Czy Jarosław Kaczyński zostanie nowym premierem?
Kaczyński w fotelu premiera będzie sygnałem, że „bój to jest nasz ostatni”. Do ostatecznego zwycięstwa albo klęski.
Jarosław Kaczyński
Sławomir Kamiński/Agencja Gazeta

Jarosław Kaczyński

Obiektywnie patrząc, nie ma najmniejszych podstaw do wymiany szefa rządu. Beata Szydło dysponuje stabilnym poparciem w parlamencie, cieszy się zaufaniem społecznym, a jej rząd – cokolwiek o nim powiedzieć – spełnił wiele obietnic wyborczych. Sondaże mówią zresztą za siebie. Po cóż zmieniać skład drużyny, która z ogromną przewagą prowadzi w tabeli?

Jak oceniać rząd PiS?

Problem w tym, że nie wiemy, czy obiektywne oceny mają za rządów PiS zastosowanie. Bo obyczaj pisowski jest radykalnie odmienny od normalnego, demokratycznego. Tutaj nie rządzi się po to, aby realizować obietnice z kampanii wyborczej. A przynajmniej nie tylko po to. Znacznie istotniejsze jest to, czego się nie obiecywało. O czym wprost nie mówiono, aby nie zrażać wyborców. Czyli rewolucyjny pęd do burzenia dotychczasowych hierarchii i budowanie własnych, mających utrwalić monopol władzy. W efekcie obóz rządzący wewnętrznie się rozszczepił. Za dnia doktor Jekyll (najczęściej w osobie Beaty Szydło) czyni ludności miłe przysługi, rozdając pieniądze, mieszkania i wcześniejsze emerytury. Nocami zaś pan Hyde (Kaczyński, Ziobro, Piotrowicz) brutalnie napada na instytucje państwa, siłą wymuszając swą dominację.

Z tej przyczyny wewnętrzna logika decyzyjna jest pokrętna i nieczytelna. Wiadomo, że premier rządu ma się po prostu podobać, być wizytówką „dobrej zmiany”. Stanowić alibi dla nocnego zbira. Lecz sam rząd, o czym powszechnie wiadomo, nie stanowi centrum władzy wykonawczej. Pełni jedynie funkcje usługowe wobec centrum faktycznego. Tym samym wymiana premiera nie jest operacją aż tak wielkiej wagi. To tylko czynność techniczna, służąca wyższym celom. A zatem i sama demokracja staje się procedurą techniczną. Bo realizacja obietnic wyborczych już nie stanowi istoty procesu rządzenia. Jest co najwyżej istotną zmienną wspomagającą ten proces, który prowadzi ku zupełnie innym, nie do końca jasnym celom.

W dziejach III RP wiele rządów upadło przed końcem kadencji, lecz zawsze towarzyszył temu wydarzeniu poważny kryzys polityczny. Wywołany konfliktem na szczytach władzy, ujawnieniem wielkiej afery, utratą większości parlamentarnej, załamaniem poparcia społecznego. Wyjątkiem od tej reguły – pominąwszy bezprecedensowy przypadek Tuska, który wywalczył sobie wysokie stanowisko międzynarodowe – był gabinet Marcinkiewicza. Jedyny do tej pory, który upadł bez wyraźnego powodu. Z kaprysu partyjnego szefa, a nie pod wpływem obiektywnych zdarzeń, w obliczu kryzysu, afery bądź załamania poparcia. Przeciwnie – Marcinkiewicz był premierem zbyt popularnym, aby utrzymać się na stanowisku. Przypadek szefa pierwszego rządu PiS pokazuje więc, że pisowska logika sprawowania władzy jest odmienna od normalnej, utrwalonej w naszym demokratycznym obyczaju.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną