Kraj

Dekomunizacja: John Wayne i Lech Kaczyński nowymi patronami polskich ulic

Warszawa Warszawa Paul Sableman / Flickr CC by 2.0
W ramach ustawy dekomunizacyjnej do 2 września samorządy miały czas, by zmieniać nazwy ulic. Tych, którzy nie zastosowali się do zaleceń, właśnie wyręczyli wojewodowie.

Dekomunizacja to w polskich realiach serial mający więcej odcinków niż „Moda na sukces”. Najmocniej zaznaczyła się na początku lat 90., gdy z polskich miast znikali Bierut i Dzierżyński, w sposób oczywisty związani z czarnymi kartami historii Polski. W ich miejsce pojawiali się nowi bohaterowie, jak choćby Jerzy Popiełuszko czy Stefan Wyszyński.

Samorządy zajęły się głównymi arteriami miast, często pozostawiając patronów mniejszych ulic samymi sobie. Dziś nie ma w Polsce województwa, w którym nie uchowaliby się regionalni działacze KPP, ulice nawiązujące do zwycięstwa ZSRR nad Trzecią Rzeszą czy pamiątki iluś tam lecia PRL. Trwałoby to pewnie długo, gdyby nie ustawa o zakazie propagowania komunizmu lub innego ustroju totalitarnego z września 2016 roku.

Ręce precz od Dąbrowszczaków

Treść ustawy jest prosta. Sejm dał samorządom czas do 2 września na zmianę nazw ulic, które propagują totalitaryzmy. W tym celu IPN wskazał 943 nazwy ulic, które podlegają nowej ustawie. Samorządy otrzymały na zmianę nazw rok. Jeśli nie wykonały zadania, sprawą trzy miesiące później, czyli ok. 13 grudnia, mieli się zająć wojewodowie.

Symbolem nowej fali dekomunizacji stały się ulice Dąbrowszczaków, czyli polskich ochotniczych oddziałów walczących po stronie republikańskiej podczas wojny domowej w Hiszpanii. Tyle bezstronna definicja, bo dla prawicy (oraz historyków IPN) Dąbrowszczacy prowadzili rozpoznanie bojem jako forpoczta stalinowskich siepaczy, a dla lewicy – jako pierwsi na kontynencie walczyli z faszyzmem. Już dwa lata temu zawiązała się inicjatywa „Łapy precz od Dąbrowszczaków”.

W sierpniu bieżącego roku, gdy w siedzibie IPN dyskutowano o dekomunizacji, członkowie inicjatywy skandowali pod budynkiem: „Nie dla kłamstw IPN”. Tym samym lewica zaczęła stawiać Dąbrowszczaków trochę na tych pozycjach, na których po drugiej stronie barykady ulokowani zostali żołnierze wyklęci, nie do końca zadając sobie pytanie, czy w ogóle takiego mitu potrzebuje.

Po części rację mają obie strony sporu, wśród Dąbrowszczaków byli i ochotnicy do walki z faszyzmem, i gorliwi radzieccy patrioci, którzy byli później przygotowani do zainstalowania nowego systemu w Polsce. Spory na ten temat prawdopodobnie przechodzą właśnie do przeszłości. W Gdańsku ulicę Dąbrowszczaków zastąpi ulica Lecha Kaczyńskiego, w Łodzi nowym patronem ulicy zostanie poeta Jacek Bierezin, a w Warszawie nieprzejednany socjalista antybolszewik, Boris Sawinkow.

Nowi patroni naszych ulic

Sawinkow to niejedyny nietypowy patron, który wykracza poza klasyczny panteon prawicowej polityki historycznej. W Łodzi ulica Tekli Borowiakowej, przedwojennej komunistki i włókniarki, zmieni się w ulicę Johna Wayne’a, legendy amerykańskiego westernu. Cóż, może i łatwo sobie wyobrazić, jak niewielka ślepa uliczka staje się areną wydarzeń z „Dyliżansu”.

Wayne nie jest znany tylko przez wzgląd na swoją bogatą filmografię, dla wielu Amerykanów stanowi synonim konserwatywnych wartości. W udzielonym w 1971 roku „Playboyowi” wywiadzie mający lata świetności za sobą Wayne opowiadał się za hasłami białej supremacji. O czarnoskórych mówił, że nie można dać im się rzucić na kolana, o rdzennych mieszkańcach Ameryki, że nigdy nie czuł wobec nich empatii, po czym określił ich mianem „samolubnych”, w końcu chcą mieć całą ziemię tylko dla siebie.

Wywiad ten posłużył w zeszłym roku do zablokowania stanowego Dnia Johna Wayne’a w Kalifornii. Jeśli więc łódzki wojewoda chciał pozostać w kowbojskim imaginarium, dlaczego nie wybrał na patrona ulicy znanego z plakatów „Solidarności” Gary’ego Coopera?

Wśród innych nowych patronów ulic raczej bez zaskoczeń. Królują żołnierze niezłomni, rotmistrz Pilecki, Zbigniew Herbert (co ciekawe, znów w Łodzi, w asyście Czesława Miłosza) i Lech Kaczyński. Miejsca poświęcone byłemu prezydentowi wydają się szczególnie prestiżowe, w Warszawie patronat Kaczyńskiego objęły ogromne Aleje Armii Ludowej, w Katowicach znajdujący się przy głównym dworcu kolejowym plac Wilhelma Szewczyka.

Pamięć o socjalistach

Wykonywana pod auspicjami IPN dekomunizacja to sprawa wielowątkowa. Czasem dziwi, jak to możliwe, że uchowały się ulice imienia Karola Świerczewskiego, czasem przebiega ona wyraźnie wbrew woli mieszkańców, jak rondo Edwarda Gierka w Sosnowcu zamienione na rondo Zagłębia Dąbrowskiego. W pobliskich Katowicach wciąż toczy się dyskusja wokół ulicy Jerzego Ziętka, wojewody śląskiego. Wojewoda poprosił IPN o dodatkową opinię, bo obecna jest zbyt lakoniczna. Gdzieś w tle przypomina się krakowska awantura o próbę dekomunizacji ulicy Dworcowej, którą uznano za upamiętniającą pisarza Nikołaja Dworcowa.

W całym tym zamieszaniu należy pamiętać, że apetyt rośnie w miarę jedzenia, a obecna fala dekomunizacji wcale nie musi być ostatnia. Kto wie, może w przyszłości walka o przestrzeń symboliczną obejmie patriotów i socjalistów: Joachima Lelewela, Ludwika Waryńskiego, a nawet Jacka Kuronia.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

3 miesiące. Tyle mieli żyć więźniowie z pierwszego transportu do Auschwitz

Są młodzi i zdrowi, więc mają przed sobą ze 3 miesiące życia. Na wolność wyjdą przez komin krematorium. Taką przyszłość przepowiadano 728 pierwszym więźniom w Auschwitz.

Marcin Kołodziejczyk
18.06.2010
Reklama