Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Kraj

Wakacje z sinicami

Wakacje z sinicami. Uwaga na bałtyckie cyjanobakterie

Sinice vel cyjanobakterie mają się dobrze, gdy wysoka temperatura powoduje silne nagrzanie się powierzchniowej warstwy wody. Sinice vel cyjanobakterie mają się dobrze, gdy wysoka temperatura powoduje silne nagrzanie się powierzchniowej warstwy wody. Łukasz Dejnarowicz / Forum
Wyjątkowy „zakwit” bałtyckich sinic to efekt kilku czynników. I prawie wszystkie związane są z działalnością człowieka.

Marzenie o ciepłym lecie nad Bałtykiem niestety się spełniło. Żar leje się z nieba, ale nad dziesiątkami kąpielisk, głównie w Pomorskiem, ratownicy wciągnęli na maszty czerwone flagi. Zakwit maleńkich, ale dokuczliwych sinic doprowadził do perturbacji nad całym morzem. Elektrownia jądrowa w Loviisie ograniczyła produkcję energii elektrycznej, by zużywać mniej wody do chłodzenia reaktorów, co ma pomóc nie podnosić temperatury Zatoki Fińskiej. Przed kontaktem z wodą morską na swoim wybrzeżu ostrzegają Niemcy. Tak masowego zakwitu sinic nie było w Bałtyku od 12 lat.

Siłą rzeczy także nieplażowicze przeszli przyspieszony kurs wiedzy o sinicach. Przyglądający się im naukowcy wolą bardziej precyzyjną nazwę: cyjanobakterie. – Kiedyś klasyfikowano je do glonów, bo zawierają chlorofil i są zielone. To jedne z ciekawszych organizmów, uważa się m.in., że jako pierwsze produkowały tlen, czym określiły kierunek rozwoju życia na Ziemi – mówi prof. Hanna Mazur-Marzec, badaczka cyjanobakterii z Uniwersytetu Gdańskiego. Dziś zielonkawy drobiazg – skłębiony w ogromnych, nitkowatych skupiskach, i dlatego widoczny gołym okiem – wyznacza styl spędzania nadbałtyckich urlopów. – Najbardziej we znaki daje się gatunek Nodularia spumigena, lubi ciepło i produkuje związki toksyczne. Kąpieliska zamykane są także tam, gdzie w dużych ilościach występują i „nietoksyczne” gatunki. Taka zielona zupa, gdy po wejściu do wody po kolana nie widać stóp, zawiera duże ilości materii organicznej, która jest doskonałym siedliskiem dla rozmaitych innych bakterii, również tych szkodliwych. Dlatego tak szokujące są obrazki osób lekceważących ostrzeżenia ratowników, np. rodziców kąpiących się z małymi dziećmi – zauważa prof. Mazur-Marzec.

Sinice vel cyjanobakterie mają się dobrze, gdy wysoka temperatura powoduje silne nagrzanie się powierzchniowej warstwy wody, do głębokości około 5 m. Przy czym zakwit nie wystąpi, jeśli masy wody będą intensywnie mieszane podczas sztormowej pogody i falowania. Stąd sytuacja bywa dynamiczna, sinice mogą w ciągu kilku godzin zniknąć, opaść na dno lub „odpłynąć”. – Zresztą z analizy aktualnych zdjęć satelitarnych wynika, że ta masa sinic u naszych wybrzeży utworzyła się gdzie indziej. Do najbardziej intensywnego zakwitu doszło w środkowej części Bałtyku, w okolicach Gotlandii, a do nas dotarły niesione wiatrem – mówi prof. Hanna Mazur-Marzec.

Tegoroczna hossa cyjanobakterii to znak, że z Bałtykiem jest wciąż kiepsko. Historia nie skończy się bowiem wraz ze zniknięciem z powierzchni wody mazi o konsystencji i kolorze zupy szczawiowej. – Gdy sinice obumierają i opadają, ich rozkładem zajmują się bakterie tlenowe, zużywające tlen z przydennych warstw wody – objaśnia Sebastian Kobus z WWF, organizacji zasłużonej dla ochrony bałtyckiego ekosystemu. – Gdy tlen zostanie wykorzystany, dalszy rozkład przejmują bakterie beztlenowe, wytwarzające toksyczny siarkowodór. Efektem tego procesu są martwe strefy w warstwach przydennych. W ciągu ostatnich 115 lat powiększyły się na Bałtyku dziesięciokrotnie, już 14 proc. jego dna to jałowa pustynia, bez roślin i ryb.

Rzecz jasna Bałtykowi nie pomaga, że jest płytki, a z Atlantykiem łączą go wąziutkie cieśniny, wymiana wody na tę z oceanu, czystszą i bardziej zasoloną, zajmuje kilkadziesiąt lat. Ale na doprowadzenie Bałtyku do stanu jednego z najbardziej zanieczyszczonych mórz na świecie pracujemy od pokoleń, dostarczając mu m.in. znaczne ilości azotu i fosforu. Te tzw. biogeny to trzeci, obok wysokiej temperatury i spokojnej wody pod powierzchnią, warunek powodzenia cyjanobakterii. Za eutrofizację, zwiększoną żyzność Bałtyku, odpowiedzialne jest w znacznej mierze rolnictwo, a tak się składa, że połowa nadbałtyckich pól znajduje się na terytorium Polski, na którą przypada też blisko połowa z 85 mln mieszkańców regionu nadbałtyckiego.

99,7 proc. terytorium Polski leży w zlewisku Morza Bałtyckiego. Spływa więc do niego zawartość prawie każdego zlewu, sedesu i wanny, a także substancje z niemal wszystkich pól, łąk, obór i chlewów. Dobra wiadomość jest taka, że powoli kłopotem przestają być ścieki komunalne – doprowadził do tego szereg inwestycji w oczyszczalnie. Np. jeszcze kilka lat temu do Wisły spływały nieoczyszczone ścieki z niemal całej Warszawy, w tym z Pałacu Prezydenckiego, Prymasowskiego i budynków parlamentu. Teraz na placu boju pozostaje rolnictwo i sposób używania nawozów, także w miejscach położonych z dala od morza, na polach pod Rzeszowem czy Wrocławiem.

Branża turystyczna ma powody do narzekania, część urlopowiczów spakowała walizki, a część się waha, czy ryzykować frustrujący wyjazd nad morze, gdzie plażowanie, zamiast z kąpielą, będzie wiązało się co najwyżej z makroskopową obserwacją bakterii. Niemniej ciężar uderzenia przyjmują również rolnicy. – Jesteśmy na etapie wdrażania programu ograniczającego zanieczyszczenie wód azotanami pochodzenia rolniczego – mówi Marek Krysztoforski z Centrum Doradztwa Rolniczego w Brwinowie, który szkoli rolników m.in. z praktyk przyjaznych Bałtykowi.

I dodaje, że ponad 50 proc. bałtyckiej eutrofizacji wywołane jest przez rolnictwo. Najodpowiedzialniej nawozi się w Skandynawii, szaleńczo w Rosji w okolicach Petersburga, Polska jest gdzieś pośrodku skali, dokłada się ze względu na wielkość obszaru i tendencję do dawania nawozów więcej, niż potrzeba. – Nie przez złośliwość rolników, ale coraz większą koncentrację rolnictwa. Utrzymanie się na rynku oznacza konieczność posiadania większych stad, a w produkcji roślinnej uzyskiwania wyższych plonów. Szkopuł i w tym, że rolnictwo to „fabryka pod chmurą” i pewnych spraw się nie przewidzi. – Pszenica – ilustruje Marek Krysztoforski – pobiera na tonę plonu 24 kg azotu. Rolnik szacuje, że będzie miał 8 ton plonu, więc sypie 192 kg. A trafi się susza, jak teraz, i plon wyniesie nie 8, a 5 ton. Część niepobranego azotu mikroorganizmy glebowe zamienią w azot gazowy, jakaś część będzie wbudowana w próchnicę, resztę wypłuczą deszcze.

Azot łatwo się rozpuszcza i z wodami gruntowymi płynie do rzek. Fosfor spływa np. z gnojowicą do wód albo jest zmywany w procesie erozji. – Staramy się wyjaśniać, że kilogram fosforu kosztujący 4 zł może w polu wyprodukować plon o wartości kilkunastu złotych, a w wodzie przyczynić się do powstania tony sinic – mówi Krysztoforski. Paradoksalnie jednym z najbardziej niebezpiecznych nawozów są te naturalne, bo stosowane w dużych dawkach, po kilkadziesiąt ton rozrzuconego obornika lub wylanej gnojowicy na hektar za jednym razem. By temu przeciwdziałać, Polska musiała wdrożyć unijne przepisy o zasadach stosowania nawozów, podobne do tych, którymi wcześniej objęto środki ochrony roślin. Gospodarstwa muszą ewidencjonować stosowane nawozy, pojawią się kontrole, przewidziane są kary. Zabronione zostało nawożenie w okresie, gdy rośliny nie pobierają składników pokarmowych, np. zimą. Przepisy określają, jak nawozić w pobliżu wód, muszą powstać obiekty do przechowywania nawozów itd.

Organizacje takie jak WWF podpowiadają dodatkowe działania dla rolników. Śródpolne oczka wodne zatrzymują nadmiar biogenów, wyciągają je zadrzewienia i zakrzewienia wzdłuż cieków, np. rowów odwadniających. W sferze bardziej wyobraźni niż powszechnej praktyki jest jeszcze precyzyjne nawożenie, czyli tylko tych fragmentów upraw, gdzie nawozy są faktycznie potrzebne. – Nie pomaga brak porządnych planów nawozowych i stan doradztwa rolniczego – ubolewa Marek Krysztoforski. – Na 1,5 mln gospodarstw mamy 3 tys. państwowych i prywatnych doradców, połowa pracuje za minimalne pensje, nic dziwnego, że młodzi nie garną się do zawodu. Żeby porządnie doradzać, trzeba mieć pod opieką 20–30 gospodarstw, a wychodzi po pół tysiąca gospodarstw na doradcę.

Pozostaje oswoić się z faktem, że bałtyckie lato nie rozpieszcza – albo jesień w lipcu, albo tropik za cenę cyjanobakterii. Dobra wiadomość jest taka, że stan morza powoli się poprawia. Gorsza, że do dobrej formy, tej sprzed epoki intensywnego nawożenia, Bałtyk wróci najszybciej za pokolenie.

Polityka 31.2018 (3171) z dnia 31.07.2018; Ludzie i wydarzenia. Kraj; s. 8
Oryginalny tytuł tekstu: "Wakacje z sinicami"
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną