Kraj

Imperium inwigilacji

Operacja służby specjalne

Patryk Mogilnicki
O służbach specjalnych mówi się, że to oczy i uszy państwa. Nie jest dobrze, kiedy służby mają zeza, a słuch wyczulony jedynie na niektóre odgłosy.
Ustawa inwigilacyjna, uzupełniona przez antyterrorystyczną, daje służbom pełną swobodę namierzania, podsłuchiwania i kontrolowania billingów bez zgody sądu.Janusz Walczak/Forum Ustawa inwigilacyjna, uzupełniona przez antyterrorystyczną, daje służbom pełną swobodę namierzania, podsłuchiwania i kontrolowania billingów bez zgody sądu.
Kamiński objął posadę ministra-koordynatora i oddaje się swojemu powołaniu, czyli tropieniu korupcji także tam, gdzie jej nie ma.Adam Chełstowski/Forum Kamiński objął posadę ministra-koordynatora i oddaje się swojemu powołaniu, czyli tropieniu korupcji także tam, gdzie jej nie ma.

Artykuł w wersji audio

Niedawny wyrok sądu w Białymstoku ujawnił niesłychaną manipulację przeprowadzoną przez ABW. Najpierw ogłoszono sukces w postaci ujęcia czterech Czeczenów, rzekomo zbierających pieniądze na Państwo Islamskie. Byli podsłuchiwani. Jako dowód przedstawiono w sądzie streszczenia stenogramów z ich rozmów. Mieli rozmawiać o „naszych oddziałach w Syrii” – to był as w rękawie prokuratora. Okazało się, że Syrię ktoś dopisał – ta nazwa nie padała w rozmowach. Oskarżeni faktycznie prowadzili zbiórkę, ale na cele zlokalizowane na Kaukazie, skąd przybyli. Sąd o fałszerstwie powiadomił prokuraturę. To jedna z największych wpadek ABW od początku jej istnienia. Ile podobnych operacji specjalnych toczy się każdego dnia, nie wiadomo, bo wszystko jest ściśle tajne. Pod parawanem tej tajności można fałszować fakty, bo nie one są ważne, ale cel.

W Polsce działa siedem służb z uprawnieniami do prowadzenia operacji specjalnych – ABW, SKW, Straż Graniczna, Wywiad Skarbowy, CBA, Żandarmeria Wojskowa i Policja (ze szczególnym wskazaniem na CBŚP – Centralne Biuro Śledcze Policji). Czynności operacyjno-rozpoznawcze poza wymienionymi mogą prowadzić Agencja Wywiadu, Służba Wywiadu Wojskowego, Biuro Ochrony Rządu i Służba Celno-Skarbowa. W sumie to 11 formacji ze szczególnymi uprawnieniami. Jest jeszcze Służba Więzienna, która formalnie nie ma uprawnień do czynności operacyjno-rozpoznawczych, ale faktycznie je prowadzi poprzez siatkę agenturalną wśród osadzonych.

Teoretycznie służby mają obowiązek używać wyłącznie metod zgodnych z prawem. Agencja Wywiadu i Służba Wywiadu Wojskowego pozostają na innym poziomie – specyfika ich pracy polega na łamaniu prawa obowiązującego poza granicami Polski. Bogactwo służb sugeruje, że nasz kraj jest jakąś potęgą, jeżeli chodzi o zabezpieczenia przed zagrożeniami, ale to nieprawda. Problem polega nie tylko na tym, że szwankuje koordynacja prowadzonych przez nie czynności, bo nie funkcjonuje Centralna Ewidencja Zainteresowań Operacyjnych. Nie ma też właściwej kontroli nad służbami. I to grzech najważniejszy. „Istnienie tak wielu służb wymaga powstania wielopoziomowego systemu ich kontroli. Instytucje takie jak NIK, sądy czy komisja ds. służb specjalnych realnie jej nie zapewniają. Jest to bardzo ważne ze względu na charakter działania służb, które mogą godzić w prawa i swobody obywatelskie” – te słowa mogłyby paść ze strony przedstawiciela opozycji, ale sformułował je związany z PiS były szef Agencji Wywiadu Grzegorz Małecki w artykule pod znamiennym tytułem „Bezgłowe służby” („Rzeczpospolita” z 7 maja 2017 r.).

Wąsikowi omsknęła się ręka

Od jesieni 2015 r. służby dostają obiecane przez partię rządzącą prezenty. Mało kto pamięta, że kontrowersyjne (delikatnie mówiąc) ustawy o policji, tzw. inwigilacyjną i antyterrorystyczną, poprzedziło rozporządzenie premier Beaty Szydło z 18 listopada 2015 r. „w sprawie szczegółowego zakresu działania Ministra-Członka Rady Ministrów Mariusza Kamińskiego – Koordynatora Służb Specjalnych”. Po raz pierwszy, przynajmniej od 1989 r., zdarzyło się, że premier rządu sam pozbawił się części kompetencji, przekazując je wskazanemu z imienia i nazwiska ministrowi. Kamiński dostał narzędzia do sprawowania jednoosobowej władzy nad służbami z pionu cywilnego – ABW, AW i CBA. Do niego spływają wszelkie informacje, on nadzoruje operacje specjalne, on także może je zlecać. A przy tym to on, jednoosobowo!, kontroluje przestrzeganie prawa przez służby. I z nikim swoją władzą nie musi się dzielić, nawet z premierem rządu ani z parlamentem. Kamińskiego zaś nikt nie kontroluje.

Na dobrą sprawę nie wiadomo, czym się zajmuje. Podobno intensywnie pracuje nad reformą służb, ale przecież projekt zmian powstał już rok temu. Ponoć częściej niż z premier Szydło kontaktuje się z prezesem Jarosławem Kaczyńskim. Wpada na Nowogrodzką, ale nie na pogaduszki. Przynosi informacje, które interesują prezesa – mogą być to newsy zdobyte przez podległe Kamińskiemu służby. W tym kontekście zrozumiała staje się determinacja, z jaką zaraz po przejęciu władzy przez PiS ratowano Kamińskiego z opresji. Przypomnijmy, został skazany na trzy lata pozbawienia wolności m.in. za nadużycie uprawnień, czego dopuścił się jako szef CBA w trakcie tzw. afery gruntowej. Wyrok był nieprawomocny, ale i tak uniemożliwiał mu sprawowanie funkcji państwowej. Pomocną dłoń wyciągnął prezydent Andrzej Duda, ułaskawiając Kamińskiego, Macieja Wąsika i dwóch ich podwładnych. Wszystko odbyło się z naruszeniem konstytucji, bo nie można ułaskawiać osoby nieprawomocnie skazanej, czyli w świetle prawa wciąż niewinnej. W efekcie Kamiński objął posadę ministra-koordynatora i oddaje się swojemu powołaniu, czyli tropieniu korupcji także tam, gdzie jej nie ma.

O sukcesach służb na razie cicho, ale w PiS panuje przekonanie, że jesienią bomba wybuchnie i na froncie walki z Platformą Obywatelską ruszy prawdziwa ofensywa. – Areszty się zapełnią. To będą nazwiska z pierwszej linii – obiecuje jeden z posłów PiS. W końcu prawie od dwóch lat Mario – jak nazywają go współpracownicy – tropi i węszy. Pomaga mu w tym jego zastępca Maciej Wąsik. Od lat tworzą tandem. Najpierw Liga Republikańska, potem CBA, gdzie Kamiński był szefem, a Wąsik jego prawą ręką. Wąsik ma słabość do metod operacyjnych. Zna się na technikach podsłuchiwania i inwigilacji. Złośliwi nadali mu przydomek Gumowe Ucho. Rozmawiałem niedawno przez telefon z przebywającym w Mołdawii byłym szefem CBA Pawłem Wojtunikiem, który, delikatnie mówiąc, nie jest ulubieńcem Kamińskiego i jego zastępcy. Po zakończonej rozmowie nie zdążyłem wyłączyć telefonu, kiedy znów usłyszałem w słuchawce głos Wojtunika. W ten sposób odsłuchałem jeszcze raz wcześniejszą rozmowę. Ktoś to nagrał i przypadkiem odtworzył. Paweł Wojtunik skomentował zdarzenie żartobliwie: – Widocznie Wąsikowi ręka się omsknęła.

Ale żartów nie ma, bo coś jest na rzeczy. Ustawa inwigilacyjna, uzupełniona przez antyterrorystyczną, daje służbom pełną swobodę namierzania, podsłuchiwania i kontrolowania billingów bez zgody sądu. Wszystko w imię rzekomo wyższych racji, bo państwu zagraża przestępczość i terroryzm. Na początku 2016 r. Mariusz Kamiński grzmiał, że państwo rządzone przez PO podsłuchiwało dziennikarzy. Twierdził, że ma dowody na inwigilację kilkudziesięciu osób. Ale potem o dowodach zrobiło się cicho i o sprawie zapomniano. No to warto zapytać, kogo podsłuchuje państwo PiS? Trochę światła rzuciła niedawno „Gazeta Wyborcza”, opisując inwigilację uczestników lipcowych protestów w Warszawie. Policja wyjaśniła, że to były wyłącznie działania podjęte dla zapewnienia bezpieczeństwa inwigilowanych. Tłumaczenie mętne i mało wiarygodne. Protestujący przed Sejmem i Sądem Najwyższym są postrzegani przez PiS jako polityczni przeciwnicy. W gruncie rzeczy mamy więc do czynienia z inwigilacją z powodów politycznych, a to już oznacza, że państwo PiS sięga po metody totalitarne – wykorzystuje swoje służby do śledzenia nie przestępców, ale obywateli, którzy w sposób pokojowy sprzeciwiają się poczynaniom władzy.

Służby trzech panów

Nowe ustawy ułatwiające prowadzenie tajnych operacji to wstęp do kolejnych zmian. Szykuje się przebudowa całego systemu bezpieczeństwa. Wspomniany projekt Mariusza Kamińskiego to plan powołania nowego resortu – Ministerstwa Ochrony Państwa. Podlegałyby mu wszystkie służby cywilne i wojskowe. Na czele stałby rzecz jasna sam Kamiński. Ale sprzeciwia się Antoni Macierewicz, bo nie chce tracić wpływu na SKW i SWW. Kamiński ma więc plan „B” – Agencję Bezpieczeństwa Narodowego, co w gruncie rzeczy oznacza reaktywację UOP. Agencja Wywiadu i ABW, czyli kontrwywiad, tworzyłyby jedną służbę. I znów na czele Kamiński. Ale na przeszkodzie może stanąć plan przekształcenia ABW w instytucję analityczną, niezajmującą się pracą operacyjną i procesową. To koncepcja z czasów poprzednich rządów, ale atrakcyjna dla części polityków PiS, bo pieniądze zaoszczędzone na odchudzonej o ludzi i zadania ABW można by przesunąć na inne cele.

Wstępem do takiego przekształcenia może się okazać planowana likwidacja dziesięciu terenowych delegatur ABW (z 15 istniejących). Na pewno takie rozwiązanie nie pasuje Kamińskiemu, bo jego żywiołem nie jest analizowanie, ale – jako się rzekło – tropienie. Wciąż pojawia się też stary pomysł, aby CBA i CBŚP połączyć, bo w gruncie rzeczy oba biura zajmują się podobnymi przestępstwami. To jednak wzmocniłoby pozycję ministra spraw wewnętrznych. Mariusz Błaszczak już i tak mocno pracuje nad poszerzeniem swojego imperium. Chciałby, aby jego rola była przynajmniej porównywalna z pozycją Mariusza Kamińskiego i Antoniego Macierewicza. Niebawem dojdzie do realizacji projektu przekształcenia Biura Ochrony Rządu w potężny organ o uprawnieniach policyjno-kontrwywiadowczych. Nowy BOR zmieni nazwę na Służbę Ochrony Państwa i dostanie kilkaset nowych etatów. To już nie będzie tylko ochrona najważniejszych osób w państwie, ale też praca operacyjna, np. pozyskiwanie agentury. Przekształcenie odbędzie się poprzez likwidację BOR, a to oznacza, że wszyscy funkcjonariusze dostaną wypowiedzenia, a tylko niektórzy z nich będą przyjęci do nowej formacji. To typowa metoda, aby bezboleśnie pozbyć się – jak mawia prezes PiS – złogów poprzedniego systemu.

Innym projektem resortu spraw wewnętrznych i administracji jest powołanie w miejsce policyjnego Biura Spraw Wewnętrznych znacznie potężniejszego Biura Nadzoru Wewnętrznego, zajmującego się postępowaniami wobec nie tylko policjantów, ale też funkcjonariuszy Straży Granicznej, pracowników Państwowej Straży Pożarnej oraz nowej Służby Ochrony Państwa. Wszystko wskazuje, że będzie to osobista policja szefa resortu. Dotychczas Biuro Spraw Wewnętrznych podlegało komendantowi głównemu Policji, teraz to Mariusz Błaszczak dostanie potężne narzędzie ze specjalnymi uprawnieniami. Będzie nadzorował wewnętrzne śledztwa w ramach całego resortu, pozyskiwał informacje i, bez owijania w bawełnę, zbierał haki na niepokornych. Oficjalnie minister tłumaczy, że skoro jest odpowiedzialny za wszystkie struktury MSWiA, to musi być wyposażony w organ, który mu umożliwi faktyczną kontrolę.

Swoje państwo w państwie od listopada 2015 r. pracowicie buduje też minister obrony narodowej Antoni Macierewicz: wymiana kadr, powołanie Wojsk Obrony Terytorialnej i przede wszystkim pełna kontrola nad SKW i SWW. W armii panuje powszechne przekonanie, że służby masowo inwigilują wojskowych. I to nie w celu zapewnienia ochrony kontrwywiadowczej, ale po prostu szukając na każdego kwitów. Na czele Służby Kontrwywiadu Wojskowego stoi Piotr Bączek, człowiek Macierewicza, który wypłynął na fali komisji weryfikacyjnej ds. WSI. Minister Macierewicz nie tylko powołał swojego szefa służby, ale nadał jej nawet nowy sztandar. Wraz z nim własne nazwisko na jednej z blaszek zdobiących sztandar. Bączek zastąpił gen. Piotra Pytla, którego dzisiaj nazywa osobą niewiarygodną. Główną winą Pytla był fakt, że stanął na czele SKW za czasów rządów PO-PSL. A swoją drogą to znak czasu, że Bączek, który jako szef SKW nie ma żadnego stopnia wojskowego, głównie znany jako publicysta niszowego pisma „Głos”, obraża generała, który w wojskowym kontrwywiadzie przeszedł wszystkie szczeble, pracował też w warunkach liniowych, ryzykując życie.

Jak załatwić generała

Obawy przed służbami znalazły swoje potwierdzenie w historii gen. Jarosława Kraszewskiego, dyrektora Departamentu Zwierzchnictwa nad Siłami Zbrojnymi w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. Kraszewski do BBN delegowany został niejako poza plecami ministra Antoniego Macierewicza, bo prezydent sam wybrał tego oficera. A konkretnie poprosił gen. Mirosława Różańskiego, ówczesnego dowódcę generalnego, o wskazanie odpowiedniej kandydatury. Prezydent szukał kogoś młodego, ze świetnym angielskim i kontaktami za granicą. Przejście Kraszewskiego do BBN zostało odebrane bardzo źle na Klonowej (siedziba Macierewicza). Minister chciał mieć przy prezydencie swojego człowieka, a Kraszewski miał łatkę człowieka Różańskiego. Między ministrem i dowódcą generalnym chemii nie było, a gen. Różański odszedł w stan spoczynku. Szybko tej chemii zabrakło również na linii Kraszewski–MON.

Pierwszy atak Służby Kontrwywiadu Wojskowego na gen. Kraszewskiego zbiegł się w czasie z negatywną opinią, wystawioną przez niego lansowanemu przez MON nowemu systemowi dowodzenia. W styczniu tego roku SKW poinformowało BBN o wątpliwościach w stosunku do gen. Kraszewskiego. Pismo było lakoniczne i nie zawierało żadnego konkretnego zarzutu. I było o tyle zdumiewające, że zaledwie kilka miesięcy wcześniej Kraszewski gładko przeszedł długą i żmudną procedurę odnowienia certyfikatu dającego mu dostęp do informacji na poziomie „ściśle tajne”. Wcześniej rok w rok od niemal 2000 r. odnawiano mu dostęp do informacji tajnych, a później ściśle tajnych. Za każdym razem służby nie miały zastrzeżeń. W lutym 2017 r. prezydent zwrócił się z oficjalnym pismem do SKW o wyjaśnienie wątpliwości co do dyrektora Kraszewskiego. Według oficjalnego komunikatu BBN odpowiedzi na to pismo nie uzyskał do dziś. Wobec tego gen. Kraszewski cały czas miał dostęp do informacji „ściśle tajnych”.

Pod koniec czerwca sprawa certyfikatu generała Kraszewskiego nabrała tempa. Tak się dziwnie ułożyło, że stało się to niemal bezpośrednio po tym, jak Kraszewski odrzucił za zgodą prezydenta kilka kandydatur na generałów zgłoszonych przez departament kadr MON. W piątek 23 czerwca doszło do spotkania Kraszewskiego z szefem biura kadr MON Radosławem Petermanem, a w poniedziałek SKW poinformowało BBN, że oficjalnie wszczyna postępowanie kontrolne wobec gen. Kraszewskiego. I w związku z tym cofa mu dostęp do wszystkich dokumentów opatrzonych klauzulami tajności. Pismo zostało podpisane w sobotę, czyli dosłownie kilka godzin po odrzuceniu monowskich generałów. I tym razem nie wiadomo, co stało za wszczęciem postępowania. Wiadomo za to, jakie skutki pociągnie za sobą ta decyzja. – Nawet jeśli było jeszcze jakieś państwo, które poważnie traktowało certyfikaty przyznawane przez polskie służby, to po tej historii już raczej nie można na to liczyć – mówi płk Piotr Łukasiewicz, były ambasador Polski w Afganistanie.

Sprawa Kraszewskiego nie jest odosobniona. Przez rok certyfikatu dostępu do tajnych informacji nie mógł uzyskać Tomasz Mikołajewski, dyrektor Narodowego Centrum Kryptologii, kluczowej instytucji związanej z bezpieczeństwem komunikacji najważniejszych struktur w państwie. Sprawą Mikołajewskiego zajmowało się kolejno dwóch oficerów SKW i każdy z nich odmówił wydania certyfikatu. Na ich decyzje nie wpłynęło nawet osobiste poręczenie wystawione przez ministra Macierewicza. – Sprawą zajęli się nowi oficerowie i pan dyrektor ma już certyfikat. Pan Berczyński, który chwalił się, że utrącił przetarg na caracale, również dostał poświadczenie od służb. Dziś taki certyfikat jest wart chyba mniej niż papier, na którym został wystawiony – mówi Tomasz Siemoniak, były minister obrony narodowej.

Haki na przeciwników

Gry i zabawy dzisiejszych służb nie mają wiele wspólnego z zapewnianiem bezpieczeństwa kraju. To – jak przytoczony wyżej przykład – intrygi personalne albo prowokacje znane z lat 2005–07, kiedy poprzednio rządził PiS. Jakiś czas temu do adwokata znanego z krytycznego stosunku do obecnej władzy dotarł wysłannik jednej ze służb specjalnych z propozycją, aby podjął się reprezentowania prawnego pewnego osobnika, współpracownika tejże służby. Jest tylko mały problem – oznajmił funkcjonariusz – ten człowiek jest poszukiwany przez policję pod poważnym zarzutem, ukrywa się. Zaoferował wysoką stawkę, płacić miała służba. Adwokat nie w ciemię bity, od razu zrozumiał, że to prowokacja mająca uwikłać go w kompromitującą intrygę. Odmówił.

Mariusz Kamiński jako minister-koordynator ds. służb odwiedza Julię Przyłębską, szefową Trybunału Konstytucyjnego, i w jej gabinecie – jak poinformował „Newsweek” – ogląda teczkę personalną pracownicy TK, która nie jest o nic podejrzewana. Ale prywatnie to żona sędziego Wojciecha Łączewskiego, który skazał Kamińskiego na więzienie. Po co Kamińskiemu wiedza z tej teczki? Można się jedynie domyślać, że węszy w aktach żony, aby znaleźć haki na męża. Kraj, w którym służby z ich szefami na czele zajmują się zbieraniem haków na przeciwników politycznych i na sędziów w ramach retorsji za wydane wyroki albo prymitywnie fałszują dowody, trudno nazwać demokratycznym państwem prawa. Planowana rozbudowa służb w ramach dwóch resortów, a do tego nowe urzędy zatrudniające wyłącznie zaufanych ludzi, może budzić obawy. Poza jakąkolwiek kontrolą powstanie imperium specjalizujące się w permanentnej inwigilacji. Strach się bać. Opozycja musi wyraźnie ostrzec pracowników, a zwłaszcza szefów dzisiejszych służb specjalnych, że jakiekolwiek naruszenie prawa i demokratycznych standardów nie pozostanie bezkarne.

Warto jednak już teraz zastanowić się, jak to imperium powinno być skonstruowane, kiedy PiS straci władzę. I to nie w wyniku puczu, jak głosi partyjny przekaz sierpnia (m.in. Szydło o pełzającym puczu, Błaszczak o „ulicy i zagranicy”), co może być pretekstem do próby siłowego rozprawienia się z niechętnymi tej władzy ruchami społecznymi. Trudno to sobie dzisiaj wyobrazić, ale do czasu wyborów wahadło może wychylić się w drugą stronę. W gronie prawników powstała ciekawa koncepcja reformy służb specjalnych. W skład sześcioosobowego kolegium sprawującego nadzór nad służbami i opiniującego kandydatury na szefów wchodziliby: pierwszy prezes SN, prezes Izby Karnej SN, prezes TK, prezes NSA, przedstawiciel prezydenta, przedstawiciel Sejmu i przedstawiciel Senatu. Służby składałyby się z siedmiu segmentów. Byłyby to: Centralna Agencja Analityczno-Informacyjna zajmująca się m.in. białym wywiadem; Agencja Wywiadu Elektronicznego i Techniki Operacyjnej, która zajmowałaby się kontrolą operacyjną, rozpoznawała zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa i analizowałaby zagrożenia cybernetyczne; Narodowe Centrum Kryptologii współpracujące z innymi służbami i uczelniami; Agencja Wywiadu skupiająca pion cywilny i wojskowy (w osobnych departamentach); Agencja Bezpieczeństwa RP składająca się z kilku pionów. Jeden zwalczający terror kryminalny – w jego skład weszłaby część ABW i CBŚP. Pion bezpieczeństwa ekonomicznego, czyli dzisiejsze CBA i Wywiad Skarbowy. I trzeci pion – śledczy, działający na zlecenie prokuratury. Byłoby też Biuro Bezpieczeństwa Państwa, czyli dzisiejszy BOR połączony m.in. ze Strażą Graniczną. Ostatni element proponowanego systemu to Agencja Przeciwdziałania Terroryzmowi koordynująca działania w sytuacjach nadzwyczajnych.

Kontrolę sądową operacji specjalnych i czynności operacyjno-rozpoznawczych prowadzonych przez te służby pełniłby specjalny wydział sądowy, ze stałą obsadą kilku wyspecjalizowanych sędziów.

Wszystkie służby działałyby w takim systemie transparentnie i nie na polityczne zlecenie. Taki model dziś może wydawać się nierealny, bo pomyślany został zbyt idealistycznie, ale właściwie dlaczego by nie spróbować? A przynajmniej zacząć poważną debatę o tym, co ma się zmienić w służbach i jak je naprawiać po demolce dokonanej przez PiS. Służby specjalne ewidentnie mają plan działań przeciw opozycji – opozycja musi mieć jakiś swój plan wobec służb.

***

W cyklu raportów „Co po PiS?” pisaliśmy już: w nr. 4 o wyzwaniach po zmianie władzy, w nr. 5 o programie 500+, w nr. 10 o systemie edukacji, w nr. 14 o naszej polityce unijnej, w nr. 19 o gospodarczych projektach rządu PiS, w nr. 33 o nowej strefie euro. Raporty dostępne na www.polityka.pl/copopis

Piotr Pytlakowski, współpraca Juliusz Ćwieluch

***

Stan służb

• ABW – ok. 4,5 tys. osób, budżet ok. 550 mln zł, średnie zarobki 5,5 tys. zł

CBA – 880 osób, budżet 170 mln, zarobki 7,5 tys. zł

SKW – 900 osób, budżet 190 mln, zarobki ok. 7 tys. zł

BOR – 1100 osób, budżet 232 mln, zarobki ok. 5 tys. zł

Straż Graniczna – 17 tys. osób, budżet 1,4 mld zł, średnia płaca ok. 5 tys. zł

Policja – ponad 100 tys. etatów, ale ok. 94 tys. osób zatrudnionych, budżet 9,2 mld zł, średnia płaca ok. 3,5 tys. zł

Dane w przybliżeniu, bo stany osobowe służb to informacja niejawna. Budżety podajemy bez tajnych funduszy operacyjnych.

***

W cyklu raportów „Co po PiS?” pisaliśmy już: w nr. 4 o wyzwaniach po zmianie władzy, w nr. 5 o programie 500+, w nr. 10 o systemie edukacji, w nr. 14 o naszej polityce unijnej, w nr. 19 o gospodarczych projektach rządu PiS, w nr. 34 o wspólnej europejskiej walucie. Raporty dostępne na: www.polityka.pl/copopis

Polityka 36.2017 (3126) z dnia 05.09.2017; Temat z okładki; s. 22
Oryginalny tytuł tekstu: "Imperium inwigilacji"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Jak rozpoznać depresję u dzieci?

Niedawno pisaliśmy o niewydolnym systemie pomocy dla najmłodszych, którzy coraz częściej zmagają się z problemami psychicznymi. Jak działać, gdy system nie działa? – pytamy Lucynę Kicińską z Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę, koordynatorkę telefonu zaufania dla dzieci i młodzieży 116 111.

Joanna Cieśla
09.04.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną