Kraj

Prezydent między prawicami

Z kim i w co gra Andrzej Duda

Prezydent odgrywając się za wszystkie upokorzenia, odzyskał podmiotowość. Pytanie, do czego jej teraz użyje. Prezydent odgrywając się za wszystkie upokorzenia, odzyskał podmiotowość. Pytanie, do czego jej teraz użyje. Marcin Obara / PAP
Andrzej Duda, nawet jeśli walczy tylko z Ziobrą czy Macierewiczem, podważa przywództwo prezesa Kaczyńskiego. To jednak nadal spór w prawicowej rodzinie.
Rzucając Kaczyńskiemu rękawicę, Duda staje do walki o przywództwo nad polską prawicą.Adam Chełstowski/Forum Rzucając Kaczyńskiemu rękawicę, Duda staje do walki o przywództwo nad polską prawicą.
Jarosław Gowin niemal otwarcie zapowiada sojusz z prezydentem.Dawid Zuchowicz/Agencja Gazeta Jarosław Gowin niemal otwarcie zapowiada sojusz z prezydentem.

Artykuł w wersji audio

Wygląda na to, że „Adrian” bezpowrotnie wyprowadził się z przedpokoju prezesa. Wbrew nadziejom najbliższego kręgu Kaczyńskiego prezydenckie weta nie okazały się jednorazowym incydentem. Andrzej Duda stał się suwerenną figurą polskiej polityki i najwyraźniej dobrze się z tym czuje.

Blokując generalskie nominacje, prezydent potwierdza ten kurs. Niemrawa odpowiedź rządu pokazuje zaś, że PiS nie bardzo dziś wie, co z tym począć, i najwyraźniej czeka aż Dudzie przejdzie. Wedle logiki państwowej sytuacja jest oczywista: skoro minister obrony nie jest w stanie stworzyć choćby elementarnych kanałów komunikacyjnych ze zwierzchnikiem sił zbrojnych, powinien odejść. Problem w tym, że Macierewicz jest przede wszystkim jednym z pisowskich notabli, głównym strażnikiem partyjnej ortodoksji. Konfrontacja prezydenta z szefem MON – niezależnie od jej wymiaru kompetencyjnego – staje się więc przy okazji symbolicznym sporem dwóch fundamentalnych prawicowych wrażliwości.

Zemsta jest słodka

Clausewitz pisał, że wojna jest „cudowną trójcą”, połączeniem ślepego instynktu nienawiści, zbiegów okoliczności oraz politycznego rozumu chroniącego walczące strony przed totalnym chaosem. W polskiej polityce zarządzanej regułami wojennymi widać to doskonale.

Ustawy o sądach miały być kluczową ofensywą toczonej od ponad dekady krucjaty. Politycy partii rządzącej i medialni propagandyści bez ceregieli utożsamiali niezależną władzę sądowniczą z wrogim „obozem III RP”. Nie trudzono się nawet nad opisem nowego ładu w sądach. Jedynym źródłem impetu było zniszczenie starego. Tym bardziej szokująca była wolta Dudy. Jeśli bowiem mieliśmy do czynienia z decydującą ofensywą, to – przyjmując perspektywę ortodoksów – prezydent dopuścił się zdrady własnego obozu.

Symptomy buntu nasilały się już od kilku miesięcy. Zaczęło się od czkawki korespondencyjnej w relacjach z MON. Generałowie odchodzili z armii, prezydent słał pisma z żądaniami wyjaśnień, minister milczał. Tuż po sądowych wetach Macierewicz wykonał akcję odwetową: podległe mu SKW zawiesiło gen. Jarosławowi Kraszewskiemu z Biura Bezpieczeństwa Narodowego prawo dostępu do informacji niejawnych. To najwyższy rangą wojskowy doradca prezydenta, odpowiedzialny m.in. za opiniowanie nominacji generalskich. Odmowa ich podpisania przez głowę państwa jest więc odpowiedzią logiczną.

Kolejne etapy przyspieszonej emancypacji prezydenta wyznaczane były przez dymisję szefowej kancelarii Małgorzaty Sadurskiej (podejrzewanej o zbyt bliskie związki z centralą PiS), ogłoszenie nieskonsultowanej inicjatywy referendum konstytucyjnego oraz weto ustawy o Regionalnych Izbach Obrachunkowych.

Nowogrodzka przyglądała się bez entuzjazmu, lecz nie komentowała. Prezydent zredukowany do roli marionetki dawał komfort w rządzeniu. Lecz wiadomo było, że „Adrianowi” trudno byłoby pokonać Tuska w kolejnych wyborach. Osobisty interes prezydenta pokrywał się zatem z interesem obozu. Tym, co obie strony dzieliło, był kontekst emocjonalny. I sposób traktowania przez PiS lokatora Pałacu.

Im mocniej Duda zginał kark, tym bardziej był upokarzany. Autoryzując konstytucyjne delikty, osobiście ryzykował Trybunałem Stanu. Spalił mosty z własnym środowiskiem prawniczym. Wreszcie stał się figurą satyryczną z internetowych memów i politycznego kabaretu. Od Kaczyńskiego doczekał się za to jedynie upokarzającej odmowy publicznego podania ręki.

Zdaniem George’a Orwella zemsta zawsze bierze się z bezsilności. Lecz gdy człowiek nabiera już siły, pragnienie odwetu przechodzi. Otwiera się bowiem zupełnie nowe pole racjonalnego działania. I tak pewnie było z prezydentem. Odgrywając się za wszystkie upokorzenia, odzyskał podmiotowość. Pytanie, do czego jej teraz użyje.

Strażnik spokoju

Gdy Andrzej Duda ogłaszał weta ustaw sądowych, wielu protestujących na ulicach obywateli zapewne uznało, iż prezydent odnalazł powołanie strażnika konstytucji. Należałoby jednak zachować ostrożność. Okoliczności podjęcia tych decyzji oraz jej uzasadnienia dowodzą czegoś innego.

Interwencja Dudy w proces legislacyjny zaczęła się od żądania wpisania do ustawy zasady, iż członków KRS wybiera się sejmową większością trzech piątych. A zatem główny sens „reformy” uzależniającej władzę sądowniczą od politycznej nie został podważony. I dopiero gdy Kaczyński de facto odrzucił ultimatum, prezydent zawetował dwie kluczowe ustawy, wywracając tym samym stół. Lecz zrobił to w taki sposób, aby kluczowy motyw ukryć. Protestującym obywatelom pokłonił się jako „prezydent wszystkich Polaków”. A wyborcom PiS zasugerował, że podpisanie ustaw sprowokowałoby dalsze protesty bezpośrednio zagrażające już rządom prawicy.

Stwierdził w uzasadnieniu: „Nie chcę, żeby ta sytuacja się pogłębiała, dlatego że to pogłębia podział w społeczeństwie. A Polska jest jedna i potrzebuje spokoju. I ja czuję za to odpowiedzialność jako prezydent”. Trudno było przeoczyć sprytnie przemycone hasło niedawnego kongresu PiS w Przysusze („Polska jest jedna”). Za szczególnie bałamutne należy zaś uznać odwołanie do spokoju społecznego. Demagogicznie zrównywało to przyczynę ze skutkiem. Pisowską akcję i uliczną reakcję uznawało za równie szkodliwe.

Już po wetach linię demarkacyjną wyznaczył sam Kaczyński: nowe prezydenckie projekty muszą uwzględniać reset Sądu Najwyższego. Tego celu prezydent otwarcie nie podważył. A zatem mamy do czynienia co najwyżej z politycznym sporem dwóch wrażliwości w obrębie obozu „dobrej zmiany”.

Prawice dwie

Pisał autor artykułu opublikowanego na łamach „Tygodnika Powszechnego” w 1995 r.: „Są więc na prawicy partie najbardziej prorynkowe, najbardziej katolickie, najbardziej niepodległościowe. Są ortodoksyjni narodowcy i radykalni republikanie, najwierniejsi kontynuatorzy ugrupowań sprzed stu lat i najgorliwsi naśladowcy wzorów zachodnich. Ponieważ wszyscy deklarują się jako przeciwnicy komunizmu, również i w tej dziedzinie następuje swoista licytacja”.

W gąszczu prawicowych nurtów tamtego czasu wyraźnie zaznaczał się jednak podział nadrzędny. Po jednej stronie zapatrzeni w zachodnie wzorce inteligenci, umiarkowani konserwatyści, godzący się z regułami tego świata polityczni realiści. Po drugiej – niepoprawni rewolucjoniści, tropiciele spisków, bezkrytyczni wskrzesiciele zamierzchłych tradycji.

Autorowi tekstu z „TP” marzyła się „normalność” na wzór zachodni. Jego tekst zaczynał się od wyobrażonej sylwetki wyborcy torysów, gaullistów albo niemieckich chadeków: „mężczyzny w średnim wieku, w krawacie i ciemnej marynarce, który w metrze rozkłada przed sobą płachtę rządowej gazety albo tkwiąc w ulicznym korku w swoim średniej klasie samochodzie, słucha w radiu muzyki z lat 70., przeplatanej giełdowymi wiadomościami”. Apetyczna fantazja o mieszczuchu z klasy średniej została skontrastowana z krajowym „rozchełstanym brodaczem w ortalionowej kurtce i wytartych spodniach, który na związkowej manifestacji pod generalnym hasłem »wszystkim po równo« wymachuje pięściami, skandując »precz z komuną«”.

„A wystarczy nie tak wiele. Przepędzić maniaków, przestać straszyć i pouczać, nie obrażać się na rzeczywistość” – konkludował publicysta. Był nim… obecny szef klubu parlamentarnego PiS Ryszard Terlecki.

W tamtej epoce prawicowa inteligencja wierzyła, że gdy wreszcie uda się wyłonić wspólne listy i wygrać wybory, w pragmatyce rządzenia nurt zdroworozsądkowy wcześniej czy później zdominuje folklorystów. Choć już wtedy Antoni Macierewicz miał przekonywać Jarosława Kaczyńskiego – o czym ten opowiadał Teresie Torańskiej – że za inteligencką formułą prawicy (w tym Porozumienia Centrum) stoi pusty zbiór społeczny. Według Macierewicza polska prawica musiała być populistyczna, narodowa, bogoojczyźniana.

I taka w kolejnej dekadzie faktycznie się stała. Najpierw jednak musiała osiągnąć upragniony stan jedności. Po klęsce AWS widać już było, że na drodze negocjacyjnej nie da się jej stworzyć. Można ją było jedynie wymusić siłą. I tą drogą poszedł Jarosław Kaczyński. Zbudowany na prawicowym gruzowisku PiS początkowo był kadrową partią jednego tematu (tj. walki z przestępczością). W kolejnych latach na własnych warunkach kooptował kolejne nurty i tradycje. Na co dzień preferując najradykalniejsze i najbardziej demagogiczne, będące klejem formacji. Od święta dopuszczając do głosu te umiarkowane.

Synteza była więc pozorna. Oba prawicowe style łączyło tylko uznanie zwierzchnictwa Kaczyńskiego. Prawicowa inteligencja w mediach nieraz się krzywiła na cyniczne spuszczanie z łańcucha to jednych, to drugich. Koniec końców przyjmowała jednak te zawijasy z dobrodziejstwem inwentarza. Jedność mogła być pozorna, brutalnie wymuszana, cynicznie używana. Ważne, że była.

I to raczej nie przypadek, że gdy Andrzej Duda uczynił w niej wyłom, najgłośniej przyklasnęli prezydentowi autorzy „Do Rzeczy” – Rafał Ziemkiewicz i Łukasz Warzecha. W latach 90. obaj dojrzewali politycznie w UPR. Ominęła ich zatem młodzieńcza fascynacja diagnozami Kaczyńskiego. Wiążąc się z egzotycznym nurtem, nie podzielali też fetyszu jedności. Do PiS zbliżała ich później wspólna wrogość wobec III RP i jej elit. Oddalał zaś socjalny program i zanurzenie w romantycznej mitologii. Jeszcze za pierwszych rządów PiS obaj niezależnie od siebie wypowiadali Kaczyńskiemu poparcie.

Dziś tak samo obnoszą się w roli rzeczników politycznego realizmu nakazującego zawiesić logikę totalnego konfliktu i zwrócić się ku budowie instytucji. Ziemkiewicz posiłkuje się uzasadnieniami endeckimi, lansując koncepcję „piwonii” (czyli koalicji niepisowskiej prawicy, wolnościowców od Korwin-Mikkego, narodowców i antysystemowców od Kukiza). Z kolei Warzecha odwołuje się do tradycji republikańskich, co zbliża go do młodych intelektualnych środowisk skupionych wokół Klubu Jagiellońskiego i pisma „Nowa Konfederacja”. Manifestujących od dawna postępującą ambiwalencję wobec PiS.

Warzecha widzi Dudę w roli „patrona nowego obozu republikańskiej, konserwatywnej prawicy” – przeciwstawionego „rewolucyjno-socjalnemu PiS”. I ten podział, jak twierdzi autor, już się dokonał. Nawet jeśli prezydenta łączą jeszcze z macierzystym obozem interesy, co czyni ich małżeństwem z rozsądku. Konkluzja: „Prezydent musi zacząć pracować nad własną partią. Oczywiście nie w sensie dosłownym”.

W blisko związanym z PiS tygodnikiem „wSieci” (obecnie „Sieci Prawdy”) dominowało już rozczarowanie decyzjami prezydenta. Wotum separatum wobec linii pisma złożyli jednak Piotr Skwieciński i Piotr Zaremba. Z ich tekstów wynikało, że zmiany w sądownictwie poszły o jeden most za daleko. Blokując je, prezydent uratował Kaczyńskiego przed nadmiarem własnych ambicji, a cały obóz – przed niebezpiecznym tąpnięciem. Taka wykładnia umożliwia pogodzenie głębokiego sentymentu obu autorów (i całej formacji, z której się wywodzą) wobec Kaczyńskiego z fetyszem jedności oraz marzeniem o prawicy przewidywalnych reguł i racjonalnych kalkulacji.

Absolutnie żadnego kompromisu!

Nie od dziś jednak wiadomo, że raz ujawnionymi konfliktami najsprawniej zarządzają potem radykałowie. Dorota Kania z „Gazety Polskiej” zdążyła już oskarżyć zaplecze Dudy o związki z WSI. Zgodnie z utrwaloną w jej kręgu metodą szantażu. Każda próba poluzowania pisowskiej ortodoksji jest tu tłumaczona intrygami służb, mającymi na celu przywrócenie modelu prawicy koncesjonowanej przez salon III RP. Takie opowieści skutecznie mobilizują internetowych trolli.

Paradoksalnie również sam Kaczyński staje się zakładnikiem fetyszu jedności. Dopóki obóz „dobrej zmiany” pozostaje spójny, jego władztwo jest niezagrożone. Cóż jednak począć, gdy już wystąpiły grube rysy? Można udawać, że ich nie ma. To jednak wytrąca możliwość stanowczej reakcji na dalsze ruchy odśrodkowe, utrudniając zatrzymanie erozji. Taki scenariusz obecnie obserwujemy.

Drugie wyjście to otwarta konfrontacja wewnątrz obozu. Będąc w opozycji, Kaczyński nie cackał się z kolejnymi frondami. Dziś jednak do stracenia ma o wiele więcej, a przeciwnik groźniejszy. To za Dudą stoi centrowy elektorat, który w wyborach dał PiS większość. A przede wszystkim prezydent – nawet jeśli brak mu nadzwyczajnych politycznych talentów oraz zaplecza – ma narzędzia do prowadzenia wojny. Konstytucja co prawda poskąpiła mu możliwości kreacyjnych, można za to bez trudu sypać piach w tryby rządzących. „Wojny na górze” i „szorstkie przyjaźnie” zawsze ciągnęły na dno obie strony.

Odgórnie zarządzony teraz powrót do stanu „jedności” realizowany jest nieskutecznie. Bo notable „dobrej zmiany” jedną nogą już przeszli do nowego etapu. Ziobro trzasnął Dudę na odlew w paru wywiadach, najwyraźniej usiłując odnowić zerwaną niegdyś więź z ortodoksyjnym elektoratem prawicy. Moment całkiem dogodny, gdyż pozycja Macierewicza – niezależnie od jego problemów z prezydentem – sukcesywnie słabnie.

Po drugiej stronie prawicowej rzeki bojaźliwy dotąd Jarosław Gowin niemal otwarcie zapowiada sojusz z prezydentem. W tle pozostaje Kukiz sugerujący ponadpartyjną koalicję wokół Dudy w kolejnych wyborach prezydenckich. A to już realna groźba zbudowania nowego układu politycznego. Kaczyński miałby do wyboru zasilenie go na prawach jednego z partnerów bądź pójście na wojnę.

Nie odkrywa na razie kart Mateusz Morawiecki, od dawna typowany na delfina Kaczyńskiego (w razie sukcesu „dobrej zmiany”) bądź prawicowego Macrona stającego na czele nowego ruchu (w razie klęski). Ustawy sądowe poparł, choć unikał publicznego ich komentowania. Po wetach niemal zupełnie zniknął z widoku publicznego.

Indywidualne strategie, choć każda z osobna oparta na racjonalnych scenariuszach, stawiają obóz rządzący w przedsionku chaosu. Proces dekompozycji już został wprawiony w ruch. I o ile dwie dekady temu rywalizujących liderów łączył antykomunizm, tak dziś wspólna im wszystkim jest ambicja dobicia III RP.

Mimo to w rozmowie z „Kulturą Liberalną” Bartłomiej Sienkiewicz zaleca obozowi III RP otwarcie na Dudę. Uwznioślonego jako „jedynego człowieka, który może uratować polską demokrację”. Według Sienkiewicza konfrontujący się z tradycyjnym pisowskim myśleniem prezydent właśnie tworzy nowy kontekst polskiej polityki, zrywający z logiką sporu III RP z IV RP.

Czy aby jednak na pewno? Nie dalej jak miesiąc przed zawetowaniem ustaw sądowych, odznaczając działaczy Solidarności Walczącej, Duda wygłosił swoiste credo: „Wyście nie chcieli żadnego, absolutnie żadnego kompromisu, nie godziliście się na kompromis, dlatego nie byliście wśród tych, którzy popierali wtedy działania związane z Okrągłym Stołem. (…) W 1989 roku Polska była teoretycznie wolna i teoretycznie upadł komunizm. Naprawdę komunizm upadł znacznie później, a niektórzy twierdzą, że tak do końca nie upadł do dzisiaj. A ja twierdzę, że się pozbywamy do dzisiaj złogów PRL”.

To coś więcej niż refleksja historyczna. To również czytelna, nie pierwsza zresztą, deklaracja lojalności prezydenta wobec własnego obozu. Rzucając Kaczyńskiemu rękawicę, Duda staje do walki o przywództwo nad polską prawicą. O rewizji jej celów jak dotąd nie ma jednak mowy.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czym są uczucia między robotami a ludźmi?

Jak autorka niemieckiego „Die Zeit” próbowała zaprzyjaźnić się ze „sztucznym inteligentem”, Botrisem.

Ana Mayr, [tł.] Adam Krzemiński
14.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną