Śmierci Piotra Szczęsnego nie można traktować instrumentalnie

Zamiast kontrmiesięcznicy
10 listopada Obywatele RP i ich sympatycy spotkali się nie na Krakowskim Przedmieściu, lecz w miejscu samospalenia Piotra Szczęsnego. Publikujemy obszerne fragmenty wypowiedzi Pawła Kasprzaka, lidera ruchu.
Okolice PKiN
WILK/Polityka

Okolice PKiN

W piątek, 10 listopada, uczestnicy ruchu Obywatele RP po raz pierwszy od kilkunastu miesięcy nie przeprowadzili tzw. kontrmiesięcznicy na Krakowskim Przedmieściu. Zaskoczyli tą decyzją służby porządkowe ochraniające w wielkiej sile odbywające się od ponad siedmiu lat miesięcznice katastrofy smoleńskiej, celebrowane osobiście przez Jarosława Kaczyńskiego. Tym razem przemarsz Kaczyńskiego i jego świty odbył się przez pustawy plac Zamkowy i dalej przed pałac prezydencki, głównie w otoczeniu zasieków z metalowych barierek i policyjnych szwadronów. Nie ma nic bardziej wymownego niż taki obraz człowieka niepodzielnie rządzącego Polską, drobiącego przez miasto w deszczu i wietrze. I w pustce wypełnianej wyłącznie przez policyjne oddziały.

Obywatele RP na ten jedyny dzień skrzyknęli swoich zwolenników przed Pałac Kultury, w miejsce, gdzie dokonał aktu samospalenia Piotr Szczęsny, zwykły, szary człowiek, jak sam napisał o sobie w liście pożegnalnym. Uznali, że jego męczeńska ofiara wymaga odstąpienia od rutynowej kontrmiesięcznicy i spotkania się, aby oddać mu swoisty hołd.

Zebrało się kilkaset osób. Zapalono znicze, położono kwiaty. W oddali czuwało zaledwie kilku policjantów, ale panował spokój, nie było potrzeby interwencji. A kiedy zabrał głos lider ruchu Obywatele RP Paweł Kasprzak, ludzie słuchali w skupieniu i całkowitej ciszy. Warto zacytować fragmenty jego wystąpienia (spisane z taśmy).

Mowa Pawła Kasprzaka

Jest strasznie trudno przychodzić tutaj, by oddać cześć, jak pewnie chcieliby niektórzy, albo po prostu upamiętnić ten dramat, który się tutaj wydarzył i tę straszną śmierć człowieka w płomieniach, tak żeby nie traktować tego instrumentalnie. Tak żeby nie próbować budować ze śmierci tego człowieka jakiegoś równoległego kultu. (…)

Ja bym chciał powiedzieć wiersz, który mi od dnia jego samospalenia wiecznie chodzi po głowie, a dokładnie mówiąc: od tego momentu, kiedy tutaj przyszedłem po raz pierwszy i zobaczyłem tę okolicę, chociaż ją dobrze znałem. To jest wiersz, który Czesław Miłosz napisał w 1943 r. wiosną i nazywa się „Campo di Fiori”. Ja ten wiersz od bardzo dawna znam na pamięć, bo bardzo wiele było takich okazji, w których samotność, o której jest mowa w tym wierszu, była przejmująca. Zawsze była to samotność protestujących ludzi. Często była to samotność ludzi, którzy tymi protestami próbowali obudzić uśpione ludzkie sumienia. Nigdy nie była to samotna śmierć, tak jak teraz.

Ten wiersz, wystarczy spojrzeć wkoło, jest strasznie prawdziwy. Tę prawdę widać, kiedy człowiek spojrzy na te budki, na ten bazar tu wkoło, w tym otoczeniu dosyć ponurym, zwłaszcza o tej porze roku. I kiedy sobie człowiek uświadomi bliskość tej karuzeli, o której Miłosz pisał, ona stała tam, niedaleko. Człowiekowi przychodzi do głowy, że tak prawdopodobnie zawsze było, zawsze jest i w tych dniach niestety zawsze będzie. Ja sobie ciągle uświadamiam, jak strasznie prawdziwy jest ten wiersz o samotności ginących.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj