Kraj

Niebezpieczne gry

Tolerancja wobec przemocy kształtuje nienawistne postawy, najpierw wobec obcych i przez to słabszych. A potem? Nie ma co ukrywać, także wobec swoich.

W poprzednim felietonie cytowałem opinię p. Zybertowicza, profesora socjologii i prezydenckiego doradcy ds. bezpieczeństwa, który ujawnił, że obecna opozycja aktywuje „czysto konfrontacyjny projekt po to tylko, żeby poprzez serię prowokacji wygenerować krew”. Autora tej opinii poznałem w 1984 r. W Toruniu odbywała się ogólnopolska letnia szkoła dla studentów nauk społecznych (filozofia, socjologia, politologia), na którą zostałem zaproszony jako wykładowca. W wykładach i dyskusjach nie szczędzono ostrej krytyki ówczesnym władzom i ich polityce.

Któregoś dnia obecny doradca prezydenta powiedział mi, ze trzeba uważać, bo jesteśmy podsłuchiwani, i nie można wykluczyć prowokacji, która może zakończyć się tragicznie. Odrzekłem, że nie ma się czym specjalnie przejmować, bo oni i tak wiedzą, co o nich myślimy, więc po co im prowokacja, a nawet podsłuchiwanie.

Nie zdziwiło mnie, gdy po latach dowiedziałem się, że mój rozmówca uruchomił studia podyplomowe z zakresu bezpieczeństwa publicznego. Notabene habilitował się na podstawie rozprawy „Przemoc i poznanie”. Wszystko to wskazuje, że akademicka biografia p. Zybertowicza obraca się wokół podsłuchów, prowokacji i ewentualnego rozlewu krwi.

Stanowisko Dudy jest słabsze niż jego doradcy

Tydzień temu przypuściłem, że diagnoza p. Zybertowicza nie jest oficjalnym stanowiskiem władz polskich. Okazuje się jednak, że niezupełnie miałem rację. Pan Duda (prezydent) oświadczył (cytuję za prasą), co następuje: „Oni ośmielają się przeszkadzać w pamięci o zmarłych, w modlitwie (…)”. Dalej uznał kontrmiesięcznice za „wielką prowokację, próbę zrobienia awantury politycznej”. I skonkludował: „Nie wiem, czy jej cel to wywołanie zamieszek czy to, żeby krew się polała. Ale nie mogę tego wykluczyć, obserwując te zachowania”.

Stanowisko p. Dudy jest słabsze niż jego doradcy, albowiem ten pierwszy nie wie, czy celem prowokacji jest spowodowanie zamieszek w celu rozlewu krwi (p. Zybertowicz to wie, i to na pewno), ale nie może wykluczyć, że tak właśnie jest. A to jest już sprawa bardzo poważna, gdyż jeśli głowa państwa i zwierzchnik sił zbrojnych powiada, że może polać się krew z powodu obserwowalnych działań opozycji (już nie tylko parlamentarnej), trzeba to brać na serio, nawet jeśli ktoś nie bardzo wierzy w to, że w miesięcznicach w ogóle chodzi o pamięć o zmarłych i modlitwę.

Pan Lisicki (dziennikarz i wielbiciel dobrej zmiany) wyjaśnił, że nawet jeśli uznać, iż pochód z kościoła pod Pałac Prezydencki nie jest modlitwą, to jednak stanowi jej kontynuację. Tak czy inaczej możliwa (niewykluczona przez p. Dudę) sytuacja może polegać na tym, że opozycja ośmieli się prowokacyjnie przeszkodzić w pamięci o zmarłych i modlitwie (lub jej kontynuacji) w ten sposób, że spowoduje zamieszki, które doprowadzą do rozlewu krwi. Wszak już nie raz zdarzało się, iż obrona religii bywała krwawa.

Ciągle jednak pozostaje pytanie o szczegóły. Kto, gdzie, kiedy i jak? Warto rozważyć odpowiedzi, także biorąc pod uwagę, że opozycja jest na razie uzbrojona tylko w hajdawery (za które bywa wynoszona przez policję), aczkolwiek stoi (czasem siedzi) tam, gdzie dawne ZOMO, a całkowicie bezbronne oddziały obrony terytorialnej, które wedle planów mają „nasycić środowisko”, aby wiedzieć, co się w nim dzieje, znajdą się po drugiej stronie.

Opozycja, obóz zdradziecki i kolaborancki

Dziarski język z pól bitewnych jest coraz częstszy w obozie władzy. Interesujące rzeczy powiedział p. Rychetský, prezes Sądu Konstytucyjnego Republiki Czeskiej. Przypomniał on spotkanie prezesów sądów konstytucyjnych Grupy Wyszehradzkiej w Budapeszcie. Mgr Przyłębska wydelegowała na to wydarzenie p. Morawskiego, tego samego, który zrobił furorę w Oksfordzie. Okazuje się, że jego wystąpienie w stolicy Węgier także zrobiło spore wrażenie. Oto relacja p. Rychetsky’ego:

„Zanim przybyłem do Budapesztu, miałem wrażenie, że chcą wykorzystać mój udział w tym spotkaniu, aby te zmiany w Polsce i na Węgrzech uzyskały swego rodzaju puncę legalności. (…) Zakładałem, że [Lech Morawski] albo będzie całkiem neutralny, albo będzie starał się nas przekonać, że sytuacja w Polsce nie jest wcale aż tak alarmująca, właściwie wszystko jest w porządku i nie tylko zachowywane są zasady demokracji, ale i państwa prawa. Było dokładnie na odwrót. Najpierw scharakteryzował sytuację w Polsce słowami, że w Polsce jest wojna. Już to mną wstrząsnęło. Potem wyjaśnił, że to wojna między patriotami po jednej stronie a zdrajcami i kolaborantami po stronie drugiej. Właściwie było to nienawistne wystąpienie”.

Wygląda więc na to, że opozycja w Polsce nie tylko śmie przeszkadzać w pamięci o zmarłych i w modlitwie, ale, wedle osoby, która została skierowana m.in. przez p. Dudę na front orzekania o tym, co jest zgodne z konstytucją, a co nie, trwa wojna pomiędzy patriotami a zdrajcami i kolaborantami. Nie trzeba wiele wysiłku, aby ustalić, że opozycja to ten drugi obóz, zdradziecki i kolaborancki. Wprawdzie p. Morawski nie wspomniał o rozlewie krwi, ale nie jest wykluczone, że jego zdaniem zdrajcy i kolaboranci dążą do takiego samego celu, o którym wspomnieli p. Duda i p. Zybertowicz. A ponieważ wszyscy wymienieni na pewno znają narodową poezję, więc zapewne zgodzą się ze słowami wieszcza, że gwałt niech się gwałtem odciska.

Osoby wyglądające podejrzanie dla tzw. prawdziwych Polaków

Na razie mamy jakby zwiastuny tego, co może się wydarzyć. 24 czerwca KOD zorganizował w Radomiu marsz w rocznicę Czerwca 1976. Został zaatakowany przez narodowców. Wszelako policji nie było na miejscu w czasie wydarzeń, aczkolwiek było rzeczą dość oczywistą, że może dojść do awantury. Zważywszy na zmasowane siły porządkowe wynoszące p. Frasyniuka za hajdawery, ich (sił) brak w Radomiu jest nie tyle zastanawiający, ile jednoznacznie wskazuje na bezstronność oddziałów dowodzonych przez p. Błaszczaka i ideowo wspomaganych przez p. Brudzińskiego.

Trudno się nie domyślić, do czego będą namawiane, gdy nadejdzie sytuacja ekstremalna, grożąca rozlewem krwi. A to, jak zachowają się w takiej sytuacji, to jednak nie wiadomo. Czy pp. Duda i Zybertowicz zdają sobie sprawę z tego, do czego mogą zmierzać ich gadki o prowokacjach ze strony opozycji?

Kilka dni temu prasa doniosła o tym, co przydarzyło się rodzinie czeczeńskich uchodźców zamieszkałej w Łodzi. Głową rodziny jest Ahmed. Mury szkoły, do której uczęszcza jego syn, opatrzono antymuzułmańskimi obelgami, np. „Jebać islam”. Warunkiem przyjęcia młodszych dzieci Ahmeda do przedszkola było to, że będą jeść wieprzowinę. Na to Ahmed nie mógł się zgodzić z uwagi nas przepisy Koranu. Ponieważ odmówiono diety wegetariańskiej, zaproponował, ze będzie dzieciom przynosił jedzenie z domu. Usłyszał, że to niemożliwe z uwagi na przepisy sanitarne. Gdy zasugerował, aby jego dzieci jadły po prostu chleb z masłem, padło wyjaśnienie, że to byłoby niesprawiedliwe, gdyż wszyscy wychowankowie przedszkola winni być traktowani tak samo.

Pewnego dnia pewien młody człowiek zaczął ciągnąć Ahmeda za brodę, krzycząc przy tym: „Allahu Akbar!”. Kilka dni później na klatce jego bloku pojawiają się hasła w rodzaju „Muslims go home”, „Jebać Koran”, „Jebać Czeczenię”. I wreszcie na początku ramadanu, świętego miesiąca muzułmanów, wrzucono łeb świni na ich balkon. Pojawiły się także czarne strzałki wskazujące na okno pokoju, w którym mieszkają dzieci Ahmeda. Zdecydował się na powiadomienie policji. Ta podjęła działania interwencyjne, które sprawiły, że napisy zostały usunięte. Kilka dni ulice patrolował radiowóz. Gdy przestał, czterech zakapturzonych osobników dobijało się do mieszkania Ahmeda.

Ciekawe, czy ten młodzieniec, zapewne bardzo patriotycznie nastawiony i szarpiący Ahmeda za brodę, zdaje sobie sprawę z tego, kogo naśladuje. Łatwo sprawdzić: nazistę wyrywającego pejsy pobożnemu Żydowi. Co zrobiłby ów młodzian, gdyby na swojej klatce schodowej zobaczył napis „Jebać Pismo święte”? A katolicki rodzic, gdyby mu w przedszkolu za granicą powiedziano: „Pana dzieci muszą jeść mięso w piątek, bo inne dzieci to właśnie spożywają”.

To bardzo chwalebne, że policja chroni Ahmeda i jego rodzinę. Niemniej nie jest w stanie interweniować w każdej sytuacji zagrażającej bezpieczeństwu czy nawet życiu osób przebywających na terytorium Polski i wyglądających podejrzanie dla tzw. prawdziwych Polaków. Nie jest też jasne, czy p. Błaszczak będzie namawiał nawet do sporadycznych interwencji w takich przypadkach. Wedle tych, którzy monitorują u nas ksenofobię, liczba przypadków przemocy wobec obcych (w sensie imigrantów) wzrasta. Pewnie niejeden powie, że jeśli tak, to niech trzymają się z dala od kraju nad Odrą i Wisłą, a ci, którzy są na jej terytorium, niech spie...lają gdzie indziej – im szybciej to uczynią, tym lepiej.

Tolerancja wobec przemocy

Bardzo energicznie narzekamy na to, ze p. Macron zarzuca Europie Środkowej zdradę ideałów europejskich, ale warto może sobie uświadomić, że Polska zdradza swoją najlepszą tradycję, mianowicie tolerancji i otwartości dla innych, takich, którzy do nas przyjeżdżali, aby uchronić się przed rozmaitymi prześladowaniami. Kiedyś (nieco ponad rok temu) powiedziałem to na konferencji w Oświęcimiu poświęconej Europie i jej tożsamości ideowej. Jeden z komentarzy pod sprawozdaniem (na prawicowym portalu) z tego spotkania brzmiał: „Ten stary tetryk powinien schować się w jednej z komór i poprosić o gaz”. Kilkanaście miesięcy później czarne strzałki przed domem, w którym mieszka Ahmed z rodziną, wyrażają już nie prośbę, ale groźbę i bezwarunkowe żądanie.

Starożytni powiadali: ex nihilo nihil fit, czyli, w wolnym tłumaczeniu, nic nie powstaje z niczego. Można zrozumieć niechęć narodów środkowoeuropejskich do przyjmowania uchodźców. Jest jednak rzeczą interesującą ewolucja motywacji. O ile na początku była ona ekonomiczna, tj. polegająca na obawie, że odbiorą pracę krajowcom lub utrzymanie przybyszów będzie zbyt kosztowne, to obecnie pojawiły się względy polityczne.

Nie znam oficjalnych wyjaśnień polityków czeskich i węgierskich oponujących przeciw tzw. relokacji, więc nie będę zajmował się tymi krajami. Pozostając przy Polsce: strach przed terroryzmem jest rzeczą zrozumiałą, aczkolwiek tak się składa, że u nas nie było jeszcze ani jednego ataku terrorystycznego. Oczywiście to nie znaczy, że nie będzie, np. z powodu oburzenia jakiegoś krewkiego muzułmanina napisami, które pojawiły się w pobliżu mieszkania wspomnianego Ahmeda. Nie sądzę jednak, aby stosunek społeczeństwa polskiego do przyjmowania uchodźców był spowodowany tylko obawą przed zamachami ze strony islamistów.

Za przyczynę ważniejszą trzeba uznać ogólny klimat społeczny sprzyjający wzrostowi nastrojów ksenofobicznych. A mówiąc konkretniej: tolerancja wobec przemocy zarówno werbalnej, jak i – coraz częściej – fizycznej kształtuje nienawistne postawy, najpierw wobec obcych i przez to słabszych. A potem? Nie ma co ukrywać, także wobec swoich. I w tym należy widzieć poważne niebezpieczeństwo obecnych gier werbalnych uprawianych przez czołowych polskich polityków i ich doradców. Pan Zybertowicz jako socjolog winien znać pojęcie prognozy samospełniającej się. Niech sprawdzi, czy ten, komu doradza, jest świadom, że rozprawianie o przyszłych wydarzeniach niekiedy zwiększa prawdopodobieństwo ich zaistnienia.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

Rafał Wojaczek pod gwiazdą rozpaczną

Swego czasu stał się idolem i do dziś rozbudza namiętności wśród czytelników. Spośród wielu młodo zmarłych literackich straceńców i nadwrażliwców może jeszcze Halina Poświatowska wywołuje czytelnicze emocje. Blednie za to mit Edwarda Stachury, mało kto wraca do wierszy Andrzeja Bursy czy prozy Marka Hłaski. Dlaczego jedne literackie legendy trwają, inne zdają się rozwiewać?

Mirosław Pęczak
08.12.2001
Reklama