Nadciąga burza o okręty. MON ogłosi „morską transakcję stulecia”?
Według szacunków MON z ubiegłego roku transakcja miałaby pochłonąć nawet 2 mld zł.
Janusz Walczak/Forum

Według szacunków MON z ubiegłego roku transakcja miałaby pochłonąć nawet 2 mld zł.

Polski rząd zainteresował się nimi wiosną 2017 r., czyli już za rządów PiS. Gdyby doszło do transakcji, można by powiedzieć, że to jeden z nielicznych dużych kontraktów obronnych zapoczątkowanych i zakończonych przez obecną władzę. A może nawet jedyny. Do tej pory bowiem rządy PiS kończyły umowami część postępowań trwających od lat, a czasami nie kończyły, jak ze śmigłowcami Caracal, lub postępowania zawieszały – jak na okręty nawodne. Największą „zbrojeniową” umową zaczętą i zakończoną w czasie rządów PiS był zakup „samolotów dla VIP-ów”. Cudzysłów jest zasadny choćby z tego względu, że formalnie należące do wojskowej floty powietrznej samoloty zostały uznane przez NIK za zakup umniejszający polskie wydatki obronne. Ale wróćmy do okrętów.

Fregaty zamiast korwet

Nowe jednostki dla zabiedzonej przez ostatnie trzy dekady marynarki wojennej miały być drugim co do ważności i kosztów obszarem tzw. Planu Modernizacji Technicznej Sił Zbrojnych. Plan w jego ostatniej wersji został uruchomiony w 2013 r. i obejmował dekadę. Trzonem morskiej części były trzy okręty podwodne, koniecznie z pociskami manewrującymi odpalanymi spod wody, i w sumie 10 bojowych okrętów nawodnych: trzy niszczyciele min, trzy patrolowce, trzy korwety obrony wybrzeża oraz budowany od 2001 r. patrolowiec, który kiedyś miał być nowoczesną wielozadaniową korwetą – Ślązak.

Program nie wspominał o okrętach większych, oceanicznych, klasy fregat. Niestety nawet ten ograniczony plan szybko okazał się zbyt ambitny. Zrealizowanie jego zamierzeń kosztowałoby mniej więcej dwa–trzy razy tyle, ile przewidziano funduszy, i zajęło więcej czasu. Zwłaszcza że koszt priorytetowego programu obrony powietrznej okazał się dużo wyższy od założonego.

Kiedy mniej więcej w 2016 r. było już jasne, że najmniejszy z głównych rodzajów sił zbrojnych (49 okrętów w 2 flotyllach, 1 Morska Jednostka Rakietowa, 1 Brygada Lotnictwa Marynarki Wojennej) nie może liczyć na jakiekolwiek duże fundusze, zaczęły się próby poszukiwania rozwiązań alternatywnych. W lutym 2017 r. pod auspicjami BBN wydano dokument „Strategiczna Koncepcja Bezpieczeństwa Morskiego RP”, w którym bez ogródek plany pozyskania wyłącznie małych okrętów nazwano imitacją potrzebnych zdolności i postulowano pozyskanie dużych, wielozadaniowych okrętów o oceanicznej dzielności morskiej – czyli fregat. Mimo trwającego ówcześnie konfliktu między Pałacem Prezydenckim a MON Antoniego Macierewicza zapytanie do rządu Australii w sprawie fregat Adelajda skierowane zostało w kwietniu. Nie znamy dokładnie ścieżki decyzyjnej ani nazwisk osób pośredniczących, ale mniej więcej wtedy runął plan budowania lub zakupu małych okrętów, a na szersze wody wypłynęły używane fregaty, skoro na zakup nowych i tak nie było pieniędzy.

Czytaj także: Fatalny stan polskich okrętów

Do ojcostwa tego pomysłu – w wypowiedziach publicznych i mniej publicznych – przyznaje się Szymon Hatłas, członek organizacji lobbingowo-eksperckiej o dość mylącej nazwie Rada Budowy Okrętów. Mylącej, bo przecież odkupienie używanych fregat siłą rzeczy nie wpłynie na budowę okrętów w Polsce. A i sam rada na swojej internetowej stronie pisze otwarcie o „odkłamywaniu mitu nowych okrętów jako jedynego remedium na zły stan Marynarki Wojennej”. Opcja fregat zamiast korwet wydaje się zwyciężać być może dlatego, że prezydenckie BBN po dymisji Antoniego Macierewicza odzyskało wpływ na politykę obronną, w tym zbrojeniową.

Okręt duży – okręt lepszy?

I żeby było wszystko jasne – fregaty to nie jest zły pomysł. Polska jako duży i liczący się kraj NATO powinna posiadać okręty wojenne zdolne operować poza Bałtykiem i służące nie tylko obronie terytorium z morza. Powinniśmy być w stanie „obsłużyć” oba natowskie stałe zespoły morskie – okrętów uderzeniowych, a więc wyposażonych w uzbrojenie rakietowe, i okrętów przeciwminowych. Mało tego, jako kraj posiadający marynarkę wojenną musimy brać udział w operacjach na obrzeżach NATO – nie tylko antypirakich, do których wystarczą duże patrolowce, ale także antypodwodnych, do których nieodzowne są oceaniczne fregaty wyposażone w śmigłowce zwalczania okrętów podwodnych i odpowiednio nowoczesne środki wykrywania. Małe korwety typu Miecznik takich zdolności by nie zapewniały. Adelajdy, choć niemłode, przez jakiś czas mogą.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj