Lewica bije w liberałów

Dziwna wojna domowa
Narasta absurdalny konflikt lewicy z liberałami, choć wszystkich trzyma na muszce ten sam gajowy. Czy można zakończyć ten spór?
Ugrupowanie Kaczyńskiego nie kojarzy się z prywatną przedsiębiorczością zapewne dlatego, że postawiło na wielkie państwowe firmy, które „skupuje” do swojego politycznego holdingu.
Marek Kwiatkowski/Polityka

Ugrupowanie Kaczyńskiego nie kojarzy się z prywatną przedsiębiorczością zapewne dlatego, że postawiło na wielkie państwowe firmy, które „skupuje” do swojego politycznego holdingu.

Wpływy, każda formacja musi sobie wywalczyć własnoręcznie, czego lewicy wypada życzyć, bo w politycznym krajobrazie jest potrzebna.
Arkadiusz Ławrywianiec/Forum

Wpływy, każda formacja musi sobie wywalczyć własnoręcznie, czego lewicy wypada życzyć, bo w politycznym krajobrazie jest potrzebna.

Okazuje się, że dzisiejszy obóz władzy, ze swoją mieszanką socjalu, nacjonalizmu i postkomunizmu oraz tradycjonalizmu obyczajowego zajął miejsce starej lewicy.
Bartosz Frydrych/Forum

Okazuje się, że dzisiejszy obóz władzy, ze swoją mieszanką socjalu, nacjonalizmu i postkomunizmu oraz tradycjonalizmu obyczajowego zajął miejsce starej lewicy.

Kiedy obóz władzy załatwia sobie kolejne wyborcze zwycięstwa, po drugiej stronie trwają jatki. Lewica, a przynajmniej znacząca część tej „młodej”, zarzuca tzw. liberałom, że niewiele się różnią od PiS, a w zasadzie są gorsi, bo mniej czuli społecznie. Lub że tzw. PO-PiS celowo blokuje polską demokrację, na zmianę dzieląc się władzą i bonusami z niej płynącymi. Liberałowie zaś mają pretensje do lewicy, że ta skłania się ku PiS, że lekceważy kwestię likwidowanej praworządności i za socjal jest gotowa sprzedać konstytucyjne państwo prawne. Pomijając powody tego sporu wynikające ze złej woli czy jakiejś kalkulacji, być może jego część bierze się z nieporozumień. Warto przeanalizować anatomię tego konfliktu.

Po pierwsze

Lewica posługuje się terminem „liberałowie”, ale nie wiadomo do końca, jakie znaczenie przypisuje temu słowu, więc my – używając tego pojęcia – jednocześnie precyzujemy. Trzeba zacząć od ustroju. Liberalna demokracja to nie „demokracja liberałów”, jak zdają się sądzić niektórzy, ale system polegający na trójpodziale władzy, w tym niezawisłości sądownictwa, swobodach obywatelskich, prawach mniejszości i respekcie dla procedur, instytucji i konstytucji. W tym sensie ustrojowym liberałem może być tak samo socjalista, konserwatysta, a nawet niestalinowski komunista, który marksistowskie wizje zgadza się wprowadzać demokratyczną drogą.

Idźmy dalej. Liberałom, rozumianym właśnie jako zwolennicy liberalnej demokracji, jest zasadniczo wszystko jedno, kto powstrzyma PiS przed demontażem tego systemu. Może być to Partia Razem, Nowoczesna, PSL, Platforma, SLD, Robert Biedroń czy ktokolwiek inny szanujący cywilizowane reguły. Wynika to z faktu przyjęcia niepodważalnej hierarchii, takiej oto, że demokratyczne państwo prawa to dziedzictwo niepodlegające wyprzedaży, najważniejsza ustrojowa rama, wspólna dla wszystkich opcji ideowych i ekonomicznych.

Dlatego każda formacja, która jest gotowa bronić tej ramy, równie dobrze jak inne może pokonać zwolenników autorytaryzmu, czyli tej „realnej demokracji”, o której mówił niedawno Jarosław Kaczyński (Orbán na Węgrzech nazywa ją „nieliberalną”, a Putin w Rosji „suwerenną”).

Konsekwentni liberałowie ustrojowi są skłonni – jak odczytujemy z publicystycznych i politycznych deklaracji – głosować na każde szanujące praworządność ugrupowanie, kierując się głównym kryterium: jego polityczną skutecznością w obronie demokracji liberalnej. W tym sensie lewica nie jest wrogiem liberałów ani ci ostatni – lewicy. Owszem, liberałowie alergicznie reagują na próby porównywania rzeczy nieporównywalnych, jak 500 plus z tzw. reformowaniem przez PiS Sądu Najwyższego i rachowania na tej podstawie społecznych zysków i strat. Część lewicy zdaje się ulegać tej relatywizacji, chce oceniać obóz władzy segmentowo, twierdząc, że ten nie wszystko robi źle.

Zgoda – nie wszystko, ale chodzi właśnie o hierarchię. Jeśli lewica zaakceptuje, że nawet to, co PiS robi dobrze, nie wystarcza, aby wybaczyć tej partii odejście od liberalno-demokratycznego ustroju, to już tworzy się linia porozumienia. Gorzej, jeśli lewica uzna, że socjal proponowany przez PiS (przecież z pieniędzy budżetowych, a nie własnych) – czyli używając języka niektórych jej przedstawicieli „konkret” – jakoś w sumie usprawiedliwia, czy też równoważy demontaż państwa prawa, czyli w tym samym ujęciu – „abstrakt”. Na to liberałowie nigdy nie przystaną, ponieważ nie traktują ustroju jako abstrakcji.

Ale nawet ta część lewicy zgodzi się chyba, że lepiej mieć i socjal i demokrację niż socjal bez demokracji. To działacze Partii Razem wyświetlali artykuły konstytucji na fasadzie gmachu Kancelarii Premiera. Słowem, liberałowie (ci z opowieści lewicy) są skłonni zaakceptować jako liderów demokratycznej opozycji Biedronia, Zandberga czy Czarzastego. Pytanie, czy lewica zgadza się, w najgorszym wariancie, na Schetynę, Lubnauer czy Kosiniaka-Kamysza w tej samej roli, jeśli to oni będą mieli chwilowo większe szanse?

Po drugie

Jeśli lewica używa terminu „liberałowie” na określenie kapitalistycznej formacji ekonomicznej, związanej z przedsiębiorczością, biznesem, korporacjami, to w tych rozważaniach nie chodzi o takich liberałów, jak wyżej napisaliśmy. Oczywiście bronić demokracji mogą również tak rozumiani liberałowie, jeśli są konsekwentni w swoim liberalizmie, czyli wolnościowym etosie w różnych dziedzinach życia. Choć nie można wykluczyć, że są wśród nich tacy, którzy wolą już rządy niedemokratycznego PiS, ale zachowującego w gospodarce (przynajmniej na razie) mniej więcej rynkowe reguły niż ewentualne gospodarcze eksperymenty Partii Razem, gdyby to ona miała objąć władzę.

Tak czy inaczej ci liberałowie, jako tzw. reprezentanci kapitalizmu, nie tworzą dzisiaj znaczącej formacji politycznej. Może najbardziej jeszcze Polska Razem Jarosława Gowina, ale on nie pasuje do schematu, bo Gowin to przecież część „prospołecznego” obozu rządzącego. W Polsce ugrupowania konsekwentnie liberalne gospodarczo nigdy nie miały dużego poparcia, oscylowały średnio wokół 10 proc. w sondażach (KLD, Nowoczesna przed zmianami, przez pewien czas Ruch Palikota, także partie Korwin-Mikkego czy Kukiz’15). Nigdy samodzielnie nie rządziły.

Transformacja, jaka dokonała się po 1989 r., nie była dziełem zwartej politycznie grupy, głosowała za nią zdecydowana większość kontraktowego parlamentu, także reprezentacja solidarnościowa, z której wywodzi się niemal cała dzisiejsza klasa polityczna, w tym PiS. Obarczanie teraz odpowiedzialnością za tamtą „traumę” tylko jednego spreparowanego środowiska „liberałów” i odbieranie im z tego powodu „moralnego prawa” do mówienia o demokracji, jest nie tylko nieuczciwe, ale niemądre.

To prawda, że do Platformy w pewnym okresie garnął się biznes, ale ten chce dobrze żyć z każdą władzą, bo ma charakter w dużej mierze klientystyczny. Dzisiaj usilnie zabiega o względy PiS, a jak będzie trzeba, zgłosi się i do Partii Razem. Ugrupowanie Kaczyńskiego nie kojarzy się z prywatną przedsiębiorczością zapewne dlatego, że postawiło na wielkie państwowe firmy, które „skupuje” do swojego politycznego holdingu. W tej państwowo-kapitalistycznej sferze rozpiętość płac jest podobna jak w prywatnej gospodarce, pensje zarządów niebotyczne, a stosunki pracownicze i traktowanie związków zawodowych nie lepsze niż gdzie indziej, co pokazuje choćby przykład Lotu.

Lewica nie może popełnić większego błędu niż wtedy, kiedy utożsamia walczących o liberalną demokrację tylko z liberałami gospodarczymi, tym bardziej neoliberałami. Nie ma tu logicznego związku. To bardziej echo starego hasła wyborczego PiS o Polsce „solidarnej” i „liberalnej”. Ma to sprawiać wrażenie, że są dwa pakiety: socjal i to, co robi PiS z sądownictwem, albo brak socjalu i poszanowanie konstytucji. Nie ma takich pakietów. To PiS chce, aby one funkcjonowały w społecznej (także lewicowej) świadomości.

Nie ma już dziś takich partii jak kiedyś Unia Wolności za Leszka Balcerowicza, którą nazywano strażniczką budżetu. Czasy się zmieniły, wzrosła rola polityki społecznej i wypłat z kasy państwa, cokolwiek by o tym sądzono. I choć wielu ludzi nie zgadza się na czysty socjalizm, zwłaszcza ten budowany do spółki z PiS, to oczywiste staje się, że powrót do okresu ekonomicznego rygoryzmu jest niemożliwy. Przynajmniej dopóki nie wybuchnie nowy kryzys.

Jeżeli w wyborach większość zechce bardziej socjalnej gospodarki – taka będzie, jeśli bardziej rynkowej, „kapitalistycznej”, też taka nastanie. Ważne, aby przy każdej z tych opcji funkcjonował prawdziwy Trybunał Konstytucyjny, niezawisłe sądy i aby zwierzchnik prokuratury nie był rządzącym politykiem. To kwestia elementarnego bezpieczeństwa obywateli, zapora przed ekscesami każdej władzy. Podnoszony często przez lewicę argument, że najpierw trzeba dać socjal, zaspokoić podstawowe potrzeby po to, aby wzmocnieni materialnie ludzie zainteresowali się sprawami ustroju, nie broni się. Demokracja nie będzie czekać, a przeprowadzone autorytarne zmiany może być bardzo trudno odwrócić.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną