Kraj

Czy Duda kupi Homara?

System artylerii rakietowej dalekiego – do 300 km – zasięgu System artylerii rakietowej dalekiego – do 300 km – zasięgu Lockheed Martin / mat. pr.
Według „Gazety Wyborczej” w czasie przyszłotygodniowej wizyty w USA prezydent Andrzej Duda podpisze umowę na zakup wyrzutni rakietowych. To trudne do wyobrażenia, chyba że oba rządy pójdą na maksymalne nagięcie procedur.

Według doświadczonego w sprawach wojskowych Pawła Wrońskiego „Andrzej Duda leci do USA po Homara”. Duża litera świadczy, że oczywiście nie chodzi o morski przysmak, a system artylerii rakietowej dalekiego – do 300 km – zasięgu, broń o przełomowym znaczeniu dla Wojska Polskiego. Jego zakup negocjowano od jakichś czterech lat, ale dopiero trzy miesiące temu MON postanowiło porzucić wcześniejszą ścieżkę rozmów via PGZ i kupić system wprost od Amerykanów. Tak ma być szybciej i taniej, a wszystko odbędzie się w ramach dobrze opanowanej już przez Polskę procedury FMS – Foreign Military Sales, czyli państwowego sklepu z uzbrojeniem obsługiwanego przez agendy Pentagonu. „Według naszych informacji w przededniu albo w trakcie wizyty Dudy w USA zostaną podpisane Letter of Request oraz Letter of Acceptance” – pisze autor w „Gazecie Wyborczej”, mając na myśli dwa kluczowe dla kontraktów w FMS-ie dokumenty. Jednak ich jednoczesne podpisane jest wedle tej procedury po prostu niemożliwe, chyba że obie strony nagną ją do granic.

Czytaj też: Polska armia bez broni, a MON się nie przejmuje

O tym, że Homar jest już na talerzu, wiadomo od dawna

Minister obrony Mariusz Błaszczak ze trzy razy zapowiadał podpisanie do końca roku „kolejnej dużej umowy zbrojeniowej”, ani razu do tej pory nie precyzując, o co konkretnie chodzi. Większość zorientowanych w temacie wojskowych i cywili zaangażowanych w proces modernizacji armii obstawiała, że chodzi właśnie o Homara od Lockheed Martina. Niektórzy wciąż jeszcze się łudzą, że to jednak śmigłowce bojowe Kruk – czyli w zgodzie z aktualnie preferowaną opcją Apacze od Boeinga. Bardzo prawdopodobne więc, że rozmowy w sprawie zakupu wyrzutni HIMARS (bo taki system stanie się polskim Homarem) toczyły się zakulisowo od kilku miesięcy i mogły praktycznie doprowadzić do ustalenia wszystkich najważniejszych szczegółów umowy. Jednak kluczowy dokument – polskie zamówienie, zwane w FMS Letter of Request, nie zostało przez MON wysłane. Potwierdza to na Twitterze, cytując własne informacje uzyskane z resortu, Tomasz Dmitruk – dziennikarz „Nowej Techniki Wojskowej” blisko śledzący zamówienia zbrojeniowe.

FMS przewiduje, że odpowiedź na LoR – czyli LOA – powinna nadejść w terminie do 120 dni. Jeśli nie został jednak wysłany LoR, żadne LOA nie mogło powstać – Amerykanie są w tej dziedzinie formalistami, a polskie zamówienie nie jest żadnym wyjątkiem. Chyba że – wskutek politycznego porozumienia szczegóły LoR zostały dogadane, a LOA przygotowane zawczasu – i rzeczywiście oba dokumenty będą mogły być podpisane w Waszyngtonie. Oznaczałoby to jednak na przykład pominięcie tak zwanej notyfikacji kongresowej i udzielenia przez Kongres formalnej zgody – z reguły co prawda milczącej – na zakup przez obce państwo amerykańskiej broni znacznej wartości. Oznaczałoby to też, że Polacy demonstracyjnie nie dają sobie czasu na analizę amerykańskiej oferty i niejako kupują w ciemno wszystko, co im zostanie zaproponowane. Teoretycznie to możliwe – w praktyce jednak trudno wyobrażalne.

Nie ma LOA bez nowej notyfikacji, ujawnienia ceny i ilości sprzętu

Na stronach agencji eksportu uzbrojenia DSCA żadnej nowej notyfikacji w sprawie polskiego HIMARSA nie ma. Jest poprzednia, sporządzona jesienią 2017 z myślą o trwających wtedy negocjacjach MON z PGZ i Lockheed Martinem – nie dotyczy ona jednak kompletnego systemu a jedynie jego komponentów: stosunkowo niewielkiej liczby gotowych pocisków rakietowych i dużej liczby głowic sterujących. Wtedy założenie bowiem było takie, że Homar powstanie siłami PGZ, a pociski do niego będą montowane w polskich zakładach – przy technologicznym wsparciu Amerykanów. Dlatego m.in. w zestawieniu sprzętu nie ma pojazdów, a maksymalna wartość całego pakietu to ledwie 250 mln dolarów. Ledwie, bo cały system Homar to koszt zapewne grubo powyżej miliarda i będzie wymagać nie tylko nowego szacunku ceny, ale i nowego dokumentu wystawionego dla Kongresu. Może się on pojawić bardzo szybko, zwłaszcza jeśli istotnie wszystko jest dogadane. Ale podpisywanie LOA bez nowej notyfikacji, publicznego ujawnienia ceny – wymaganego przez amerykańskie przepisy – i ilości eksportowanego uzbrojenia o charakterze uderzeniowym, nie wchodzi w grę. Broń rakietowa podlega międzynarodowym reżimom kontrolnym i nawet – a może zwłaszcza – USA nie pozwolą sobie na ich złamanie, szczególnie na zamówienie kraju frontowego NATO, który kupuje tę broń w wiadomym celu: odstraszania i obrony przed Rosją.

Czytaj także: Defilada na Wisłostradzie. Dobra zmiana?

Kiedy i kto rzeczywiście Homara kupi?

Tak więc prezydent Duda Homara nie kupi, a co najwyżej go zamówi. A nawet tego nie zrobi osobiście, bo przecież nie ma do tego żadnych kompetencji. Prezydent nie uczestniczy w procesie zamówień zbrojeniowych – ani po polskiej, ani po amerykańskiej stronie. Andrzej Duda może asystować przy tym jako upoważniony do tego urzędnik (np. minister obrony, wiceminister odpowiedzialny za modernizację czy szef inspektoratu uzbrojenia) podpisze tzw. Letter of Request for a Letter of Offer and Acceptance – czyli zamówienie w celu podpisania umowy. Dopiero po jakimś czasie, może nawet szybciej niż przepisowe 120 dni, do Warszawy przyjdzie amerykańska oferta, która po podpisaniu przez stronę polską stanie się wiążącą umową. O ile nie będzie wcześniej negocjacji – takich, jakie miały miejsce w sprawie systemu Wisła, kiedy na przełomie poprzedniego i tego roku ekipy negocjatorów próbowały zmieścić własne wymagania i amerykańską ofertę w ramy budżetu.

Byłoby dziwne, gdyby w przypadku kolejnego dużego systemu uzbrojenia kupowanego z USA takich negocjacji nie było. Dostawcy, zawierający umowę z rządem USA, a nie polskim, próbują zawsze w takich wypadkach wykazać jak najwyższe koszty – co jest oczywiście naturalne w biznesie. To, że cena w trybie FMS ma być „rozsądna”, nie znaczy, że nie zawiera dodatków, które w toku negocjacji można ściąć. Homar nie powinien być wyjątkiem od reguły, nie ma żadnego powodu, by był.

Homar trampoliną dla polskiej zbrojeniówki?

Jeśli wszystko pójdzie gładko a negocjacje ograniczą się do minimum, być może LOA zostanie podpisane jeszcze w tym roku, oczywiście przez upoważnionego oficera albo urzędnika MON. Bardziej realny termin to jednak pierwszy kwartał 2019 r. Prezydent może być zresztą obecny przy podpisywaniu umowy, tak jak był obecny, gdy 28 marca podpisywano LOA na system Wisła. Może się jednak okazać, że im bliżej wyborów, tym zakup uzbrojenia z zagranicy za grube miliardy będzie dla polityków mniej atrakcyjną formą autopromocji.

Dlaczego? Casus Homara oferuje świetne wyjaśnienie. Ten system miał być trampoliną dla polskiej zbrojeniówki. Według wcześniejszych planów PGZ miała dzięki niemu nauczyć się, jak produkować rakiety i całe skomplikowane systemy uzbrojenia. Bo Homar to nie tylko wyrzutnie i pociski, ale rozpoznanie, wskazywanie celów, łączność, system kierowania ogniem, setki różnych pojazdów. Pierwszy tej skali produkt z polskich firm zbrojeniowych! Tymczasem – do tej pory bez publicznie przedstawionego uzasadnienia (jeśli nie liczyć lakonicznego oświadczenia MON z 20 lipca o tym, że w poprzedniej formule byłoby za drogo i trwało za długo) – PGZ pozbawiono szansy na przełom. I to w sytuacji, gdy „na stole” była konkurencyjna oferta firm izraelskich, dająca według publicznie ogłaszanych zapowiedzi znaczne korzyści krajowemu przemysłowi. Kulisy odejścia od „wspierania polskiego przemysłu” do „zakupu z półki” będą zapewne emocjonować tym bardziej, im więcej będzie wiadomo o cenie amerykańskiego Homara. A za kilka miesięcy może się okazać, że ten, kto wydaje miliardy za granicą, już nie jest bohaterem pozytywnym. Przecież to narracja o „wspieraniu polskich stoczni” wstrzymała, a być może skasowała pomysł na kupno używanych okrętów. Czy Homar podzieli ich los?

Wzmocnienie NATO

W tym przypadku takiego zagrożenia raczej nie ma. System jest wpisany w plan modernizacji, wojsko jest zdeterminowane, by odbudować swój potencjał rakietowy, politycy – by go dostarczyć, a najlepiej wszystko to zrobić, wzmacniając więzi ze strategicznym sojusznikiem. Czy to inwestycja w stałą bazę? Też, ale bardziej próba wykazania, że serio traktujemy zagrożenie i przykładamy się do wzmacniania NATO. Amerykanie właśnie sami postanowili, że uzupełnią siły US Army Europe dwoma batalionami HIMARS-ów, które wyślą do baz w Niemczech. Dowódcy od lat postulowali, że tego im brakuje, bo Rosjanie są w rakietach ziemia-ziemia piekielnie silni. Niewykluczone zresztą, że jeden z tych nowych batalionów trafi na rotacyjne ćwiczenia do Polski, do czasu dostawy zamówionych przez nas HIMARS-ów. Byłoby to realne wzmocnienie obronności kraju, nawet jeśli nie wiązałoby się ze stałym bazowaniem wojsk USA. W tym sensie Homar z Ameryki niesie więcej korzyści niż Adelajda z Australii. Więc niech prezydent zamawia.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Seks przyszłości

Emily Witt: Czy ludzie będą się jeszcze łączyć w trwałe pary.

Katarzyna Kazimierowska
12.08.2019
Reklama