Kraj

„Różaniec do granic” zgromadził tysiące Polaków. Tylko czy naprawdę chodziło o modlitwę i pokój?

Dlaczego akcje katolickie są przez rząd promowane i wspierane, a świeckie, legalne organizacje kobiece nawiedza policja? Dlaczego akcje katolickie są przez rząd promowane i wspierane, a świeckie, legalne organizacje kobiece nawiedza policja? Dominika Gajda / Agencja Gazeta
Wypowiedzi polityków i zaangażowanie spółek skarbu państwa sprawiły, że na pierwszym planie była polityka partii rządzącej.

Akcja modlitewna „Różaniec do granic” chyba nie zgromadziła miliona uczestników na granicach naszego państwa, jak spodziewali się organizatorzy. Ale tysiące na pewno. I to jest sukces fundacji Solo Dios Basta. Wbrew hiszpańskiej nazwie („Sam Bóg wystarczy” – słowa przypisywane hiszpańskiej mistyczce, św. Teresie z Avila) jest to dzieło grupy polskich misjonarzy świeckich, w tym artystów, którzy chcą ewangelizować Polskę. Tym razem wymyślili masową ewangelizację drogą modlitwy różańcowej o pokój dla świata i Polski.

W zasadzie akcja byłaby wewnętrzną sprawą Kościoła i katolików. Przejawem aktywności wierzących obywateli. W modlitwie zbiorowej i publicznej, nawet w formie żywego łańcucha ludzi, nie ma niczego złego społecznie, jeśli nie jest przeciwko innym. A jeśli są ludzie, którym potrzebne jest „obmadlanie” ojczyzny, to ich prawo. Na tym przecież polega społeczeństwo obywatelskie, że grupy ludzi organizują się oddolnie w jakiejś dla siebie ważnej sprawie. Jedni robią „Różaniec do granic” czy marsze dla życia, inni bronią praw kobiet czy rządów prawa.

Mowa nienawiści w ramach „Różańca do granic”?

Nie byłoby więc tematu, gdyby nie angażowanie się spółek skarbu państwa, w tym kolei, w akcję modlitewną i wypowiedzi niektórych polityków PiS, włącznie z premierką, która pozdrowiła uczestników na Twitterze.

Joachim Brudziński włączył się do akcji, bo jest katolikiem. W porządku, ale w tweecie zaczepił przy tej pokojowej, duchowej okazji „antyklerykalnych hejterów”, a przed kamerami opowiadał, jak król Jan III z różańcem i krzyżem zatrzymał islamską nawałę. Miał rację, że lepiej walczyć modlitwą niż karabinem, tylko kogo miał na myśli?

Nie było doniesień o obecności na modlitwie polityków ugrupowań opozycyjnej centroprawicy. Skoro już mieli być politycy, to czemu tylko partii rządzącej? Podobnie z ludźmi kultury i mediów; czemu tylko jedna opcja? Innych nie zaproszono, odmówili, a może nie chcieli uczestniczyć?

Tak powstaje wrażenie, że chodziło nie tylko o modlitwę i pokój, ale także o politykę po linii partii rządzącej. Znów byliśmy świadkami rozmywania konstytucyjnego oddzielenia państwa od Kościoła. Dlatego obywatele mogą zapytać: czemu można jeździć za symboliczną złotówkę kolejami na akcję modlitewną, a na Woodstock Owsiaka nie można? Dlaczego akcje katolickie są przez rząd promowane i wspierane, a świeckie, legalne organizacje kobiece nawiedza policja?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Wojna państwa Marcinkiewiczów

Historia Izabeli i Kazimierza Marcinkiewiczów toczy się jak wieloodcinkowy serial. Ale to, co długo było celebrycką, plotkarską farsą, w najnowszych odsłonach nabiera cech greckiej tragedii. Spór byłego premiera z byłą żoną to przypadek rozwodu publicznego, z wykorzystaniem mediów oraz nowych instytucji prawnych.

Martyna Bunda
06.08.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną