Kraj

Trzecia bezsiła

Mit trzeciej siły

Trzecia siła, aby zdobyć znaczącą pozycję, musi pozbyć się złudzenia, że da się stworzyć istotny polityczny byt obok konfliktu PiS z Platformą. Trzecia siła, aby zdobyć znaczącą pozycję, musi pozbyć się złudzenia, że da się stworzyć istotny polityczny byt obok konfliktu PiS z Platformą. Mirosław Gryń / Polityka
W Polsce wciąż ma szanse tzw. trzecia siła polityczna. Ale tylko wtedy, jeśli przestanie udawać, że nie wie, o co naprawdę chodzi w sporze PiS z Platformą.
Jeśli Platforma ma wciąż dwadzieścia kilka procent poparcia, a inni po kilka procent, to dlatego, że na objęcie roli PO – w tym całościowym sensie – na razie nie ma chętnych.Michał Dyjuk/Forum Jeśli Platforma ma wciąż dwadzieścia kilka procent poparcia, a inni po kilka procent, to dlatego, że na objęcie roli PO – w tym całościowym sensie – na razie nie ma chętnych.
Sensacją sezonu jest wzrost poparcia dla SLD, z około 5 proc. do ok. 8–9.Andrzej Hulimka/Forum Sensacją sezonu jest wzrost poparcia dla SLD, z około 5 proc. do ok. 8–9.

Artykuł w wersji audio

Od co najmniej trzech lat, jeśli nie od dekady, pojawiają się tęsknoty za „trzecią siłą” w polskiej polityce. Mówi się o jałowym „sporze dwóch plemion”, o wewnętrznym, ambicjonalnym konflikcie dawnych solidarnościowych kolegów, walczących o prestiż i wpływy. Wreszcie – o szkodliwym duopolu, fałszywej dwupartyjności, która odstręcza od polityki wielkie rzesze Polaków. Spór Platformy i PiS ma już śmiertelnie nudzić wyborców, stał się podobno przekleństwem polskiej polityki, blokuje dostęp nowych ludzi i wizji do publicznego życia.

Postuluje się zatem konieczność wyrwania się z tego „klinczu”, zajęcia się „prawdziwymi problemami kraju”. PiS jest zły, ale Platforma nie lepsza, do wymiany jest zatem cała klasa polityczna jako zużyta mentalnie i biologicznie. Powinna pojawić się nowa ożywcza formacja, która odczaruje polską politykę, przekreśli niszczącą państwo zimną wojnę, przeniesie debatę w inny wymiar. Taka trzecia, a może i czwarta siła, ponieważ i na prawicy widać coraz większą liczbę sceptyków, niezadowolonych z poczynań PiS.

Docelowo więc rywalizowałyby ze sobą wrażliwa społecznie, progresywna kulturowo i rozsądna gospodarczo socjaldemokracja w stylu skandynawskim z eleganckimi konserwatystami z brytyjskim sznytem. Czy taka scena polityczna byłaby lepsza? Pewności nie ma, choć zapewne tak. Mniej byłoby może udawania, hipokryzji, chowania programów pod stołem, lawirowania i sprzecznych deklaracji.

Jednak taka wizja zupełnie nie bierze pod uwagę realiów. Lewicowi kandydaci na socjaldemokratów, tak jak i zniesmaczeni PiS cywilizowani konserwatyści, są dotąd bezradni jak dzieci. Pohukują coś w telewizyjnych programach, w istocie zaś brzydzą się polityką, a zarazem narzekają, że kraj nie jest taki, jak powinien. Są na etapie debaty o debacie. Przy Kaczyńskim i Schetynie, których serdecznie nie znoszą, są politycznie nikim. Jednocześnie słychać, że starzy liderzy powinni ustąpić itd. Tak się w polityce nie dzieje, nie ma dobrowolnych rezygnacji jednych polityków na żądanie mniej popularnych polityków.

Prawdziwy spór

Ostatnie partyjne sondaże zwróciły uwagę głównie tym, że PiS mimo wielu wpadek wciąż utrzymuje wysokie poparcie. Ale widać też w nich coś innego. Okazuje się, że PiS i Platforma łącznie mają dziś głosy 60 do (częściej) 70 proc. wyborców. Trzecie w kolejności ugrupowanie w jednym z tych badań miało 6 proc., a poziom 10 proc. jest ostatnio dla tych „trzecich” barierą praktycznie nie do przeskoczenia.

Zatem twierdzenie, że spór PiS z PO jest pozorny, że już nie interesuje większości Polaków, którzy patrzą na tę walkę jak na kuriozum, jest zwyczajnie nieprawdziwe. Zdaje się, że właśnie przeciętni wyborcy lepiej wyczuwają naturę tego konfliktu, dlatego wciąż się weń angażują. Wiedzą, że to nie tylko zwykła partyjna nawalanka, gdzie liczy się to, kto kogo załatwił we wtorek, a kto komu coś zrobił w środę, ale że to zasadniczy i najważniejszy po 1989 r. polityczny podział. Że w powodzi rzeczy małych, śmiesznych i podłych, jakie towarzyszą politycznej codzienności, chodzi jednak o kwestie podstawowe: ustroju państwa, stanu praworządności, konstytucyjnego porządku, wolności obywatelskich, miejsca Polski w Europie, pozostawania w kręgu Zachodu lub Wschodu.

PiS i Platforma to nie są wymarzeni oponenci. Dwie Polski, jakie się od wielu już lat ścierają, zapewne mogłyby mieć lepsze reprezentacje. Ale siła tych dwóch partii polega na tym, że one nie udają, iż tego zasadniczego konfliktu, którego geograficzny obrys widać wręcz po granicach dawnych zaborów, nie ma, że można go unieważnić, oderwać się, rozmyć jego istotę. W przypadku PiS to rozumienie cywilizacyjnej wagi sporu jest oczywiste, prawicowy elektorat też to znakomicie pojmuje. Platforma, atakowana przez rywali z niepisowskiej strony, czasami się waha, traci animusz pod wpływem narracji w tonie „wy tylko o tym PiS”. Niemniej wiele wskazuje, że właśnie ten wysiłek pozostawania na antypisowskim froncie powoduje, iż jest wciąż drugą siłą polityczną, a konkurencja odstaje coraz bardziej.

Trzecia siła, aby zdobyć znaczącą pozycję, musi pozbyć się złudzenia, że da się stworzyć istotny polityczny byt obok konfliktu PiS z Platformą, abstrahując od zasadniczej treści tego sporu. Dopóki ci, którzy myśląc o alternatywie dla „duopolu”, sądzą, że zbudują zupełnie nową scenę polityczną, że niejako okrążą istniejące pole walki, dopóty będą toczyć heroiczne boje o 10 proc. poparcia. Czy Platformę może zastąpić inne ugrupowanie? Może, ale tylko wtedy, kiedy podejmie – jeszcze lepiej i skuteczniej – rolę reprezentanta otwartego, nowoczesnego społeczeństwa w sporze z wykluczającą katolicko-nacjonalistyczną wspólnotą.

Jeśli przez trzy lata rządów PiS (i wcześniej przez osiem lat władzy PO) nie powstała stabilna trzecia siła na trwałym poziomie przynajmniej dwudziestu kilku procent (pomijając chwilowe sukcesy Nowoczesnej), to właśnie dlatego, że wielu polityków i publicystów neguje wagę „sporu dwóch plemion”. Chce kontestować zarówno PiS, jak i Platformę, „obiektywnie” dostrzegać wady i zalety obu tych partii, „bilansować osiągnięcia” i udawać, że jest normalnie.

Przejęcie ról

Panuje opinia, że nowa formacja musi być zbudowana na równej kontrze do Platformy i PiS. Rzecz w tym jednak, gdzie ta nowa trzecia siła miałaby szukać wyborców. Wyraźnie widać, że elektorat PiS nie jest brany pod uwagę, że wszyscy „nowi”, albo w nowej odsłonie, zamierzają pożywiać się na starym kawałku tortu, czyli dawnym i obecnym elektoracie Platformy, także Nowoczesnej, która podebrała wyborców PO już wcześniej.

Ostatnio sensacją sezonu jest wzrost poparcia dla SLD, z około 5 proc. do ok. 8–9 – już to wiele mówi o dzisiejszej skali sukcesu w polskiej polityce. Dumny z tego powodu lider Sojuszu Włodzimierz Czarzasty od pewnego czasu niemal wszystkie swoje krytyczne uwagi kieruje pod adresem nie PiS bynajmniej, ale Platformy, a rzeczniczka SLD zajęła się nieżyczliwie Nowoczesną.

Także Partia Razem, która jeszcze podczas batalii o niezależność Trybunału Konstytucyjnego zdawała się rozumieć istotę toczącego się ustrojowego sporu, potem zdecydowała, że żyje jednak w normalnym demokratycznym kraju, gdzie zajmie się sprawami społecznymi (czas pracy) – zresztą bez żadnych możliwości wprowadzenia swoich propozycji. Tak się dzieje, kiedy ma się 2–3 proc. poparcia, tyle co w 2015 r. Chciałoby się powiedzieć Adrianowi Zandbergowi: chcesz mieć siedmiogodzinny dzień pracy, zdobądź władzę albo przynajmniej zrób cokolwiek w tym kierunku.

Trzecia siła polityczna nadal ma w Polsce szanse. Platforma wciąż zmaga się z gębą, jaką dostała po okresie swoich rządów. Musi tłumaczyć się z tego, że „nic nie robi”, z braku charyzmy liderów, z niewiarygodności, niekonsekwencji itd. PiS ma już zaś w bagażu kilka kryzysów i załamań sondaży, zaczyna ludzi irytować i nudzić, nie ma już kuloodpornej kamizelki. I kończy mu się budżetowa kasa. Kaczyński i Schetyna w rankingach zaufania lokują się w dolnej części tabeli. Tym bardziej pokazuje to niemoc ich rywali, ale zarazem wagę konfliktu, który liderów „plemion” najwyraźniej wzmacnia.

Aby włączyć się do prawdziwej walki o władzę, o możliwość realnego wpływu na bieg zdarzeń, potencjalna trzecia siła nie uniknie wejścia we wszystkie role Platformy, przede wszystkim jako flagowego przeciwnika PiS. Musi być pełnokrwistym, całościowym politycznym ugrupowaniem. Właśnie totalnym, a przy tym lepiej wymyślonym, zręczniejszym wizerunkowo, z atrakcyjniejszym programem. Może partie polityczne w dłuższym czasie nie mają przyszłości, ale teraźniejszość wciąż należy tylko do partii. Niewykluczone, że za 20 lat polityka zmieni się nie do poznania, jednak polskie wybory są już tej jesieni i w przyszłym roku.

Hamleci i kunktatorzy

Jeśli Platforma ma wciąż dwadzieścia kilka procent poparcia, a inni po kilka procent, to dlatego, że na objęcie roli PO – w tym całościowym sensie – na razie nie ma chętnych. Nawet jeśli Schetyna zbiera teraz profity wynikające tylko z braku wystarczająco dobrej alternatywy, to rodzi się pytanie, dlaczego taka dotąd nie powstała. Tłumaczenie się tylko brakiem pieniędzy na działalność kampanijno-polityczną jest nieprzekonujące. Zarówno SLD, jak i Razem dostali milionowe subwencje. Ponadto w polityce kapitałem jest pomysł. Dwa „plemiona”, PiS i PO, powstały i dostały się do Sejmu, kiedy partie polityczne jeszcze w ogóle nie były finansowane z budżetu państwa; dopiero od tamtego momentu (2001 r.) zaczęły funkcjonować dotacje i subwencje. To były po prostu efektywne polityczne koncepcje, wymagające odwagi i zdecydowania, których dzisiaj dramatycznie brakuje.

Dominuje posunięte do granic absurdu kunktatorstwo: hamletyzowanie Biedronia, niezdecydowanie Frasyniuka, zmiany politycznych nastrojów Nowackiej. To jest małe skrobanie, drobne ciułactwo, kombinowanie na poziomie bliskim zera procent. Nie ma strategicznego myślenia, śmiałości, rozmachu i determinacji, bez których nie powstają żadne ważne inicjatywy. Po niepisowskiej stronie każdy patrzy dzisiaj na drugiego – niech się pierwszy ujawni z pomysłem, niech się spali, skompromituje i ubędzie z interesu. Niech ma w pierwszym sondażu 5 proc., a potem 2. Tyle że ci, którzy tak myślą, nie są na razie ani lepsi, ani zdolniejsi od swoich konkurentów. Ich przy takiej mentalności czeka taki sam los.

Teraz w sprawie trzeciej politycznej siły obowiązuje mit „weryfikujących wyborów samorządowych”, przed którymi wszystko zamarło. Dopiero po nich mają podobno nastąpić w polskiej polityce wielkie ruchy tektoniczne. Może Schetyna przegra, Kosiniak-Kamysz się pogrąży, Czarzasty dostanie po nosie, za to Biedroń wyraźnie wygra w swoim mieście i to go natchnie ogólnopolsko. Nowacka w końcu dogada się z Zandbergiem, Nowoczesna się rozpadnie, Kukiz się podzieli itd. I z tego wyłoni się nowy układ. Właśnie na „tuż po wyborach samorządowych” umówił się z wyborcami na partię „liberalno-społeczną” Ryszard Petru. Ale to tak nie działa. I wciąż będzie to dodawanie zera procent do prawie zera. Przełom w kwestii trzeciej siły politycznej w Polsce nie zrodzi się z sumy czyichś porażek.

Problem jednak tkwi głębiej. Można odnieść wrażenie, że dla części niePiS-u, zwłaszcza lewicy, liberalna demokracja oznacza po prostu demokrację liberałów. Pojawiają się opinie, że demokracja bez socjału jest bezużyteczna, że poczucie wolności jest zależne od statusu finansowego, a suche ustrojowe procedury są instrumentami przemocy elit nad klasą ludową. W takiej sytuacji rzeczywiście trudno mówić o szczerej woli obrony demokratycznych instytucji.

W tym punkcie duża część środowisk teoretycznie opozycyjnych znajduje wspólny język z obecną władzą. Socjaliści spotykają się z autorytarną prawicą. Są skłonni wierzyć, że prawicową wspólnotowość da się wykorzystać także w lewicowej opowieści. Jeśli ceną za pożądane zmiany klasowe ma być podanie w wątpliwość liberalnej – opartej na procedurach, prawach mniejszości i gwarancji sądowej niezależności – demokracji, to może, uważają, warto tę cenę zapłacić.

Ale właśnie takie podejście do państwa i jego ustroju ogranicza możliwości powstania w Polsce trzeciej politycznej siły. Zwolennicy demokratycznego państwa prawnego (jak głosi konstytucja) wciąż bowiem są bardzo liczni, mają swoje wyobrażenia o wolnościowym ustroju. I raczej z tego nie zrezygnują.

Mięta do PiS

Dlatego lewica marnuje swoją szansę na stanie się znaczącą siłą. Nie tylko przez nieustanne wewnętrzne kłótnie (szykuje się co najmniej trzech kandydatów na prezydenta Warszawy). Głównie przez to, że próbuje wchodzić w ideowe flirty z PiS, szukać wspólnoty pewnych socjalnych celów. A to powoduje, że mniej krytycznie patrzy na antydemokratyczne ekscesy władzy, przymyka jedno oko.

Lewica czująca miętę do PiS jest politycznie bezużyteczna i nigdy nie zdobędzie szerszego poparcia. Przeciwnik PiS, który bardziej zgadza się z partią Kaczyńskiego, niż nie zgadza, nie jest wzorem wiarygodności. Pod pozorami troski, jak skuteczniej walczyć z PiS – na zasadzie: musimy dobrze poznać przeciwnika, aby go pokonać – trwa festiwal wychwalania obecnej władzy. Jaka jest prospołeczna, jak słucha ludzi, jakie ma fantastyczne pomysły, jak sobie świetnie radzi z kryzysami, jak genialny Morawiecki zamiata opozycję (i jakoś tu nie przeszkadza, że na temat sądownictwa premier wypowiada się ostrzej niż Ziobro).

Pewne lewicujące środowiska „łykają” propagandę PiS jeden do jednego i zdają się mieć pretensje do innych, że są na nią bardziej odporni. Swoją własną fascynację PiS, a zwłaszcza Morawieckim, próbują obiektywizować i przedstawiać jako dowód na wielkość premiera i jego ekipy. Ponadto powstaje zasadnicze pytanie, skoro PiS jest taki dobry i prospołeczny, to po co właściwie odsuwać to ugrupowanie od władzy. Może lepiej się do niego po prostu zapisać.

Dopóki więc nie powstanie formacja, która powie wyraźnie, że demokratyczna rama państwa jako warunek wstępny jest nienegocjowalna i tylko w państwie prawa można prowadzić poważną politykę społeczną, wyniki lewicy będą takie jak dotychczas. Gdyby dysydenci w czasach PRL – a wielu z nich miało poglądy socjalistyczne – wzruszali się równością, „awansem cywilizacyjnym” i powszechną dostępnością żłobków, to nadal rządziliby pierwsi sekretarze.

Zasadniczy spór z PiS o kierunek, w jakim ma zmierzać kraj, mogą toczyć liberałowie, socjaldemokraci czy socjaliści. Polityczny skład czołówki niePiS-u nie jest aż tak istotny. Warunkiem jednak jest samo podjęcie tego sporu, a nie rozmiękanie pod wpływem „przywracania godności ludziom przez PiS” za pomocą budżetowych wydatków. Coraz wyraźniej widać, że ewentualna trzecia siła, jeśli chce coś znaczyć, musi podtrzymać „totalność” krytyki PiS i do tego dopiero dodawać inne, np. socjalne, obyczajowe czy kulturowe, puzzle. Tego – jak widać z sondaży – oczekują niepisowscy wyborcy.

Jeśli tak się nie stanie, to lewica wciąż się będzie dziwić, że ma kilka procent, a ci staroświeccy, skompromitowani liberałowie podchodzą pod 30. Jakakolwiek formacja, która łamanie konstytucji będzie „bilansować” z 500 plus, nie ma szans na zostanie trzecią siłą polskiej polityki.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Czy internet pomaga w zakochaniu się i utrzymaniu związku?

Czy sieć ułatwia ludziom miłość?

Aleksandra Żelazińska
09.02.2016
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną