Kraj

Czekając na odwilż

W Unii, przy Unii czy poza nią?

W Unii prawdopodobnie już pod koniec tego roku dojdzie do przyspieszenia integracji wokół rdzenia złożonego z państw strefy euro. W Unii prawdopodobnie już pod koniec tego roku dojdzie do przyspieszenia integracji wokół rdzenia złożonego z państw strefy euro. Mirosław Gryń / Polityka
Polska wybrała fatalny moment na obrażanie się i bezczynność w Europie. Następny rząd może mieć już do czynienia z zupełnie inną Unią, do której znów będziemy musieli aplikować.
Nie możemy się domagać wspólnej polityki wobec Rosji i jednocześnie być zwolennikiem Unii minimalistycznej, opartej zaledwie na wspólnym rynku.Mirosław Gryń/Polityka Nie możemy się domagać wspólnej polityki wobec Rosji i jednocześnie być zwolennikiem Unii minimalistycznej, opartej zaledwie na wspólnym rynku.
Pierwszy raz od przystąpienia do Unii, doszło do sytuacji, w której nasz wpływ na to, co się dzieje w Brukseli, jest znikomy z powodu naszych własnych decyzji.Mirosław Gryń/Polityka Pierwszy raz od przystąpienia do Unii, doszło do sytuacji, w której nasz wpływ na to, co się dzieje w Brukseli, jest znikomy z powodu naszych własnych decyzji.

Artykuł w wersji audio

Po konflikcie o Donalda Tuska pozycja polskiego rządu w Brukseli nabrała charakteru niszowego. „Dla nas zdolność powiedzenia »nie«, nawet w konfrontacji z wszystkimi innymi, to powrót do sytuacji podmiotowej” – przekonywał w wywiadzie dla „wSieci” Jarosław Kaczyński. – W tym sensie Korea Północna również jest w sytuacji podmiotowej – komentuje polski dyplomata od lat pracujący w strukturach unijnych. I dodaje, że reakcje w Brukseli na to, co się stało z wyborem szefa Rady, wahają się od satyrycznych do alarmujących, ale to te drugie przeważają. – To nawet nie chodzi o wiarygodność czy o brak kompetencji negocjacyjnych. Problemem jest dominujące już dziś przeświadczenie, że Polska w Brukseli świadomie działa w złej woli.

W ten sposób, pierwszy raz od przystąpienia do Unii, doszło do sytuacji, w której nasz wpływ na to, co się dzieje w Brukseli, jest znikomy z powodu naszych własnych decyzji. Bo z jednej strony nikt już tam poważnie nie potraktuje ministra Witolda Waszczykowskiego. Nikt nie przyjmie już tak po prostu, że działamy dla dobra wspólnoty. Z drugiej strony sam polski rząd umywa ręce, grając rolę co najwyżej hamulcowego. Dzieje się to zarówno z braku koncepcji (nikt już nie mówi o polskiej inicjatywie zmiany traktatów), jak i z braku zdolności sojuszniczych. I tak polski rząd, rzucający bez przerwy frazesami o suwerenności, wyzbywa się tejże suwerenności, rezygnując ze współtworzenia unijnej polityki w zakresach, które nas dotyczą.

Czy jest to stan przejściowy, trudno dziś wyrokować. – Bardziej umiarkowane tony wobec Unii, płynące ostatnio od przedstawicieli PiS, są raczej reakcją na gwałtowne załamanie się sondaży po awanturze z Tuskiem – mówi dr Paweł Kowal z Instytutu Nauk Politycznych PAN. Fundamenty pozostają jednak niezmienne; nie będzie więc szaleństwem założenie, że tak może wyglądać polska polityka wobec Unii do końca kadencji Sejmu.

I tu należy się dopatrywać największego zagrożenia dla interesu Polski. W Unii prawdopodobnie już pod koniec tego roku dojdzie do przyspieszenia integracji wokół rdzenia złożonego z państw strefy euro. Przyspieszenia, które wymknie się ze znanych dotychczas formatów współpracy. Nie będzie zachowania status quo dla krajów Unii spoza tego kręgu. Eksperci wpływowego brukselskiego think tanku Breugel przekonują, że może powstać coś na kształt bieda-Unii – z całą unijną konstrukcją instytucjonalną, ale bez funduszy europejskich, które trafią do państw rdzenia. Polska wybrała więc fatalny moment na obrażanie się i bezczynność.

1.

Źródłem tego błędu jest zła diagnoza PiS dotycząca przyszłości Unii. A jest to wizja bardzo pesymistyczna. Jak pisze w książce „Utopia europejska” prezydencki minister Krzysztof Szczerski wskutek rosnącego izolacjonizmu dojdzie jeśli nie do formalnego, to z pewnością faktycznego rozkładu wspólnoty. Jak mówi nam polityk bliski PiS, wbrew pozorom to nigdy nie była wizja przyjmowana w tym ugrupowaniu z entuzjazmem. Kierownictwo partii oczywiście nie marzy o Europie federalnej, ale też zdaje sobie sprawę, że rozkład Unii oznaczałby również co najmniej dwie obiektywnie złe dla Polski konsekwencje. Po pierwsze, drastyczne ograniczenie transferów finansowych (to już ponad 80 mld euro od początku członkostwa). Po drugie, destabilizację geopolityczną, która byłaby dla Polski niekorzystna.

Taka diagnoza skłoniła Jarosława Kaczyńskiego do przygotowania swojego planu B dla Europy, przy ambitnym założeniu, że sama jego atrakcyjność – bez przesadnych działań dyplomatycznych – przyniesie mu sojuszników i pozwoli na zmianę traktatów. – Plan ten, bynajmniej nie nowatorski w Europie, według PiS stawiałby Polskę w awangardzie politycznych przemian – uważa Piotr Buras, szef warszawskiego oddziału European Council on Foreign Relations. – Zakłada on, że jedynym sposobem na utrzymanie Unii jest cofnięcie procesu integracji do poziomu, który byłby do zaakceptowania dla rozbudzonych populizmem wyborców na kontynencie. Chodziłoby więc o koncept Europy ojczyzn, opartej na wspólnym rynku. Państwa członkowskie same decydowałyby o głębszej integracji w ramach regionalnych inicjatyw, ale tylko w dziedzinach, które je interesują. Taka Unia à la carte.

Problem z planem Kaczyńskiego dla Europy jest taki, że nikt go w Europie nie podchwycił. Nie dlatego, że nikt tak w Unii nie myśli, ale dlatego, że wszystko zależy od tegorocznych wyborów w trzech wielkich państwach Unii.

Przyjmijmy więc ostrożnie następujący scenariusz. We Francji w drugiej rundzie wyborów prezydenckich 7 maja spotykają się Emmanuel Macron i Marine Le Pen. Według średniej z sondaży z ostatnich dni marca Macron wygrywa taki pojedynek w stosunku 64:36. We wrześniu w Niemczech – znów, jeśli wierzyć sondażom – dwie proeuropejskie partie CDU/CSU oraz SPD zmiotą antyunijną Alternatywę dla Niemiec, która jest już na poziomie 7 proc. i właśnie opuściła ją przywódczyni Frauke Petry. Jeśli przyjąć też – po przegranej nacjonalistów holenderskich – że i we Włoszech do władzy nie dojdzie antyeuropejski Ruch 5 Gwiazdek, to pod koniec tego roku całe myślenie PiS o Europie może już być nieaktualne.

2.

Właśnie z tego powodu podczas lutowej wizyty kanclerz Merkel w Warszawie doszło do fundamentalnego nieporozumienia. Kanclerz miała się wprost zapytać Kaczyńskiego, czy Polska ma coś przeciwko temu, żeby grupa państw, z Niemcami i Francją na czele, pogłębiła integrację? Nie usłyszała sprzeciwu, tyle że Kaczyński prawdopodobnie nie wiedział, na co przyzwala. Polska strona mianowicie przyjęła, że chodzi o integrację w istniejących już ramach. Natomiast Merkel chodziło de facto o nową unię w Unii.

Różnica jest zasadnicza. W tym pierwszym przypadku, w wersji Kaczyńskiego, nawet jeśli powstaje jakiś głębiej zintegrowany rdzeń, dla zewnętrznego kręgu integracji zachowane jest status quo, czyli przede wszystkim podobne pieniądze. W wersji Merkel integracja jest odpowiedzią na kryzys, więc nieuchronnie prowadzi do koncentracji zasobów. Zewnętrzny krąg staje się klubem drugiej kategorii, dochodzi do peryferyzacji politycznej i finansowej państw do niego należących.

Teoretycznie tak pojmowana integracja mogłaby zostać zablokowana przez Polskę z kilkoma sojusznikami na podstawie traktatu lizbońskiego. Tyle że Niemcy i Francuzi wcale nie chcą korzystać z traktatu lizbońskiego. – Tak jak to było z układem z Schengen czy ze strefą euro – tłumaczy dr Bartłomiej Nowak z Akademii Finansów i Biznesu Vistula – zawrą umowę międzyrządową, odrębną wobec ustawodawstwa unijnego, którą dopiero z czasem można włączyć do unijnego prawa. Nikt im tego nie może zabronić.

3.

Po sławetnym 27:1 brytyjski dziennik „The Guardian” napisał: „Trudno zrozumieć polskie szaleństwo, tym bardziej że rząd już wcześniej popadł w Unii w izolację ze względu na swoją politykę wobec wymiaru sprawiedliwości i mediów”. Ta opinia, poza wszystkim, może wpłynąć na fundusze, jakie Polska otrzymuje z budżetu unijnego. Ten budżet i tak będzie pomniejszony ze względu na wyjście Wielkiej Brytanii: 10 mld euro odpadnie na pewno, pesymiści twierdzą, że dużo więcej, a pozostali płatnicy już zapowiadają, że trudno liczyć, by uzupełnili braki budżetowe.

Po drugie, budżet podlega okresowemu przeglądowi, a w kołach brukselskich Polacy, jeszcze bez zszarganej opinii, słyszeli przy ostatnim przeglądzie: ostatni raz was oszczędzamy. O co chodzi? Wiele krajów chce zmienić i strukturę, i priorytety wydatków, bo coraz mniej dobrego wynika zarówno z funduszy spójnościowych, jak i nakładów na politykę rolną.

Tzw. grupa Montiego, która w styczniu przedstawiła propozycję reformy budżetowej, nie tylko proponuje, by Unia miała własne dochody, ale i zaleca całkiem nowe podejście do wspólnych pieniędzy. Chce mianowicie, by wydawać je nie poprzez tzw. koperty narodowe, ale podejmować więcej decyzji na poziomie unijnym, według ocen unijnych, a nie krajowych. Nie tylko Polska, lecz i inne państwa mają tendencję do wydawania pieniędzy na tradycyjne cele, głównie infrastrukturalne wsparcie rolnictwa; grupa Montiego chce, by więcej pieniędzy przeznaczyć na innowacje. Już jesienią zaczną się rozmowy o korektach wydatków, a w tych rozmowach, jak sygnalizują źródła brukselskie, może się wylać cała niechęć do krajów, które nie przestrzegają fundamentalnych wartości unijnych.

Podstawowym zadaniem dla następców obecnie rządzącego PiS będzie zatem przywrócenie wiarygodności instytucjom polskiego państwa, z Trybunałem Konstytucyjnym na czele. I nie chodzi tu tylko o widzimisię ideowców, zwolenników trójpodziału władzy; nawet nie o art. 2 traktatu lizbońskiego, w którym sami zobowiązaliśmy się do przestrzegania zasady rządów prawa. Chodzi przede wszystkim o to, że jednolity rynek – który PiS oficjalnie popiera – nie może funkcjonować bez niezależnych sądów, a inne państwa członkowskie nie pozwolą na to, aby o prawie unijnym, ich też przecież dotyczącym, współdecydowało państwo arbitralne i autorytarne. Dlatego Unia tu nam nie odpuści.

4.

Żaden kraj członkowski nie jest ideałem: Komisja Europejska co miesiąc podejmuje jakieś kroki prawne przeciwko państwom, które nie wypełniły swoich zobowiązań wynikających z prawa unijnego. Takie sprawy – od norm dotyczących gazów cieplarnianych po zwolnienia określonych towarów z VAT – stanowią codzienną praktykę i nie budzą żadnych emocji. Po prostu Komisja rutynowo śledzi, jak kraje członkowskie przestrzegają prawa.

Kiedy jednak rząd PiS – co było wydarzeniem bezprecedensowym w historii – wkroczył w kompetencje władzy sędziowskiej i sam uznał, że orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego nie jest wyrokiem, to Komisja wszczęła postępowanie dla skontrolowania praworządności w Polsce. W postępowaniu tym rząd PiS nie tylko neguje oczywiste fakty – bo zapewnia, że Trybunał funkcjonuje prawidłowo – ale samą podstawę interwencji Komisji: że władze unijne nie mają żadnych podstaw, by „wtrącać się” do wewnętrznych spraw Polski i naruszać jej „suwerenność”.

Argumenty PiS to pomieszanie z pomyleniem. – Od kilkudziesięciu już lat w świecie demokratycznym całe obszary prawa przestały być wyłączną kompetencją wewnętrzną państw, przeciwnie: podlegają weryfikacji międzynarodowej – mówi elegancko Jan Barcz, profesor prawa międzynarodowego UW. A mówiąc dosadnie: tylko dyktatury i satrapie, zwłaszcza komunistyczne, z lubością posługiwały się argumentem o „wtrącaniu się w wewnętrzne sprawy”.

Rząd PiS może się oczywiście pocieszać, że Unia jest bezzębna, bo w istocie co może zrobić? Celem postępowania Komisji nie jest jednak nakładanie sankcji na łamiący standardy kraj, lecz skłonienie go do powrotu na dobrą drogę. Jednak nie wolno lekceważyć długofalowych negatywnych skutków politycznych dla Polski. Kiedy dawniej Austria czy Węgry miały problem (choć nie tak poważny, bo bez formalnego postępowania), to stawały na głowie, by wykazać swą europejskość, pojednawczość, skłonność do porozumienia. Tymczasem PiS wybrał najgorszą drogę: idzie w zaparte i agresywne kontrataki. Jedynym rezultatem będzie zapewne mniejszy strumień pieniędzy dla Polski i pogłębiająca się izolacja polityczna obecnego rządu.

Takie zachowanie Polski może mieć skutki sięgające bardzo głęboko, aż do fundamentów unijnego projektu. Myślenie o Unii jako przede wszystkim strefie wolnego rynku zawsze było bliskie PiS. Taka Unia powinna być więc głównie wspólnotą interesów, a nie wartości, bo te wedle PiS są przecież inne w Polsce niż na zachodzie Europy. Ale według tzw. białej księgi, przedstawionej 1 marca przez szefa Komisji Jeana-Claude’a Junckera, ograniczenie wspólnoty do jednolitego rynku skończy się rychłym zawieszeniem wolności przepływu osób i usług. Bogatsze państwa członkowskie zaczną inaczej traktować pracowników z innych krajów UE i ograniczą w ich przypadku działanie systemów zabezpieczeń społecznych – przekonuje Komisja. Widać to już dziś przy okazji sporu o tzw. pracowników delegowanych. Ostatecznie utrudniony może zostać również przepływ towarów, bo państwa przestaną między sobą koordynować normy konsumenckie czy środowiskowe produktów – zabraknie instytucji, która by je ujednolicała.

5.

W tym kontekście najbardziej niebezpieczna dla Polski perspektywa dotyczy wspólnej polityki azylowej. Sprawa nielegalnych migrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki na razie ucichła, m.in. dzięki skutecznie działającej umowie Unii z Turcją, która zatrzymuje migrantów u siebie. Ale problem niewątpliwie wróci, a rozwiązanie na poziomie unijnym utknęło. Komisja negocjuje zmianę tzw. systemu dublińskiego, który zawiera m.in. zasadę, że migrant o azyl prosi w pierwszym kraju Unii, do którego dotrze, co wyraźnie dyskryminuje takie państwa, jak Włochy czy Grecja. Komisja zaproponowała więc na początku 2016 r. stały mechanizm rozdziału migrantów między kraje członkowskie, który brałby pod uwagę m.in. zasobność kraju i liczbę już przyjętych migrantów. Te państwa, które nie chciałyby ich przyjmować, musiałyby zapłacić rekompensatę – 250 tys. euro od człowieka.

Na razie propozycja Komisji jest atakowana z dwóch stron. Kraje Grupy Wyszehradzkiej (V4), szczególnie Polska i Węgry, sprzeciwiają się samej idei przymusowego rozdzielnika, podnosząc przy tym argumenty suwerennościowe. Z kolei państwa najbardziej obciążone migrantami nie chcą się zgodzić na rozwiązanie, które umożliwia jakiemukolwiek państwu odmowę ich przyjęcia, nawet za rekompensatą.

We wrześniu zeszłego roku państwa V4 za pośrednictwem Słowacji zaproponowały zasadę elastycznej solidarności, która oznacza m.in., że zamiast przyjmować migrantów, państwa te mogłyby pomagać pozaeuropejskim państwom dotkniętym kryzysem, wspierać kontrolę granic zewnętrznych lub odsyłać migrantów do krajów pochodzenia. To dość ryzykowny pomysł, bo jak zwrócił uwagę Martin Schulz, jeszcze jako szef europarlamentu, Unia mogłaby zastosować wobec państw V4 elastyczną solidarność w takich dziedzinach, jak fundusze strukturalne czy wspólna polityka wobec Rosji.

W dłuższej perspektywie zagrożenie dla Polski dotyczy zacieśnienia współpracy azylowej. Mówią już o tym otwarcie na forum Unii Francuzi i Holendrzy. Jeśli takie kraje jak Polska nie chcą dzielić się odpowiedzialnością w sprawie imigrantów, to ograniczmy obszar azylowy tylko do chętnych, resztę zostawmy. – Warszawa chyba nie zdaje sobie sprawy, iż takie rozwiązanie, aby było skuteczne, musiałoby pociągnąć za sobą przywrócenie kontroli na granicach tej węższej grupy państw współpracujących w sprawie azylu – mówi polski europoseł. – Choćby na granicy polsko-niemieckiej.

Ten niekorzystny dla Polski mechanizm działa już w innych dziedzinach, takich jak współpraca przemysłowa i obronna. I tworzy w Unii naturalne partnerstwo i bliskość, bez nas. Dwa najświeższe przykłady: przed tygodniem siedem krajów – „wielka czwórka” plus Holandia, Portugalia i Luksemburg – ogłosiło, że zamierzają wspólnie zbudować superkomputery. Komisja porównała skalę tego zamierzenia do koncernu Airbus czy europejskiego systemu nawigacji satelitarnej Galileo. A całkiem niedawno minister Antoni Macierewicz odrzucił francuską ofertę kontraktu na helikoptery, która miała nas włączać do Airbusa właśnie. I drugi przykład: niemiecka minister obrony Ursula von der Leyen, w wywiadzie dla francuskiego dziennika „Le Monde”, mówiła, że nadszedł czas, by Unia nie tylko zwiększyła swoją rolę jako europejski filar NATO, ale pomyślała o unii obronnej. A w ubiegłym tygodniu ten sam Macierewicz zapowiedział ograniczenie polskiego udziału w eurokorpusie. Gest niby błahy obiektywnie, ale subiektywnie tworzy wokół Polski fatalną atmosferę.

Przy takim zachowaniu PiS nasuwa się pytanie, jakie są polskie interesy w Unii? Czy nie leżą one we wspólnej polityce obronnej? Polski rząd w Brukseli podkreśla znaczenie bezpieczeństwa energetycznego, opartego na węglu. Unia chce ograniczenia jego spalania, bo to szkodliwe dla jej obywateli. A dla Polaków nie? PiS chce wspólnego unijnego frontu przeciwko Rosji. Dlaczego więc jednocześnie nie zabiega o rozszerzanie metody wspólnotowej w Unii, bo tylko ona gwarantuje, że w ramach kompromisu można w takiej sprawie osiągnąć jednomyślność. Trzeba tylko być gotowym do wsparcia innych państw członkowskich tam, gdzie z kolei one widzą swoje egzystencjalne interesy. Aby dostać, trzeba dać – to z tą zasadą PiS ma największy problem. Najbardziej to widać w sprawie wspólnej waluty i haseł typu „Nie oddamy suwerenności”.

6.

Zdecydowanie największe zagrożenie dla polskich interesów to możliwe przyspieszenie integracji w strefie euro. W krajach wspólnej waluty od kilku lat mnożą się raporty, białe księgi i ekspertyzy zalecające rządom zacieśnienie współpracy. Do strefy należy 19 krajów Unii, reszta, w tym Polska, po Brexicie będzie wytwarzać zaledwie 15 proc. unijnego produktu – zdanie tej grupy będzie się więc coraz mniej liczyć. W ubiegłym tygodniu wpływowy francuski Instytut Montaigne’a zaapelował o dokończenie budowy unii bankowej. Prawdopodobny przyszły prezydent Francji Macron mówi wprost o utworzeniu odrębnego budżetu strefy euro, z własnymi dochodami i papierami dłużnymi. Według niego taki budżet miałby zastąpić Europejski Mechanizm Stabilizacyjny, który dziś jest ostatnią deską ratunku dla państw w kryzysie. Pomysł eurobudżetu ma wielu entuzjastów w Berlinie, tak jak idea utworzenia odrębnego parlamentu dla strefy euro.

Do euro nie tylko nie należymy, ale nawet doraźnie trudno będzie złożyć publiczną deklarację, że dołączymy w możliwej do przewidzenia przyszłości. Kiedy układano konstytucję, nikt chyba nie myślał o konsekwencjach fragmentu art. 227: Narodowemu Bankowi Polskiemu „przysługuje wyłączne prawo emisji pieniądza”. Słowem, do wprowadzenia euro trzeba zmiany konstytucji, a do tego nie wystarczy z PiS wygrać, trzeba by go po prostu rozbić, na co się nie zanosi.

Rządząca Platforma, ze zwyczajną sobie ślamazarnością, temat ten odkładała. W przyszłym roku minie 10 lat, od kiedy Donald Tusk oznajmił, że celem rządu jest przyjęcie euro w 2011 r.! Tymczasem działała negatywna dla euro propaganda. Prezes Kaczyński w ostatnim wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” uznał, że przyjęcie euro – po zbyt niskim kursie – uderzy w nasz eksport, albo po zbyt wysokim – będzie „ciosem w naszą stopę życiową”. A gdybyśmy przyjęli dzisiejszy kurs – rozumuje prezes w stylu ekonomii PRL – to Niemcy zaczęliby masowo jeździć do Polski i wykupywać towar, więc polskie ceny poszłyby w górę, a stopa życiowa Polaków bardzo spadła i to na wiele lat. (Prezes nie dopuszcza myśli, że na wzrost popytu odpowiedzią jest zwykle wzrost produkcji i dochodów biznesu). Ponadto przeciętny Polak wierzy w bazarowe (absurdalne) legendy o wzroście cen – we Włoszech, a nawet na Słowacji (2009 r.) czy Litwie (2015 r.) po przyjęciu euro. Stąd wynik: euro ma w Polsce fatalną opinię. W marcowym sondażu Eurobarometru aż 57 proc. z nas opowiedziało się przeciwko wspólnej walucie.

Dlatego jeśli potencjalni następcy PiS podzielają diagnozę o konieczności przyjęcia euro, powinni już dziś rozpocząć szeroką kampanię informacyjną. Polacy patrzą na euro niemal wyłącznie przez pryzmat greckiego kryzysu, podczas gdy reszta państw strefy radzi sobie znacznie lepiej. Mimo lat kryzysu w okresie 1990–2015 PKB na głowę mieszkańca w tych państwach wzrosło średnio o 59 proc. (w USA o 34 proc.). Jeszcze ważniejsze będzie przekonanie wyborców, że tu nie chodzi tylko o ekonomię, że za dwa, trzy lata może to być dla Polski wybór cywilizacyjny o wadze porównywalnej z akcesją do Unii w 2004 r. Obarczony oczywiście licznymi kosztami ubocznymi, ale w sumie niezbędny z punktu widzenia polskiej racji stanu. Przy czym nieprzyjęcie euro wcale nie będzie wyborem neutralnym.

7.

Obecna władza ma do Unii stosunek wybitnie niespójny. Nie możemy się domagać wspólnej polityki wobec Rosji i jednocześnie być zwolennikiem Unii minimalistycznej, opartej zaledwie na wspólnym rynku; nie możemy walczyć o „brukselskie dotacje” i jednocześnie podważać kompetencji takich instytucji jak Komisja Europejska. To samo dotyczy przyjęcia euro. PiS w dyskusji o wspólnej walucie szachuje jej zwolenników argumentami niepodległościowymi, jednocześnie swoimi działaniami ograniczając suwerenność Polski, jej wpływ na otaczającą nas rzeczywistość.

Wiele wskazuje na to, że cztery lata rządów PiS w kontekście naszej polityki unijnej będą z perspektywy czasu określane jako epoka lodowcowa. Sami pakujemy się do zamrażarki w momencie być może przełomowym dla Unii. Ten przełom Europa wypracuje bez nas, choć będzie on też o nas. Oczywiście nawet aktywna i proeuropejska Polska nigdy nie byłaby liderem tych przemian, ale samodzielna decyzja o rezygnacji z ich współkształtowania ociera się o zdradę stanu. Bo w końcu nadejdzie odwilż i wtedy staniemy przed zero-jedynkowym wyborem: albo wstąpimy do nowej unii opartej na euro, albo ją odrzucimy, dokonując faktycznego Polexitu.

Podczas niedawnej narady Europejskiej Partii Ludowej na Malcie Donald Tusk powiedział, że pora już odzyskać od ekstremistów i populistów takie terminy, jak suwerenność, niepodległość i patriotyzm. „Dla racjonalnych i odpowiedzialnych patriotów, którzy chcą utrzymać suwerenność i niepodległość swych narodów i państw – nie ma innej drogi niż zjednoczona i suwerenna Europa”. Ale to dopiero po PiS.

*** 

W cyklu „Co po PiS?” pisaliśmy w nr. 4 o wyzwaniach po zmianie władzyw nr. 5 o programie 500+ , w nr. 10 o systemie edukacji.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Wojciech Marczewski o wolności od kina

Moje pokolenie nie sprawdziło się. To, co zaproponowało, jest odrzucane – mówi reżyser filmowy Wojciech Marczewski w przeddzień swojej retrospektywy na łódzkim festiwalu Transatlantyk.

Janusz Wróblewski
07.07.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną