Marsz Niepodległości z bliska

Rzeczpospolita nacków
11 listopada, w polskie święto narodowe, władzę w centrum stolicy RP przejęły tłumy nacków.
Marsz Niepodległości
Piotr Małecki/Napo Images

Marsz Niepodległości

Nacki – tak mówią na nazistów i nacjonalistów Czesi i Słowacy. To bardzo wygodne określenie. Pozwala bowiem obejść groteskowe odżegnywanie się od nazizmu tych, którzy de facto nazistowskie hasła powielają. „Nie, nie jesteśmy nazistami, bo nazizm to był w Niemczech. Faszystami też nie, bo faszyzm był we Włoszech i miał specyficzne cechy”. W porządku. Nie chcą być nazistami i faszystami – niech nie będą. Powiedzmy więc, że 11 listopada władzę wzięły nacki.

Tegoroczny marsz odbywał się pod hasłem „My chcemy Boga”. Rozpoczynająca go msza miała odbyć się w rycie trydenckim, po łacinie, w sposób zatem bliski katolickim konserwatystom, a takimi niewątpliwie są narodowcy, ale w ostatniej chwili okazało się, że z rytu trydenckiego nici. „Informujemy, że o godz. 12.00 w kościele św. Barbary odbędzie się Msza św. w języku polskim. Za zaistniałą sytuację bardzo przepraszamy” – napisali na stronie Marszu Niepodległości narodowcy, i był to chyba pierwszy odnotowany w historii przypadek, w którym narodowcy przepraszają, że jakakolwiek impreza odbędzie się w ich narodowym języku.

Wokół kościoła kręcili się faceci w pomarańczowych kamizelkach: straż ochrony marszu. To oni przejęli funkcje quasi-policyjne na terenie Rzeczpospolitej nacków. Wyglądali jak obywatelska milicja. Odbywało się coś w rodzaju odprawy. „Oficerowie” podawali „szeregowym” wytyczne. „Dziś nie ma tylu batonów co wcześniej” – informowano się z radością.

Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów z POLITYKI oraz wydań specjalnych otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj