Atrapa marszałka

Marszałek Sejmu niemego
Sejm dołącza do zestawu ustrojowych atrap w systemie państwa, jaki zaprowadza PiS. W prawdziwym Sejmie zapewne marszałek Marek Kuchciński by się nie utrzymał, ale na dzisiejszy polski Sejm wydaje się w sam raz.
PiS nie przyznaje obecnej opozycji żadnych praw. Czuwającego nad pacyfikacją mniejszości marszałka Kuchcińskiego stawia to w roli żandarma.
EAST NEWS

PiS nie przyznaje obecnej opozycji żadnych praw. Czuwającego nad pacyfikacją mniejszości marszałka Kuchcińskiego stawia to w roli żandarma.

Marszałek właśnie wyśrubował nowy rekord. W ostatni czwartek Sejm uporał się z nowelizacją ustawy o IPN w nieco ponad dwie godziny.
Adam Chełstowski/Forum

Marszałek właśnie wyśrubował nowy rekord. W ostatni czwartek Sejm uporał się z nowelizacją ustawy o IPN w nieco ponad dwie godziny.

Jarosław Kaczyński: „Marszałek Kuchciński będzie miał piękne miejsce w historii i dlatego pozostanie dalej marszałkiem Sejmu”.
Forum

Jarosław Kaczyński: „Marszałek Kuchciński będzie miał piękne miejsce w historii i dlatego pozostanie dalej marszałkiem Sejmu”.

Nie ma sejmowej procedury, której by nie podeptał. Ani sposobu dręczenia i karania, którego by nie użył wobec opozycji. Więc dlaczego sam marszałek Marek Kuchciński sprawia wrażenie tak udręczonego?

Na oko – normalny facet. Tyle że straszny nudziarz, nie daj Boże usiąść obok takiego na rodzinnej imprezie. Niemniej bywa w twarzy Kuchcińskiego coś sympatycznego. Powiedział kiedyś: „W młodości najlepiej umiałem się uśmiechać”. I to mu zostało, na większości zdjęć błąka mu się po twarzy nieśmiały uśmiech.

Chyba że zasiądzie w marszałkowskim fotelu. Wtedy kończą się żarty. Oblicze Kuchcińskiego staje się marsowe, ton oschły. Strach się bać, choć tak naprawdę nikt się przecież nie boi. Raczej dziwi, że ktoś taki został drugą osobą w państwie. Tak przynajmniej wynikałoby z konstytucyjnej hierarchii, która – jak powszechnie wiadomo – od dawna jest w Polsce fikcją. Marek Kuchciński jest więc żywym dowodem na ową fikcyjność ustrojowych reguł, nieistotność naszego parlamentaryzmu, pozorność trójpodziału władz.

1.

Marszałek właśnie wyśrubował nowy rekord. W ostatni czwartek Sejm uporał się z nowelizacją ustawy o IPN w nieco ponad dwie godziny. Tyle czasu zajęło wprowadzenie projektu do porządku obrad, trzy czytania, przeprowadzenie debaty, upominanie niby to kontestującego zmiany posła Roberta Winnickiego (tak się złożyło, że prawdziwa opozycja nie mogła już zadać własnych pytań), wreszcie głosowanie.

A potem równie ekspresowa refleksja w izbie wyższej, na koniec dnia podpis prezydenta i tak oto PiS jednym haustem wychyliło piwo, które kilka miesięcy wcześniej samo sobie uwarzyło. Przy okazji jak zwykle złamano wszystkie możliwe procedury.

Czemu się nikt nawet specjalnie nie dziwił. Opinii publicznej już od dawna nie ekscytuje sam fakt deptania procedur, lecz towarzyszący tej czynności poziom brutalności (czytaj: tzw. sprawności) władzy. Obrona procedur jest w oczach zwolenników PiS objawem mazgajstwa. A druga strona stopniowo do tego przywyka. Dawno minęły czasy, gdy przestrzeganie reguł uznawano za fundament parlamentaryzmu.

A to właśnie procedurom poświęcił przed laty kluczowe akapity swego inauguracyjnego wystąpienia marszałek pierwszego demokratycznie wybranego Sejmu III RP Wiesław Chrzanowski: „Ich główną zaletą jest tworzenie bariery między silnymi i słabymi, między rządzącymi i rządzonymi. Konstytucjonalizm to właśnie system form, które określają sposób działania, wzajemne stosunki pomiędzy władzami i stosunek władzy do obywateli. Za swą główną powinność na tym stanowisku uważam dbałość o to, by te procedury były przestrzegane (…)”.

Marszałek Chrzanowski wypełnił zobowiązanie. Do tego stopnia, że na koniec tamtej kadencji (1991–93) udali się do niego z podziękowaniami liderzy izolowanego wtedy SLD. Za to, że on – lider formacji narodowo-katolickiej, niegdyś ofiara okrutnego stalinowskiego śledztwa – potrafił zachować absolutną bezstronność. Nie mógł wtedy przypuszczać, że w przyszłości któryś z jego następców wejdzie w rolę sejmowego ekonoma, prowadzącego ustawiczną wojnę z opozycją, kneblującego ją na każdym kroku, łamiącego wszelkie możliwe reguły.

2.

Oczywiście Kuchciński nie jest pierwszym destruktorem parlamentarnych standardów. One korodowały przez lata, wraz z zaostrzaniem się konfliktu politycznego. Choć jeszcze bezpośredni następcy Chrzanowskiego – Józef Oleksy, Józef Zych, Maciej Płażyński, Marek Borowski – przeważnie potrafili stawać ponad podziałami i zajmowali pozycję bezstronnych arbitrów. Nawet jeśli nie ułatwiała im zadania konstytucja z 1997 r., w której autonomia władzy ustawodawczej względem wykonawczej została zarysowana zbyt pobieżnie (skupiano się wtedy na relacjach poszczególnych ośrodków władzy wykonawczej). Pokusa zwasalizowania parlamentu przez rządzącą większość była więc zapisana w naszym ustrojowym genotypie.

Po raz pierwszy uległo jej obejmujące władzę w 2005 r. PiS. Marszałkujący z ramienia tej partii Marek Jurek bez żenady manipulował terminami uchwalenia budżetu, aby umożliwić prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu rozwiązanie parlamentu (ostatecznie tego scenariusza nie zrealizowano). Był pierwszym marszałkiem, który tak otwarcie porzucił pozory neutralności.

Za czasów PO unikano podobnej ostentacji, choć Bronisław Komorowski i Radosław Sikorski – zwłaszcza poza salą sejmową – byli już zaangażowanymi stronnikami konfliktu politycznego. Z platformerskich marszałków najbliższy starym wzorcom był Grzegorz Schetyna. Tyle że w tej epoce zdyscyplinowane reprezentacje parlamentarne stawały już na rozkaz swych liderów, debata zamierała, Sejm stopniowo tracił swój konsensualny charakter. Stając się bezdusznym narzędziem legalizowania woli większości. Niemniej ówczesnej pisowskiej mniejszości nie odmawiano prawa do debaty i krytyki.

Aż nadeszła „dobra zmiana”, która swoim zwyczajem dokonała w tej kwestii zmiany tak dużej, że aż jakościowej. Proces marginalizacji parlamentu doprowadziła do logicznego końca i ostatecznie obróciła władzę uchwałodawczą w fikcję. Skład Sejmu teoretycznie odzwierciedla preferencje wyborców (tym na razie różni się od skrajnej peerelowskiej fasady), praktycznie nie wypełnia już swojej kluczowej funkcji, czyli nie gwarantuje ochrony różnorodności.

Współczesne demokracje parlamentarne oczywiście nie są jednorodne. Jedne opierają się na kooperacji rządzących z opozycją. Mniejszość zostaje wtedy dopuszczona do procesu legislacyjnego, jej propozycje są brane pod uwagę przez rządzących i stają się przedmiotem poważnej debaty. Zwłaszcza w komisjach sejmowych, które są naturalnym miejscem ucierania poglądów. Podziały polityczne tracą jednak na wyrazistości, co może osłabiać więź wyborców – zwłaszcza tych o sprecyzowanym światopoglądzie – z ich przedstawicielami.

Alternatywą jest więc model antagonistyczny, służący podkreśleniu natury podziału. Większość twardo forsuje wtedy swoją wolę, pozostawiając wszakże mniejszości jak najszersze pole do wygadania się i zamanifestowania swojego sprzeciwu. Niezbędna jest więc instytucjonalizacja konfliktu, gwarantująca opozycji możliwość kontestowania. Temu właśnie miał służyć forsowany przez PiS w poprzedniej kadencji „pakiet demokratyczny”. Niestety zarzucony po zdobyciu władzy przez tę partię.

PiS nie przyznaje bowiem obecnej opozycji żadnych praw. Czuwającego nad pacyfikacją mniejszości marszałka Kuchcińskiego stawia to w roli żandarma. Co rusz nagina więc procedury legislacyjne, m.in. forsując obłędne tempo przyjmowania kluczowych ustaw, stosując regulaminowe sztuczki uniemożliwiające głosowanie zgłaszanych przez opozycję poprawek oraz ograniczając rolę komisji (ostatnio marszałek w ogóle zakazał komisjom zwoływania posiedzeń bez jego zgody). Chodzi o to, aby odciąć mniejszość od jakiegokolwiek, choćby tylko formalnego, wpływu na legislację.

Z nie mniejszą konsekwencją Kuchciński zwalcza prawo opozycji do krytyki. Nagminnie ogranicza klubom czas wystąpień podczas debat na sali plenarnej, bezpardonowo wyłącza mikrofon natychmiast po wyczerpaniu limitu czasowego, wlepia posłom kary finansowe, reglamentuje wyjazdy zagraniczne, teraz chciałby nawet kontrolować ich zachowania poza terenem Sejmu.

Taki Sejm nie ma nic wspólnego z demokracją, nie pełni żadnych ustrojowych funkcji. W gmachu przy ul. Wiejskiej zainstalowała się groteskowa dyktaturka. Tylko dyktator parlamentarny mimo wszystko nietypowy. Bo marszałek niezmiennie sprawia wrażenie, jakby się bał własnego cienia. Inaczej niż inni pisowscy dygnitarze, ani trochę nie upaja się splendorem władzy. Ów szczególny przypadek sporo jednak mówi o naturze rządzącego obozu.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną