Kraj

Żołnierze stali w deszczu ponad siedem godzin. Czekali na Macierewicza, który konferował na Nowogrodzkiej

. . Marek Świerczyński / Polityka
Spóźnienie ministra Antoniego Macierewicza na najważniejszą w tym roku – a może i w historii członkostwa Polski w NATO – uroczystość wojskową jasno pokazuje, co jest dla niego naprawdę ważne.

13 kwietnia pecha miał nie tylko Bartłomiej Misiewicz. Dwa tysiące żołnierzy, w tym połowa spoza Polski, na własnej skórze doświadczyło, jak ważne są dla kierownictwa MON podniosłe uroczystości. Już sama decyzja, żeby zgromadzić ich na otwartym terenie na sześć godzin przed planowanym rozpoczęciem oficjalnej części, była nieludzka. Nad orzyskim poligonem co chwila przechodziły kilkuminutowe nawałnice, wiał silny wiatr, chwilami padał grad. Żołnierze stanęli w szyku o godz. 9 rano. Już w południe widać było, że są przemoczeni i zziębnięci, a według planu powitanie miało rozpocząć się za trzy godziny i potrwać kolejne dwie.

Spóźnienie ministra dołożyło do tego czasu jeszcze jedną, mimo skrócenia oficjalnego programu. Ostatni żołnierze zeszli z placu przed trybuną VIP tuż przed godz. 18.

Prezydent wsiadał do śmigłowca, szef MON bawił na Nowogrodzkiej

Najlepiej miały załogi wozów: dwóch typów czołgów, amerykańskich kołowych transporterów Stryker, armatohaubic Dana i wyrzutni rakietowych Langusta. Oni przynajmniej mogli się schować przed deszczem i dokuczliwym wiatrem w chwilach, kiedy prowadzący uroczystość zarządzał „spocznij”.

Piechota cały czas stała w polu. Amerykanie stali w kółkach, składając broń w stosy i dzieląc się dowcipami. Nasi raczej kucali w grupkach, chroniąc się przed zimnem. Wszyscy wypatrywali przedzierającego się z rzadka przez chmury słońca. Nikt niestety nie zadbał, by żołnierze dostali ciepłą herbatę czy coś do jedzenia.

Sytuacja stała się jeszcze bardziej niezręczna, kiedy nadeszła wiadomość, że prezydent RP, zwierzchnik sił zbrojnych, już wsiada do śmigłowca – a Antoni Macierewicz nadal broni swojego podopiecznego na Nowogrodzkiej. Kiedy minister wyjeżdżał z siedziby partii, trybuna VIP w Orzyszu już się zapełniała. Stało się jasne, że jedno z najważniejszych wydarzeń w historii polskiego członkostwa w NATO nie ma szans rozpocząć się punktualnie.

Za moknącymi żołnierzami ujął się najważniejszy w Orzyszu wojskowy. Kiedy głównodowodzący sił NATO w Europie, czterogwiazdkowy amerykański generał Curtis Scaparrotti, został poproszony o wystąpienie – jako piąty w kolejności po polskim dowódcy generalnym, prezydencie RP, ambasadorze USA i polskim ministrze obrony – zrezygnował z przygotowanego przemówienia. „Z szacunku dla tych żołnierzy przede mną nie użyję tego przemówienia, które mam. Skrócę je, żebyśmy mogli skończyć” – zaczął generał, który jeszcze kilka godzin wcześniej dostał order od prezydenta, ściskał dłoń ministra i rozmawiał z szefem sztabu w Warszawie.

Zapewne nie wiedział, że również jego żołnierze mokną w tym czasie w Orzyszu. Bo większość wojska na placu przed trybuną VIP to Amerykanie z US Army Europe, skierowani do Polski w ramach natowskiego kontyngentu. A gen. Scaparrotti w swoim „drugim kapeluszu” jest dowódcą wszystkich amerykańskich sił w Europie. To, że nie widział sensu wielogodzinnego stania w polu, było oczywiste. Na szczęście już w trakcie wydarzenia jego zapowiadany oficjalny program został nieco okrojony.

Pierwsze straty wśród sojuszników

Zimno, wiatr i deszcz powaliły przynajmniej jednego żołnierza. Rumuński oficer zasłabł i musiał być przez kolegów odprowadzony z szyku. Nie chcąc psuć uroczystości, nie wezwali służb medycznych. Na własną rękę zaczęli go rozgrzewać i ułożyli w bezpiecznym od deszczu miejscu, pod trybuną dla prasy.

Niestety, nie wszyscy fotoreporterzy posłuchali próśb o powstrzymanie się od robienia zdjęć. Rumuni przysłali do Polski ponadstuosobowy pododdział „Błękitnych Skorpionów” – zautomatyzowaną baterię artylerii przeciwlotniczej. Utrzymane w ciemnozielonym odcieniu mundury i gogle na hełmach wyróżniały ich w sojuszniczych szeregach. Najwyraźniej okazały się jednak za lekkie jak na polską wiosnę.

Już w czasie trwających poprzednie dwa dni prób do uroczystości okazało się, że to, co dla polskich żołnierzy jest trudną koniecznością, amerykańscy kawalerzyści traktują jako przygodę, nieco z przymrużeniem oka. Świadek tych prób opowiadał, że dowódcy kompanii z USA inicjowali rozgrzewające ćwiczenia, podnoszące na duchu przyśpiewki i tak zwaną falę, u nas znaną jako meksykańska. Jakiś czas zajęło im, by do współuczestnictwa namówić polską część szyku, zachęcaną okrzykami i oklaskami. Potraktowali wielogodzinne przygotowania do uroczystości jako kolejne zadanie w czasie kolejnej misji, która – jak się okazało – stawia im również takie wyzwania. Poza nocnymi alarmami, które już zaczęli ćwiczyć – na czas.

Wysłanie na pozycje bojowe na poligonie zespołu z bazy zajmuje niecałe czterdzieści minut. Cała kompania jest na polu walki w nieco ponad godzinę. Nic dziwnego, że po blisko dziewięciu godzinach w chłodzie i deszczu jako jedyni opuszczali orzyski poligon ze śpiewem na ustach.

.Marek Świerczyński/Polityka.
.Marek Świerczyński/Polityka.
.Marek Świerczyński/Polityka.
.Marek Świerczyński/Polityka.
.Marek Świerczyński/Polityka.
.Marek Świerczyński/Polityka.
.Marek Świerczyński/Polityka.
.Marek Świerczyński/Polityka.
.Marek Świerczyński/Polityka.
.Marek Świerczyński/Polityka.
.Marek Świerczyński/Polityka.
.Marek Świerczyński/Polityka.
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Na północ od Madrytu – kastylijskim szlakiem zamków i wina

Niecałe trzy godziny lotu do hiszpańskiej stolicy i krótka jazda samochodem przenoszą nas w samo serce Krainy Zamków. Teraz jest najlepszy moment, bo tłumy turystów zniknęły, a winiarze z La Rioja czekają z poczęstunkiem.

Paweł Moskalewicz
25.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną