Reparacyjny przekładaniec
Rozpatrując reparacyjny przekładaniec, trudno oprzeć się wrażeniu, iż dobra zmiana tak naprawdę nie liczy na kasę, ale stara się tak wymodelować świadomość suwerena, aby ten miał pretensje do całego świata.
Berlin
Alexander Steinhof/Flickr CC by 2.0

Berlin

Nikt nie ma wątpliwości, że Polska poniosła wyjątkowo dotkliwe (proporcjonalnie największe) straty w wyniku II wojny światowej. Pod koniec lat 30. zaczęła wychodzić na ekonomiczną prostą. Można więc przyjąć, że gdyby nie wojna i okupacja, stałaby się co najmniej średnio zamożnym krajem europejskim. Nic więc dziwnego, że Polacy mają poczucie krzywdy, gdyż musieli odbudowywać kraj głównie własnym wysiłkiem. To jednak już tylko (i aż) przeszłość, która na pewno rodzi postulaty i oczekiwania moralne wobec państwa, które jest prawnym spadkobiercą sprawców agresji.

A jak to wygląda z prawnego punktu widzenia? Ewentualne otrzymanie reparacji może dokonać się na gruncie prawa międzynarodowego w oparciu o (a) negocjacje pomiędzy zainteresowanymi krajami, tj. Rzeczpospolitą Polską i Republiką Federalną Niemiec, lub (b) orzeczenie Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości. Pierwsza ewentualność jest mało prawdopodobna z uwagi na wyraźne stanowisko strony niemieckiej, że sprawa jest zakończona, natomiast druga wymaga uzasadnienia prawnego w postaci wskazania umowy międzynarodowej (dwustronnej lub wielostronnej) lub wyraźnego precedensu, lub zwyczaju w stosunkach międzynarodowych.

Czy roszczenia Polski wobec Niemiec wygasły?

Polski rząd przygotowuje takowe uzasadnienie. Nie będę się wypowiadał, czy jest zasadne czy nie, bo nie jestem specjalistą w prawie międzynarodowym (uczyłem się go kilkadziesiąt lat temu). Mogę tylko odnotować, że specjaliści są podzieleni w podstawowej kwestii, mianowicie: czy roszczenia wygasły czy nie. Wedle mojego zdania (ale proszę to traktować jako hipotezę) szanse Polski na uzyskanie reparacji są niewielkie, może wyjąwszy jakieś symboliczne zadośćuczynienie, które będzie miało na calu pokazanie, że wprawdzie polskie pretensje są prawnie bezpodstawne, to jednak moralnie słuszne.

Aczkolwiek sprawa może być poważna, np. zdecyduje o kształcie świadomości Polaków jako narodu systematycznie krzywdzonego przez historię za pośrednictwem potężniejszych sąsiadów lub też doprowadzi do osłabienia (raczej nie wzmocnienia) pozycji Polski na arenie międzynarodowej. To ma także zdecydowanie humorystyczne konteksty. Przygotowując poprzedni felieton („Wakacyjny humor polityczny”), przeoczyłem pewną wyjątkową wypowiedź. Oto ona:

„Moi Drodzy, kwestia reparacji wojennych to sprawa oczywista. Skoro Niemcy za zniszczenia wojenne płacą Francji czy W. Brytanii, dlaczego nie Polsce, która poniosła większe straty. Przecież gdybyśmy te biliony złotych zamiast na odbudowę Polski po niemieckiej hatakumbie – przeznaczyli na rozwój naszego państwa – to Polska była by dziś 2 razy silniejsza”.

Hatakumba Jakiego

Autorem jest p. (nie byle) Jaki, zresztą cytowany w tekście sprzed tygodnia. Hatakumba zrobiła niejaką karierę w internecie i prasie. Tak wielką, że nikt nie zauważył, iż p. (nie byle) Jaki, niewykluczone, że przyszły prezydent miasta st. Warszawy, napisał „była by” zamiast „byłaby”. Wszelako nie „hatakumba” i nie „była by” stanowią o nadzwyczajności zacytowanego utworu. I nawet nie to, że p. (nie byle) Jaki najwyraźniej pomylił sprawę odszkodowań niemieckich na rzecz Anglii i Francji za I wojnę światową z reparacjami za II wojnę światową. Całkiem niedawno Niemcy zakończyły spłacanie za tę pierwszą, natomiast mocarstwa zachodnie zrzekły się dalszych wypłat w 1952 r.

Czytaj także

Polityka Cyfrowa

Teraz miesiąc od nas w prezencie!

Zaprenumeruj

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj