PiS ma udawać ubóstwo

Gra w dziada
Populistyczna licytacja na skromność i cięcie przywilejów władzy służy dziś interesom PiS. Kanalizuje skandal z nagrodami, odwracając uwagę od tego, na czym naprawdę polega „system Kaczyńskiego”.
Wizerunek skromnego faceta może nie wystarczyć do zamortyzowania politycznych skutków afery z nagrodami.
Leszek Zych/Polityka

Wizerunek skromnego faceta może nie wystarczyć do zamortyzowania politycznych skutków afery z nagrodami.

System Kaczyńskiego wymaga poważnej diagnozy i adekwatnej alternatywy.
Krystian Maj/Forum

System Kaczyńskiego wymaga poważnej diagnozy i adekwatnej alternatywy.

Michał Kamiński zapowiedział, że złoży projekt zrównujący pobory poselskie ze średnią krajową. Nie ukrywając, że chodzi tylko o przetestowanie PiS i zdemaskowanie obłudy Kaczyńskiego.
Michał Dyjuk/Forum

Michał Kamiński zapowiedział, że złoży projekt zrównujący pobory poselskie ze średnią krajową. Nie ukrywając, że chodzi tylko o przetestowanie PiS i zdemaskowanie obłudy Kaczyńskiego.

audio

AudioPolityka Rafał Kalukin - Gra w dziada

Tym razem Jarosław Kaczyński nie na żarty przestraszył się suwerena. Sięgnął bowiem po rozwiązania ryzykowne. Zapowiedź obcięcia pensji posłom i samorządowcom oraz brutalne wymuszenie na ministrach zwrócenia w części wydanych już nagród spadło na partię rządzącą jak grom z jasnego nieba. Kiepsko, jak słychać, wpływając na morale w PiS.

Na spalonym znalazła się Beata Szydło z jej donośnym „nam się należało”, które przyklei się teraz do niej na długie lata. Przy okazji prezes wystawił do wiatru braci Karnowskich, suponując, że ich portal wymyślił sobie słowa o „pokazywaniu pazurków”. Dość więc narobiło się wewnętrznych urazów, aby mogła je zneutralizować satysfakcja, że zaciśnie pasa również opozycja.

Sam Kaczyński wyraźnie dał zresztą do zrozumienia, że też nie czuje się komfortowo. Akurat ten rodzaj populizmu – skrojony pod gusta czytelników tabloidów, choć podszyty liberalną niechęcią do państwa jako wielkiego marnotrawcy – prezes PiS uważał dotąd za szkodliwy. Co wyraził sentencją „Vox populi, vox Dei”, która zabrzmiała jak usprawiedliwienie.

Lecz prezes bynajmniej nie działał po omacku, a jego decyzje z punktu widzenia interesów PiS były racjonalne.

Powtórka z systemu

Czy publiczność przyjmie opowieść o sprawiedliwym carze i pazernych bojarach? Sprzyja jej wizerunek Kaczyńskiego jako żoliborskiego ascety, który nie przywiązuje wagi do materialnych dóbr, nosi się niedbale i żyje wyłącznie polityką. Ten rys osobowości Kaczyńskiego tylko do pewnego stopnia jest jednak prawdziwy, zarazem prezes bywa też cwaną gapą.

Nietrudno odgrywać abnegata, faktycznie żyjąc na koszt partii. To ona Kaczyńskiego żywi, ubiera, przewozi i ochrania. Żaden inny przywódca partyjny w Polsce nie ma takiego luksusu. Jednak w czasach przedpisowskich Kaczyński nie żył przecież tylko powietrzem i polityką. Sam kiedyś opowiadał, jak sobie wychodził u Wałęsy posadę redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność” – licząc nie tylko na polityczne profity, lecz i apanaże. Bo, jak przyznawał, z niewysokiej w tamtym czasie senatorskiej diety trudno mu było związać koniec z końcem.

Wizerunek skromnego faceta może zresztą nie wystarczyć do zamortyzowania politycznych skutków afery z nagrodami. Decydujące będzie to, w jakim kontekście wyborcy ją osadzą. Jeśli tylko w tabloidowym i powierzchownym („nachapali się naszym kosztem”), długofalowo PiS nie poniesie większych strat. Ot, niektórzy funkcjonariusze „dobrej zmiany” trochę przesadzili. Nastąpiła jednak refleksja, więc można im jeszcze warunkowo wybaczyć, a w przyszłości uważniej patrzeć na ręce. W poważniejsze tarapaty wpadnie jednak partia Kaczyńskiego, jeśli Polacy umieszczą tę historię na szerszym tle, odnosząc ją do głównych źródeł legitymizacji tej ekipy.

W oficjalnym programie PiS Kaczyński przyjmował za punkt odniesienia „system Tuska”. Pisał: „Dynamika tego systemu doprowadziła do ujednolicenia władzy na wszystkich poziomach ustroju i do ogarnięcia przez jedną partię wszystkich kluczowych instytucji. W ten sposób partia ta stworzyła wielki mechanizm rozdawniczy i sama stała się jedynym dysponentem przywilejów, awansów oraz wszelkiej gratyfikacji”.

Tę diagnozę prezes oczywiście umieścił w znacznie szerszej opowieści o nomenklaturowym charakterze polskiej transformacji. „System Tuska” miał stanowić zwieńczenie procesów zapoczątkowanych w 1989 r. Platforma stanowiła tu ostateczną emanację formacji postkomunistycznej. Co miało uzasadniać radykalizm oferty politycznej PiS; alternatywny projekt nie mógł być przecież jedynie korektą. Należy bowiem trwale odciąć stare elity żerujące na państwie. Po to, aby podporządkować je interesom obywateli.

W pisowskim slangu uliczno-internetowym nazywano to „odrywaniem świń od koryta”. Subtelniejszy Piotr Skwieciński zaraz po wyborczym zwycięstwie PiS zapowiadał „trwałe przemieszczenie konfitur”. Z konkluzją, że celem pisowskiej krucjaty jest to, aby już nie było „przyrodzonych panów Polski”. Nie przyszło wtedy publicyście do głowy, że przejęty system rozdawnictwa przywilejów może zostać po prostu potraktowany przez zwycięzców jak wojenny łup. I że to oni ulegną teraz pokusie stania się nowymi „panami”.

Po ponad dwóch latach rządów „dobrej zmiany” opozycja bez problemu mogłaby wpisywać całe fragmenty starej pisowskiej diagnozy do swojego programu. Zamieniając rzecz jasna „system Tuska” na „system Kaczyńskiego”. Ujednolicenie władzy na wszystkich poziomach? Teraz absolutne. Ogarnięcie przez jedną partię wszystkich kluczowych instytucji? Wręcz totalne. Kto jest partyjnym dysponentem przywilejów, awansów i wszelkiej gratyfikacji? To przecież PiS rozdające tysiące posad w sektorze publicznym, spółkach Skarbu Państwa, narodowych mediach, instytucjach kultury i dyplomacji. Zarządzające publicznymi strumieniami finansowymi, które zasilają teraz przyjazne władzy prywatne media oraz fundują odrębny sektor pozarządowy, zorientowany na zaspokajanie ideologicznych i politycznych potrzeb rządzących. Wreszcie kolonizujące instytucje, które dotąd przed zachłannością polityków chroniła konstytucja – najpierw Trybunał Konstytucyjny, a teraz Krajową Radę Sądownictwa i Sąd Najwyższy. Tak szczelnego systemu, na taką skalę uzależniającego osobiste kariery funkcjonariuszy i klientów państwa od posłuszeństwa partii rządzącej, nie było ani za Millera, ani za Tuska. Kaczyński tak wyśrubował normy, że dalej są już tylko wzorce peerelowskie.

Sute nagrody dla członków rządu Beaty Szydło są więc systemowo nieistotnym, choć malowniczym ornamentem. Pokazującym, że nowi „panowie” do tego stopnia rozsmakowali się w konfiturach, iż stracili już nie tylko umiar, ale i politycznego nosa. W interesie PiS jest więc zamknięcie afery we względnie bezpiecznej emocji, której ulega teraz wielu Polaków przeliczających ekstrapieniądze Błaszczaka na własne potrzeby. Bo taka emocja wcześniej czy później się wyczerpie albo zostanie „przykryta” innymi wydarzeniami. Chwilowe oburzenie nie otworzy im oczu na patologiczną naturę całego systemu. Którego rzecz jasna zadekretowana teraz przez Kaczyńskiego skromność władzy w najmniejszym stopniu nie odmieni.

I o to właśnie toczy się obecna gra. Czego epatująca „konwojem wstydu” Platforma Obywatelska najwyraźniej nie zrozumiała. Eksploatuje bowiem właśnie te płytkie emocje, którymi Kaczyński stara się zasłonić sedno sprawy.

Dyskretny urok skromności

W pewnym sensie Platforma odtwarza zresztą swój źródłowy kod z okresu założycielskiego. Zrodziła się przecież z wygłoszonej przez Tuska pod koniec lat 90. tezy o nowej „klasie próżniaczej”. Przyszły szef PO pożyczył sobie to pojęcie z klasycznej książki amerykańskiego ekonomisty i socjologa Thomasa Veblena, który piętnował XIX-wieczną kapitalistyczną klasę wyższą – łupiącą i demoralizującą klasy niższe, ostentacyjnie marnotrawiącą zasoby, hamującą rozwój. Sto lat później te same cechy Tusk przypisywał klasie politycznej III RP. Proponując radykalne jej przetrzebienie oraz skasowanie większości przywilejów.

Ówczesna diagnoza Tuska, choć populistyczna, wyrastała jeszcze z ideowo utwardzonego liberalnego gruntu. Uderzenie w klasę próżniaczą miało być elementem wielkiego wietrzenia państwa, odchudzania jego ociężałych instytucji, minimalizowania wpływu na gospodarkę i życie społeczne. Po klęsce swej pierwszej partii, KLD, Tusk uznał, że warunkiem politycznego sukcesu jest nie ideowy pryncypializm, lecz schlebiający emocjom język. Tyle że założycielskiej dynamiki powstałej w 2001 r. Platformy na długo nie starczyło. Aby utrzymać projekt przy życiu, Tusk w kolejnych latach nasycał go nowymi odcieniami.

Po aferze Rywina popularność zyskało hasło sanacji moralnej. Platforma znów dużo mówiła o skromności, choć wysunięty wtedy na pierwszy plan Jan Rokita wpisywał ją w nowy kontekst. Już nie liberalny, jak wcześniej Tusk, lecz symboliczny. Zapowiadał więc wojnę z „kryterium darmowej komórki”, w którym widział miernik prestiżu osób sprawujących publiczne stanowiska. Kampanią wymierzoną w przywileje władzy Rokita pragnął legitymizować PO w roli moralnej odnowicielki życia publicznego.

Ale Platforma przegrała ówczesne starcie z PiS. Polakom bardziej spodobała się znacznie spójniejsza oferta braci Kaczyńskich. którzy do postulatów „taniego państwa” i cięcia przywilejów władzy odnosili się sceptycznie. Zwłaszcza Lech Kaczyński otwarcie ją odrzucał, nazywając „przedsięwzięciem socjotechnicznym”. Bo próżnię po odcięciu pieniędzy publicznych, jak twierdził, musiałby w polityce wypełnić kapitał prywatny. A to prowadziłoby do pogłębienia patologii III RP.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną