W Unii, przy Unii czy poza nią?

Czekając na odwilż
Polska wybrała fatalny moment na obrażanie się i bezczynność w Europie. Następny rząd może mieć już do czynienia z zupełnie inną Unią, do której znów będziemy musieli aplikować.
W Unii prawdopodobnie już pod koniec tego roku dojdzie do przyspieszenia integracji wokół rdzenia złożonego z państw strefy euro.
Mirosław Gryń/Polityka

W Unii prawdopodobnie już pod koniec tego roku dojdzie do przyspieszenia integracji wokół rdzenia złożonego z państw strefy euro.

Nie możemy się domagać wspólnej polityki wobec Rosji i jednocześnie być zwolennikiem Unii minimalistycznej, opartej zaledwie na wspólnym rynku.
Mirosław Gryń/Polityka

Nie możemy się domagać wspólnej polityki wobec Rosji i jednocześnie być zwolennikiem Unii minimalistycznej, opartej zaledwie na wspólnym rynku.

Pierwszy raz od przystąpienia do Unii, doszło do sytuacji, w której nasz wpływ na to, co się dzieje w Brukseli, jest znikomy z powodu naszych własnych decyzji.
Mirosław Gryń/Polityka

Pierwszy raz od przystąpienia do Unii, doszło do sytuacji, w której nasz wpływ na to, co się dzieje w Brukseli, jest znikomy z powodu naszych własnych decyzji.

audio

AudioPolityka Marek Ostrowski Łukasz Wójcik - Co po PiS Czekając na odpowiedź

Po konflikcie o Donalda Tuska pozycja polskiego rządu w Brukseli nabrała charakteru niszowego. „Dla nas zdolność powiedzenia »nie«, nawet w konfrontacji z wszystkimi innymi, to powrót do sytuacji podmiotowej” – przekonywał w wywiadzie dla „wSieci” Jarosław Kaczyński. – W tym sensie Korea Północna również jest w sytuacji podmiotowej – komentuje polski dyplomata od lat pracujący w strukturach unijnych. I dodaje, że reakcje w Brukseli na to, co się stało z wyborem szefa Rady, wahają się od satyrycznych do alarmujących, ale to te drugie przeważają. – To nawet nie chodzi o wiarygodność czy o brak kompetencji negocjacyjnych. Problemem jest dominujące już dziś przeświadczenie, że Polska w Brukseli świadomie działa w złej woli.

W ten sposób, pierwszy raz od przystąpienia do Unii, doszło do sytuacji, w której nasz wpływ na to, co się dzieje w Brukseli, jest znikomy z powodu naszych własnych decyzji. Bo z jednej strony nikt już tam poważnie nie potraktuje ministra Witolda Waszczykowskiego. Nikt nie przyjmie już tak po prostu, że działamy dla dobra wspólnoty. Z drugiej strony sam polski rząd umywa ręce, grając rolę co najwyżej hamulcowego. Dzieje się to zarówno z braku koncepcji (nikt już nie mówi o polskiej inicjatywie zmiany traktatów), jak i z braku zdolności sojuszniczych. I tak polski rząd, rzucający bez przerwy frazesami o suwerenności, wyzbywa się tejże suwerenności, rezygnując ze współtworzenia unijnej polityki w zakresach, które nas dotyczą.

Czy jest to stan przejściowy, trudno dziś wyrokować. – Bardziej umiarkowane tony wobec Unii, płynące ostatnio od przedstawicieli PiS, są raczej reakcją na gwałtowne załamanie się sondaży po awanturze z Tuskiem – mówi dr Paweł Kowal z Instytutu Nauk Politycznych PAN. Fundamenty pozostają jednak niezmienne; nie będzie więc szaleństwem założenie, że tak może wyglądać polska polityka wobec Unii do końca kadencji Sejmu.

I tu należy się dopatrywać największego zagrożenia dla interesu Polski. W Unii prawdopodobnie już pod koniec tego roku dojdzie do przyspieszenia integracji wokół rdzenia złożonego z państw strefy euro. Przyspieszenia, które wymknie się ze znanych dotychczas formatów współpracy. Nie będzie zachowania status quo dla krajów Unii spoza tego kręgu. Eksperci wpływowego brukselskiego think tanku Breugel przekonują, że może powstać coś na kształt bieda-Unii – z całą unijną konstrukcją instytucjonalną, ale bez funduszy europejskich, które trafią do państw rdzenia. Polska wybrała więc fatalny moment na obrażanie się i bezczynność.

1.

Źródłem tego błędu jest zła diagnoza PiS dotycząca przyszłości Unii. A jest to wizja bardzo pesymistyczna. Jak pisze w książce „Utopia europejska” prezydencki minister Krzysztof Szczerski wskutek rosnącego izolacjonizmu dojdzie jeśli nie do formalnego, to z pewnością faktycznego rozkładu wspólnoty. Jak mówi nam polityk bliski PiS, wbrew pozorom to nigdy nie była wizja przyjmowana w tym ugrupowaniu z entuzjazmem. Kierownictwo partii oczywiście nie marzy o Europie federalnej, ale też zdaje sobie sprawę, że rozkład Unii oznaczałby również co najmniej dwie obiektywnie złe dla Polski konsekwencje. Po pierwsze, drastyczne ograniczenie transferów finansowych (to już ponad 80 mld euro od początku członkostwa). Po drugie, destabilizację geopolityczną, która byłaby dla Polski niekorzystna.

Taka diagnoza skłoniła Jarosława Kaczyńskiego do przygotowania swojego planu B dla Europy, przy ambitnym założeniu, że sama jego atrakcyjność – bez przesadnych działań dyplomatycznych – przyniesie mu sojuszników i pozwoli na zmianę traktatów. – Plan ten, bynajmniej nie nowatorski w Europie, według PiS stawiałby Polskę w awangardzie politycznych przemian – uważa Piotr Buras, szef warszawskiego oddziału European Council on Foreign Relations. – Zakłada on, że jedynym sposobem na utrzymanie Unii jest cofnięcie procesu integracji do poziomu, który byłby do zaakceptowania dla rozbudzonych populizmem wyborców na kontynencie. Chodziłoby więc o koncept Europy ojczyzn, opartej na wspólnym rynku. Państwa członkowskie same decydowałyby o głębszej integracji w ramach regionalnych inicjatyw, ale tylko w dziedzinach, które je interesują. Taka Unia à la carte.

Problem z planem Kaczyńskiego dla Europy jest taki, że nikt go w Europie nie podchwycił. Nie dlatego, że nikt tak w Unii nie myśli, ale dlatego, że wszystko zależy od tegorocznych wyborów w trzech wielkich państwach Unii.

Przyjmijmy więc ostrożnie następujący scenariusz. We Francji w drugiej rundzie wyborów prezydenckich 7 maja spotykają się Emmanuel Macron i Marine Le Pen. Według średniej z sondaży z ostatnich dni marca Macron wygrywa taki pojedynek w stosunku 64:36. We wrześniu w Niemczech – znów, jeśli wierzyć sondażom – dwie proeuropejskie partie CDU/CSU oraz SPD zmiotą antyunijną Alternatywę dla Niemiec, która jest już na poziomie 7 proc. i właśnie opuściła ją przywódczyni Frauke Petry. Jeśli przyjąć też – po przegranej nacjonalistów holenderskich – że i we Włoszech do władzy nie dojdzie antyeuropejski Ruch 5 Gwiazdek, to pod koniec tego roku całe myślenie PiS o Europie może już być nieaktualne.

2.

Właśnie z tego powodu podczas lutowej wizyty kanclerz Merkel w Warszawie doszło do fundamentalnego nieporozumienia. Kanclerz miała się wprost zapytać Kaczyńskiego, czy Polska ma coś przeciwko temu, żeby grupa państw, z Niemcami i Francją na czele, pogłębiła integrację? Nie usłyszała sprzeciwu, tyle że Kaczyński prawdopodobnie nie wiedział, na co przyzwala. Polska strona mianowicie przyjęła, że chodzi o integrację w istniejących już ramach. Natomiast Merkel chodziło de facto o nową unię w Unii.

Różnica jest zasadnicza. W tym pierwszym przypadku, w wersji Kaczyńskiego, nawet jeśli powstaje jakiś głębiej zintegrowany rdzeń, dla zewnętrznego kręgu integracji zachowane jest status quo, czyli przede wszystkim podobne pieniądze. W wersji Merkel integracja jest odpowiedzią na kryzys, więc nieuchronnie prowadzi do koncentracji zasobów. Zewnętrzny krąg staje się klubem drugiej kategorii, dochodzi do peryferyzacji politycznej i finansowej państw do niego należących.

Teoretycznie tak pojmowana integracja mogłaby zostać zablokowana przez Polskę z kilkoma sojusznikami na podstawie traktatu lizbońskiego. Tyle że Niemcy i Francuzi wcale nie chcą korzystać z traktatu lizbońskiego. – Tak jak to było z układem z Schengen czy ze strefą euro – tłumaczy dr Bartłomiej Nowak z Akademii Finansów i Biznesu Vistula – zawrą umowę międzyrządową, odrębną wobec ustawodawstwa unijnego, którą dopiero z czasem można włączyć do unijnego prawa. Nikt im tego nie może zabronić.

3.

Po sławetnym 27:1 brytyjski dziennik „The Guardian” napisał: „Trudno zrozumieć polskie szaleństwo, tym bardziej że rząd już wcześniej popadł w Unii w izolację ze względu na swoją politykę wobec wymiaru sprawiedliwości i mediów”. Ta opinia, poza wszystkim, może wpłynąć na fundusze, jakie Polska otrzymuje z budżetu unijnego. Ten budżet i tak będzie pomniejszony ze względu na wyjście Wielkiej Brytanii: 10 mld euro odpadnie na pewno, pesymiści twierdzą, że dużo więcej, a pozostali płatnicy już zapowiadają, że trudno liczyć, by uzupełnili braki budżetowe.

Po drugie, budżet podlega okresowemu przeglądowi, a w kołach brukselskich Polacy, jeszcze bez zszarganej opinii, słyszeli przy ostatnim przeglądzie: ostatni raz was oszczędzamy. O co chodzi? Wiele krajów chce zmienić i strukturę, i priorytety wydatków, bo coraz mniej dobrego wynika zarówno z funduszy spójnościowych, jak i nakładów na politykę rolną.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną