Kraj

Zły dzień dla Antoniego Macierewicza i jego ludzi. Przegrywają prestiżowy proces z byłą oficer SKW

Od lewej: Piotr Bączek, Antoni Macierewicz i Zbigniew Wasserman. Od lewej: Piotr Bączek, Antoni Macierewicz i Zbigniew Wasserman. Jerzy Dudek / Forum
Najpierw odejście Bartłomieja Misiewicza z PiS, potem sądowa porażka Piotra Bączka – innego zaufanego szefa MON. Niedobre wiadomości spadają na Macierewicza jak zgniłe jabłka w podupadłym sadzie.

Chodzi o proces, który major Magdalena E. wytoczyła Bączkowi jako szefowi Służby Kontrwywiadu Wojskowego za to, że w ubiegłym roku wydał decyzję o zdegradowaniu jej o jeden stopień.

Warszawski wojewódzki sąd administracyjny uznał w czwartek, że zrobił to bezprawnie, i uchylił jego decyzję (wyrok nie jest prawomocny). Sprawę mjr E. i dramatyczne przypadki innych szykanowanych oficerów opisaliśmy w jednym z ostatnich numerów POLITYKI (nr 14/2017).

Naruszono prawo do obrony w postępowaniu dyscyplinarnym

– Argumenty, które podnieśliśmy przed sądem, zostały uwzględnione w całości – przyznał po ogłoszeniu wyroku pełnomocnik oficer, mec. Antoni Kania-Sieniawski. – Po uzasadnieniu sądu, które usłyszeliśmy [zostało przez sąd utajnione, dziennikarze mogli wysłuchać jedynie samego wyroku – red.], szef SKW powinien zastanowić się, czy robiąc takie rzeczy, nadal powinien pełnić swoją funkcję.

Wiadomo, że sąd stwierdził, że naruszone zostało prawo oficer do obrony w postępowaniu dyscyplinarnym przed komisją SKW, która m.in. nie zgodziła się przesłuchać zgłoszonych przez nią świadków i nie dopuściła do części czynności jej pełnomocnika.

Według adwokata szefostwo SKW chciało za wszelką cenę ukarać major, mimo że była wyróżniającym się oficerem kontrwywiadu wojskowego. Tyle że odmówiła współpracy z nowym kierownictwem szukającym wyimaginowanych dowodów na przestępstwa popełniane przez poprzedników. – Ukarano mnie rzekomo za to, że moje czynności zakłóciły działanie służby. Ale do dziś nie przekazano mi, o jakie działania chodzi. Warto walczyć o swoje i się nie poddawać – mówiła do dziennikarzy Magdalena E.

Pełnomocnik SKW nie chciała rozmawiać z dziennikarzami. Po ogłoszeniu wyroku pospiesznie opuściła sąd.

To już drugie tego typu orzeczenie warszawskiego WSA w sprawie oficera SKW. W grudniu 2016 r. sąd uchylił decyzję szefa kontrwywiadu wojskowego o degradacji płk. Krzysztofa Duszy, byłego szefa Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO.

Jak (i po co) Macierewicz degraduje oficerów

Major Magdalena E. była najlepszym oficerem SKW specjalizującym się w sprawach wschodnich. Jej problemy zaczęły się, kiedy stanęła w obronie płk. Duszy, mówiąc otwarcie przełożonym, że nie wierzy w kierowane przeciw niemu zarzuty. Zapłaciła za to degradacją do stopnia kapitana i szykanowaniem po odejściu ze służby (umowę o pracę rozwiązała 20 września 2016 r.), choć nawet rzeczniczka komisji dyscyplinarnej w SKW, uzasadniając nałożoną na nią karę, musiała przyznać, że obwiniona pracowała bardzo ofiarnie – w pracy zostawała nawet na noc i sypiała w biurze.

Major to bohaterka misji wojskowych w Afganistanie, wyróżniona polskimi i natowskimi odznaczeniami. Po powrocie z misji bojowych znów zaczęła pracować w kontrwywiadzie. Z sukcesami – jednym z nich było ujawnienie rosyjskiego szpiega w polskiej armii, doprowadziła również do wymiany polskiego oficera aresztowanego na Białorusi. Za tę drugą sprawę stanęła jednak przed komisją dyscyplinarną oskarżona o samowolne działanie: bez wiedzy przełożonych miała pomagać rodzinie więzionego oficera. – Zrobiła to, bo po zmianie władzy żona i dzieci oficera przestali dostawać o nim jakiekolwiek informacje i nawet nie wiedzieli, czy żyje. Wina major miała polegać na tym, że przekazała im informacje o jego stanie zdrowia i na własną rękę pracowała dalej nad jego zwolnieniem, zresztą z sukcesem – opowiada osoba znająca kulisy sprawy. Na szczęście cała operacja skończyła się wystarczająco wcześnie, bo rozpoczynając postępowanie dyscyplinarne, SKW ujawniły fakt istnienia negocjacji z Białorusinami, co oni – wściekli – uznali za zdradę i stwierdzili, że z Polakami już nigdy nie dokonają żadnej wymiany.

Służby „zajęły się” nią odpowiednio także po odejściu z wojska. Szukając pracy, głównie w firmach związanych z produkcją na rzecz obronności, odbywała zwykle dwie rozmowy: na pierwszej są zachwyty nad jej doświadczeniem, na drugiej słyszy już komunikat typu: „sama pani rozumie, że pani obecność w firmie będzie przez władze uważana za istotną przeszkodę w otrzymaniu przez nas dalszych zamówień rządowych”.

– Z takimi ludźmi jak ja nikt na świecie nie postępuje w ten sposób. Dziś chcą nas złamać nasze własne władze, a jutro spróbują zrobić to Rosjanie. Przecież oni dokładnie tak działają: czekają, aż ktoś znajdzie się na dnie, a potem podają mu pomocną dłoń – mówi POLITYCE. Bez prawa do emerytury, była major myśli teraz o pracy kelnerki lub taksówkarza. Tak Polska PiS podziękowała jej za służbę.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak leśnicy sami sprywatyzowali Lasy Państwowe

Prywatyzacją lasów politycy straszą nas regularnie. Zawsze wtedy, gdy partykularne interesy leśnego lobby i jego politycznych protektorów wydają się zagrożone. Samym jednak lasom przekazanie w prywatne ręce nigdy nie groziło. PiS wykreowało wroga, żeby nas przed nim bronić.

Joanna Solska
01.09.2015
Reklama