym wrogiem populistów są niezależne instytucje. Populistyczni przywódcy to control-freaki. Rzeczywistość normalnej demokracji liberalnej wydaje im się totalnym chaosem, który „odpowiedzialna za państwo” władza musi „uporządkować”. Pluralizm medialny to chaos informacyjny. Niezależne sądownictwo to chaos prawny. Niezależna administracja publiczna to chaos instytucjonalny. Społeczeństwo obywatelskie to chaos społeczny, warcholstwo. Ale to nie znaczy, że ten chaos powstał samoczynnie. Według populistów nic tak nie powstaje. Kaczyński nie wierzy w przypadki. Podobnie jak nie wierzy w nie Trump. Jeśli coś nie zależy ode mnie, to znaczy, że zależy od wroga. A zatem jest w interesie elit, obcych sił, poprzedników u władzy. Polityka to podział nie na odmienne stanowiska, ale na bohaterów i zdrajców. Jeśli to my chcemy „Make Poland Great Again”, to nasi przeciwnicy są a priori zdrajcami, nie mogą więc być równoprawnymi kandydatami do władzy. A to populistycznego przywódcę wręcz zobowiązuje do zwalczenia opozycji i ograniczenia jej praw.

Przede wszystkim jednak iluzją jest przekonanie, że populistyczny przywódca wprowadzi chaos. Jeśli mu pozwoli na to opozycja, będzie dążył do podporządkowania sobie wszystkich możliwych instytucji w państwie: prokuratury, sądów, mediów, biznesu, instytucji kultury, endżiosów itd. Fakt, że Donald Trump już w dniu inauguracji ruszył z podpisywaniem całej masy rozporządzeń, wygląda bardzo podobnie do blitzkriegu zafundowanego nam przez PiS.

III.

Wybieralna dyktatura zamiast demokracji.
Typ idealny ustroju, do którego zwalczanie niezależnych instytucji prowadzi, to wybieralna co cztery lata dyktatura. Dzisiejsi populiści chcą i potrafią wygrywać wybory, ale ich definicja demokracji nie sięga dalej. Pozostałe reguły demokracji liberalnej (takie jak szacunek dla mniejszości, trójpodział władzy, niezależne media czy sądownictwo) uważają za atak na władzę większości, czyli na samą demokrację. I tak to skutecznie przedstawiają społeczeństwu. Politycy tacy jak Jarosław Kaczyński zwalczają bardziej liberalizm niż demokrację. Zrywają ten powojenny związek, wyrzucając demokrację liberalną z kanonu zachodniej polityki.

To, czego organicznie nie znoszą populiści, to wolność, a nie wybory. Nie każda demokracja musi być liberalna. Demokracja może być także dyktaturą wybieraną raz na cztery lata. Przynajmniej według populistów. Inna sprawa, czy bez liberalizmu do utrzymania jest na dłuższą metę sam mechanizm demokratycznych wyborów. Podporządkowanie sobie niezależnych instytucji i podważanie praw opozycji daje populistom wystarczającą przewagę, żeby byli pewni wyborczego zwycięstwa.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną