Młodzi w polityce

Aplikacja: demokracja
Młodych Polaków nie interesuje wielki front antypisowski. Nie chcą obalać żadnej władzy. Wystarczy im, że od czasu do czasu zorganizują własną interwencję polityczną. Tak jak ostatnio, gdy poszli bronić sądów.
Wrocław, 20 lipca, demonstracja w obronie sądów
Kornelia Głowacka-Wolf/Agencja Gazeta

Wrocław, 20 lipca, demonstracja w obronie sądów

Manifestacja przeciwko ustawie o Sądzie Najwyższym, łańcuch światła na Placu Dąbrowskiego w Warszawie
Tomek Ogrodowczyk/Agencja Gazeta

Manifestacja przeciwko ustawie o Sądzie Najwyższym, łańcuch światła na Placu Dąbrowskiego w Warszawie

Protest przed Sejmem przeciwko reformie ustawy o Sądzie Najwyższym
Michał Dyjuk/Forum

Protest przed Sejmem przeciwko reformie ustawy o Sądzie Najwyższym

audio

AudioPolityka Rafał Kalukin - Aplikacja demokracja

Zorganizowany przez młodych ludzi łańcuch światła pod Sądem Najwyższym stał się symbolem lipcowej fali protestów. Sukces kilkorga aktywistów z fundacji Akcja Demokracja przypieczętowały w ubiegłym tygodniu „Wiadomości TVP”, poświęcając im insynuacyjny materiał z kultowymi strzałkami. Doniesienia o finansowych transferach z zagranicznych źródeł mogą jednak narobić zamętu nie tylko w głowach tych odbiorców, których hasło „Soros” kieruje ku wyższym stanom świadomości. Bo jak to się właściwie stało, że niewielkiej i szerzej dotąd nieznanej organizacji udało się zmobilizować tak wielu obywateli dotąd opornych na perswazje bardziej doświadczonych wodzirejów?

Akcja Demokracja natychmiast opublikowała na swej stronie sprawozdania finansowe z działalności. Sensacji nie było. Połowa wpływów pochodziła od poważnych europejskich fundacji zajmujących się finansowaniem działalności ekologicznej. Blisko jedna trzecia – z bieżących wpłat od obywateli.

Oni wiedzą, jak się poruszać w trzecim sektorze, skąd brać pieniądze, jak załatwiać szkolenia. Funkcjonują w obiegu międzynarodowym, nowe technologie mają w jednym palcu. Tyle że nie organizowali dotąd masowych akcji. Stąd zaskoczenie w środowisku – słyszymy od doświadczonego warszawskiego aktywisty.

Przebieg otwartego spotkania w Domu Jabłkowskich w centrum stolicy, wedle założeń gospodarzy z Akcji Demokracja, służącego podtrzymaniu uwolnionej protestami energii społecznej, potwierdza te opinie. Żadnej improwizacji, proste i zrozumiałe komunikaty, klarowny podział zadań pomiędzy wszystkich członków kolektywu. Momentami brakuje wręcz tlenu w aranżacji nazbyt profesjonalnej prezentacji. Zwłaszcza że organizatorzy równolegle transmitują ją w internecie i można odnieść wrażenie, że audytorium z onlajnu bardziej ich angażuje.

Ale może to tylko odczucia przybysza z odległej analogowej galaktyki?

My to wy

Do tej pory większość ich akcji zaczynała się od wezwania w internecie „podpisz apel”. W sprawie smogu w Zakopanem, polityka szczującego na uchodźców, nienawistnego dyrektora szkoły, zmianom w prawie łowieckim, referendum edukacyjnego. Dziesiątki tematów z najróżniejszych obszarów. Podpisujący pozostawia swoje dane i adres mailowy. Tym samym trafia do bazy danych Akcji Demokracja i będzie odtąd indywidualnie mobilizowany do kolejnych inicjatyw. Do tej pory były to przeważnie petycje i lokalne pikiety. Co jakiś czas organizacja rozsyła też sympatykom ankietę z pytaniem, czym warto się zająć.

Model działania został zapożyczony od brytyjskiej organizacji 38Degrees oraz niemieckiego Campactu, z którymi Akcja Demokracja tworzy nieformalną sieć współpracy.

– Łańcuch światła wcale nie był naszą pierwszą uliczną akcją. Wcześniej zrobiliśmy sześciotysięczną manifestację przeciwko umowie CETA. Jak na mało znany temat, to spory sukces – mówi Maria Świetlik (w organizacyjnym żargonie: kampanierka AD).

Dyrektorka i jedna z fundatorek Weronika Paszewska dodaje, że choć Akcja Demokracja działa dopiero od dwóch lat, każdy z członków siedmioosobowego zespołu ma spore doświadczenie w działalności społecznej. Założyli wspólną organizację, aby realizować ważne dla nich wartości. A poza tym – co również istotne – to dobry sposób na życie.

O decyzji zwołania manifestacji w obronie sądów: – To było naturalne. Akcję w obronie KRS prowadziliśmy już od wielu miesięcy, choć nie było wielkiego odzewu – tłumaczy Świetlik. Dlaczego więc projekt ustawy o Sądzie Najwyższym wyzwolił takie poruszenie? Paszewska: – Poziom arogancji władzy pobił wszelkie granice. Ludzie poczuli się upokorzeni. I zaproponowana przez nas spokojna, godnościowa formuła manifestacji okazała się w tych warunkach najlepszą odpowiedzią. Mamy satysfakcję, że politycy później ją po nas przejęli.

Aktywistki Akcji Demokracji same jednak uciekają przed sztandarami. Mimo że główne filary aktywności fundacji (ochrona środowiska, prawa człowieka, sprawiedliwość społeczna, praworządność) składają się na jednoznacznie lewicową agendę, w naszej rozmowie nie padnie ani jedno słowo potwierdzające ideologiczne konotacje. Zamiast tego ogólne hasła (władza w ręce ludzi) bądź deklaracje obywatelskie (interesuje nas budowa przyczółków pozwalających sprawować kontrolę nad władzą).

Weronika Paszewska zapewnia, że nie traktowała wyprowadzenia ludzi na ulicę jako autonomicznego celu. Po prostu była sprawa do załatwienia: skłonić prezydenta do zawetowania ustaw o sądach. Tyle że mało kto spodziewał się przecież takiej decyzji głowy państwa. Być może należy więc brać takie zapewnienia w cudzysłów jako element komunikacyjnej strategii. Aby zachować separację od świata polityki z zasady żerującego na spontanicznej społecznej aktywności.

Ludzie z Akcji Demokracja za żadne skarby nie chcą też wejść w podsuwaną im przez media rolę liderów młodego pokolenia. Podkreślają, że sami są już nieco po trzydziestce. Udało im się zresztą zmobilizować osoby w różnym wieku. Jeśli młodzi bardziej rzucali się w oczy, to tylko dlatego, że do tej pory w ogóle ich na protestach nie widziano.

I tę asekurację nietrudno zrozumieć. Jest coś upupiającego w paternalistycznych hołdach składanych „młodemu pokoleniu” przez starych liderów i tradycyjne media, że wreszcie się zbuntowało. Nie są więc skłonni wchodzić w podsuwane im gotowe schematy. Wolą tworzyć własne.

Spotkanie w Domu Jabłkowskich wyraźnie pokazuje tę różnicę perspektyw. Wśród ponad setki przybyłych przeważają bowiem siwe głowy. Czyli jak zawsze, gdy organizuje się dyskusję o ratowaniu demokracji niszczonej przez PiS. Pospolite ruszenie w obronie sądów niewiele tu zmieniło.

„Nie chodzi przecież o sądy, a o całą demokrację” – stwierdza starszy mężczyzna, który w dyskusji (to niestety ostatni i najkrótszy punkt programu) pierwszy zgłasza się po mikrofon. Najwyraźniej sierota po KOD, gdyż domaga się nowego „ruchu obrony demokracji”. Odpowiedź gospodarzy: „Osiągamy więcej, skupiając się na jednej sprawie. Nie da się walczyć o wszystko”. „Kluczowa jest koordynacja działań, ale nie wspólny parasol”.

Kobieta w średnim wieku: „A co to właściwie jest Akcja Demokracja? Jest logo, a nie ma właściciela. A trzeba przecież personalnie wychodzić do ludzi. Ja tu przyszłam po to, aby sprawdzić, kto za tym stoi”.

Odpowiedź: „Stoi za tym 260 tysięcy ludzi”. Tyle adresów mailowych znajduje się dziś w bazie organizacji. Sugerowane „personalne wychodzenie do ludzi” jest dokładnie tym, czego aktywiści chcieliby uniknąć. Bardzo się zresztą pilnują, aby żaden z nich nie wyrastał ponad pozostałych. Każdy – poczynając od fundatorów, na szeregowych dostarczycielach lajków kończąc – ma prawo poczuć się równoprawnym uczestnikiem ruchu. „Źle się czujemy, gdy państwo pytacie, a my odpowiadamy. My to jesteśmy wy wszyscy” – rzuca jedna z prowadzących.

Zwolennicy tradycyjnych politycznych rozwiązań jednak nie ustępują: „Czy nie warto pomyśleć o założeniu partii, z którą uczestnicy protestów mogliby się utożsamić? Ruchy społeczne nie wygrywają wyborów” – zauważa kolejny dyskutant. Odpowiedź: „Mamy dużo partii, na które można głosować. Brakuje im tylko wyborców. I to właśnie nad wyborcami należy pracować”.

Nie wiadomo, czy takie tłumaczenia przekonały zwolenników KOD-bis. Gdy spotkanie się zakończyło, to młodzi uczestnicy chętniej zostawali, aby jeszcze pogadać z organizatorami. Na gorąco wymyślano nowe projekty. Ktoś proponował edukację prawną obywateli, inny – stworzenie „pogotowia memicznego”. Rozmowy krótkie i rzeczowe: podział zadań, wybór narzędzia komunikacji, termin realizacji.

Jedność epizodyczna

„Z badań i historii wynika, że sukces jest możliwy niemal wyłącznie wtedy, gdy udaje się zbudować silny ruch, w jakimś stopniu scentralizowany wokół jednej organizacji, jednego przywódcy i jasnych, wspólnych haseł. Rozproszenie jest przepisem na porażkę” – mówił „Kulturze Liberalnej” tuż po lipcowych protestach prof. Jan Kubik, socjolog z University College London. Wygląda jednak na to, że tego wskazania nie sposób już zastosować w pokoleniu milenialsów. I nie jest to wyłącznie kwestia politycznych bądź kulturowych różnic między generacjami. Sposoby oglądu rzeczywistości tak dramatycznie się rozjechały, że trafniej byłoby posłużyć się metaforą różnych systemów operacyjnych.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną