Ppłk Jan Zarosa: symbol prokuratury pod rządami PiS

Prokurator do zadań
Przez dziewięć godzin przesłuchiwał Donalda Tuska i stawiał zarzuty szpiegostwa szefom polskiego kontrwywiadu wojskowego. Ppłk Jan Zarosa stał się symbolem prokuratury pod rządami PiS.
Ppłk Jan Zarosa
WPiA, UMCS

Ppłk Jan Zarosa

Głównym podejrzanym w sprawie „szpiegowskiej” jest gen. Janusz Nosek, szef SKW w latach 2008–13. To jemu Zarosa postawił właśnie zarzut szpiegostwa – i to na rzecz Rosji.
Krystian Maj/Forum

Głównym podejrzanym w sprawie „szpiegowskiej” jest gen. Janusz Nosek, szef SKW w latach 2008–13. To jemu Zarosa postawił właśnie zarzut szpiegostwa – i to na rzecz Rosji.

Tomasz Siemoniak, minister obrony w rzadzie PO, był przesłuchiwany przez Zarosę w sprawie „szpiegowskiej”.
Krystian Maj/Forum

Tomasz Siemoniak, minister obrony w rzadzie PO, był przesłuchiwany przez Zarosę w sprawie „szpiegowskiej”.

Jeden z oficerów pamięta, że leżał od rana prawie do wieczora. Z hełmem na głowie, karabinem pod ręką i w kuloodpornej kamizelce nałożonej na polowy mundur. Pod drzwiami jednego z kampów, w których mieszkali oficerowie polskiego kontyngentu stacjonującego w afgańskiej Ghazni, leżał wojskowy prokurator Jan Zarosa.

Kamp, przed którym leżał, zajmowali śledczy. A właściwie jeden, którego miejsce Zarosa chciał zająć jeszcze przed przejęciem od niego prokuratorskich obowiązków. Tamten, niestety, wyrzuci młodszego kolegę na zewnątrz wraz z ekwipunkiem. Zarosa wybrał milczący protest i położył się przed drzwiami. – Wieść rozeszła się lotem błyskawicy. Żołnierze przychodzili go oglądać, przynosili wodę i kanapki, słowem zrobił się cyrk – wspomina jeden z naszych rozmówców. Choć minęło prawie sześć lat, sprawa do dziś budzi emocje wśród wojskowych prokuratorów.

Tropienie żołnierzy

Widowisko zakończył ówczesny szef Naczelnej Prokuratury Wojskowej płk Jerzy Artymiak, który podjął decyzję o odwołaniu Zarosy do Polski (wrócił na początku listopada 2012 r.). Dziś niechętnie wraca do sprawy. – Mogę powiedzieć tyle, że zdecydowałem o jego odwołaniu w trybie pilnym i powrocie pierwszym samolotem do Polski. Poleciłem również wszcząć postępowanie dyscyplinarne – mówi POLITYCE płk Artymiak. Nie chce ujawnić, jak się skończyło – toczyło się w trybie niejawnym. Zarosa nie mógł jednak ponieść poważniejszych konsekwencji, bo gdyby tak się stało, prawdopodobnie musiałby odejść z armii, a na pewno z lubelskiej prokuratury wojskowej. – Tak powinno się stać, bo naraził na szwank dobre imię urzędu, który reprezentował – mówi jeden z prokuratorów.

Tymczasem Zarosa wrócił – na dawne stanowisko w lubelskiej garnizonówce. Cztery lata później w ramach zaciągu „dobrej zmiany” trafił do Warszawy i sam – już jako podpułkownik – zaczął stawiać zarzuty najważniejszym osobom w państwie i wojsku.

Do Afganistanu 41-letni wówczas kapitan Jan Zarosa trafił pod koniec września 2012 r. Miał zastąpić prokuratora w polskim kontyngencie wojskowym, który kończył swoją zmianę. – Zaiskrzyło między nimi już na początku, bo przyjechał wcześniej, niż było przyjęte. Przekazanie obowiązków miało odbyć się pod koniec października, a on w Afganistanie pojawił się we wrześniu – twierdzi nasz rozmówca, który zna kulisy sprawy. Tajemnica kryć się może w tym, że za każdy dzień obecności w Afganistanie oficer na takim stanowisku dostawał dodatek w wysokości 500–600 zł.

Wojsko nie takie rzeczy widziało. Tyle że prokurator Zarosa jeszcze przed formalnym przejęciem obowiązków zakasał rękawy i zabrał się do pracy. A właściwie do tropienia żołnierzy, którzy po służbie chcieli się zrelaksować przy szklaneczce czegoś mocniejszego. – Zarosa nie pobłażał i polecił żandarmom wykonywać kontrole trzeźwości w mieszkaniach żołnierzy – opowiadają nasi rozmówcy. Skończyło się małym dyplomatycznym skandalem, gdy w sieć Zarosy po „przedmuchaniu” wpadł wojskowy attaché Ambasady RP w Kabulu i jego kierowca. – Prokurator, którego Zarosa miał zastąpić, zresztą starszy stopniem, wściekł się, że takie rzeczy dzieją się za jego plecami, i polecił mu, by do czasu przekazania obowiązków powstrzymał się od wszelkich tego typu działań bez uprzedzenia go – mówi osoba znająca kulisy sprawy.

Spokój trwał do początku października, kiedy Zarosa znów zabrał się do roboty, to znaczy do służby jako wartownik na jednym z posterunków otaczających bazę. Między oficerami znów zawrzało. – Wszyscy się zastanawiali, po co mu to było. Abstrahując od tego, że prokuratorowi pewnych rzeczy robić nie wypada, gdyby doszło do jakiegoś ataku, musiałby się wyłączyć ze śledztwa i trzeba byłoby ściągać kolejnego prokuratora z Polski – mówi jeden z oficerów, który służył wówczas w Afganistanie. W sumie można jednak prokuratora zrozumieć – każda warta to 200–300 zł więcej na koncie.

Jan Zarosa, rocznik 1971, pochodzi z Tarnogrodu, niewielkiego miasteczka na pograniczu polsko-ukraińskim. Żonaty, dwóch synów, właściciel domu pod Lublinem. Przeszedł typową dla wojskowych prokuratorów ścieżkę kariery. Studia prawnicze na UMCS (1990–95), trzy miesiące w Szkole Podchorążych Rezerwy (1996 r.), tyle samo w ramach praktyki w Żandarmerii Wojskowej, a potem – z dwoma wyjazdami do Afganistanu, w tym jednym zakończonym przedwcześnie – 20 lat pracy, aż do czasu „dobrej zmiany”, w Prokuraturze Garnizonowej w Lublinie (1996–2016).

Niczym szczególnym się nie wyróżniał. Zajmował się raczej sprawami typu poniżanie żołnierzy z poboru przez przełożonego czy wykorzystywanie samochodów służbowych dowódców do celów prywatnych. Nigdy nie prowadził poważnych spraw, np. o szpiegostwo, bo tymi zajmowała się Naczelna Prokuratura Wojskowa lub prokuratura okręgowa.

Ci, którzy się zetknęli z nim w tamtym okresie, pamiętają, że „był raczej nieufny i zamknięty”, niechętnie mówił o sobie. Ta charakterologiczna cecha mogła wpływać na przebieg jego kariery, ale tylko do czasu „dobrej zmiany”. W kwietniu 2016 r. wiatr zmian wyniósł go do Warszawy, o prokuratorski szczebel wyżej, czyli do okręgu. Awansował na podpułkownika – kierownika jednego z działów i czterocyfrowe wynagrodzenie zamienił na pięciocyfrowe. Różnica musiała być znacząca, bo jak wynika z oświadczeń majątkowych Zarosy za lata 2015 i 2016, tylko w ciągu roku jego oszczędności wzrosły o 25 tys. zł (z 40 tys. do 65 tys. zł), kupił też nowy motocykl – hondę (bez kredytu).

Awans do stolicy

Prokurator z Lublina przychodził w dość szczególnym, żeby nie powiedzieć dramatycznym, momencie dla wielu jego kolegów z likwidowanej właśnie przez PiS odrębnej prokuratury wojskowej. Szczególnie dla tych, którzy byli twarzami śledztwa smoleńskiego, takich jak jej szef płk Artymiak czy rzecznicy stołecznych prokuratur wojskowych: płk Zbigniew Rzepa, ppłk Janusz Wójcik i mjr Marcin Maksjan, oraz dwóch prokuratorów, którzy po 10 kwietnia 2010 r. byli w Moskwie w ramach śledztwa po katastrofie. Na wszystkich spadły szykany bez precedensu.

W takiej atmosferze Jan Zarosa zabierał się do pracy w strukturach mundurowej prokuratury, kontrolowanej od wiosny 2016 r. przez ludzi Antoniego Macierewicza. Przyjeżdżając do Warszawy, w gmachu przy Nowowiejskiej zastał dawnego znajomego z Lublina, czyli ppłk. Grzegorza Borysa. Dziś to jego szef – kieruje wydziałem wojskowym stołecznej Prokuratury Okręgowej. Trudno stwierdzić, czy to on polecił Zarosę, czy zrobił to ktoś inny – najbliższa prawdy może być teza, że po tak głębokich czystkach, jakie dosięgły wojskową prokuraturę, do nowych struktur brano każdego, kto dawał gwarancję lojalności. Faktem jest, że – jak mówi jeden z prokuratorów – „wielu odmówiło funkcji, Borys nie” i swoje dostał.

Awansu do stolicy nie odmówił Zarosa, zdobywając mocną pozycję. Jako jeden z nielicznych nominatów Macierewicza nie stracił stanowiska na fali czystek, która objęła jego ludzi po odwołaniu go z funkcji szefa MON na początku tego roku. Chociaż słowo „czystka” w przypadku niektórych nie jest odpowiednie. Poprzednik Borysa na stanowisku szefa wydziału wojskowego płk Marcin Michaluk, który m.in. nadzorował śledztwo „szpiegowskie” i przesłuchanie Tuska, awansował do departamentu spraw wojskowych Prokuratury Krajowej. Jeszcze pięć lat temu miał stopień porucznika i był trzy szczeble niżej w hierarchii.

Ale dziś to Borys i Zarosa prowadzą najbardziej medialne śledztwa dotyczące styku wojskowych służb i polityki, a co ciekawe i przewrotne, w większości przypadków używając art. 231 kk, czyli przekroczenia uprawnień lub niedopełnienie obowiązków – choć sami dość specyficznie podchodzą do przestrzegania tego przepisu.

Borys jeszcze jako podwładny Michaluka podpisał się pod aktem oskarżenia przeciwko byłym szefom Służby Kontrwywiadu Wojskowego – gen. Piotrowi Pytlowi i płk. Krzysztofowi Duszy. Chodziło o słynne wejście do Centrum Eksperckiego Kontrwywiadu NATO w grudniu 2015 r. i rzekome nieprawidłowości w przechowywaniu przez nich tajnych dokumentów (o ile w pomieszczeniach objętych ścisłą ochroną można nieprawidłowo przechowywać dokumenty). Nawet jeśli tak było, to prokurator Borys powinien wiedzieć, że odpowiedzialność mogą ponieść także ci, którzy weszli do CEK, bo prawdopodobnie nie zrobili tego zgodnie z przepisami (nie zawiadomili wcześniej prokuratury, do przeszukania pomieszczeń nie wezwali ABW, nie zadbali również o obecność ich użytkowników). W tej kwestii jednak prokuratura szybko umorzyła śledztwo, choć nieskutecznie, bo sąd nakazał je kontynuować.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną