Kraj

Jak mógłby wyglądać Fort Trump w Polsce

Ćwiczenia US Army w stanie Indiana Ćwiczenia US Army w stanie Indiana Teddy Wade/US Army Material Command / U.S. Army
Amerykańscy eksperci zaczęli urealniać polskie oczekiwania w sprawie Fort Trump. Z kolei w USA przekonują, że trzeba do nas wysłać więcej wojska.

„Potrzeba nam więcej czołgów (tanks), a nie think tanków” – apelował w lutym premier Mateusz Morawiecki w przemówieniu na monachijskiej konferencji bezpieczeństwa, zapamiętanym bardziej po reakcji premiera na pytanie izraelskiego dziennikarza.

A jednak rząd Morawieckiego docenił teraz rolę think tanków z USA w batalii o zwiększenie amerykańskiej obecności wojskowej w kraju, nazwanej przez prezydenta Andrzeja Dudę Fortem Trump. I całe szczęście, bo wysłannicy tych instytucji służą własną wiedzą, opinią i analizą obu stronom, więc mogą być mediatorami między tym, o czym marzy polski rząd, a tym, co jest wykonalne w realiach Pentagonu.

Czytaj też: Hybrydowy Fort Trump

Fort Trump tylko w Polsce

Warszawa przeżywa właśnie najazd tych niestalowych tanków. Trwają wizyty, spotkania, zamknięte seminaria i otwarte debaty, ukazują się raporty i toczą rozmowy z decydentami. Jeszcze ciekawiej jest za zamkniętymi drzwiami, gdzie padają pytania czasem brutalnie twarde, których publicznie nikt nie odważy się zadać. Powstaje masa idei, postulatów i rekomendacji, z której oba rządy mogą wyczytać wzajemne oczekiwania.

„To temat tak samo ważny jak Trójmorze w sferze cywilnej” – mówi o Fort Trump Michał Kobosko, reprezentujący w Polsce Atlantic Council. To ośrodek z 60-letnią tradycją, skupiający w USA emerytowanych tuzów dyplomacji, wojska i administracji publicznej zarówno republikańskich, jak i demokratycznych. „Wszystkie poważne think tanki się tym zainteresowały, ale nie traktują idei wyłącznie jako polskiego widzimisię, a jako rzeczywistą potrzebę wynikającą z działań Rosji”.

Kobosko zastrzega przy tym, że sama nazwa Fort Trump użyta przez prezydenta we wrześniu w Białym Domu raczej nie jest w obiegu poza Polską. Eksperci Atlantic Council wolą raczej mówić o zwiększeniu obecności wojskowej USA w Europie. Bo co do tego, iż więcej wojsk USA jest tu potrzebnych, w zasadzie wszyscy są przekonani. Gdzie, ile i jakich – to temat dyskusji.

Na początku przyszłego roku dwaj renomowani eksperci Atlantic Council – były zastępca sekretarza generalnego NATO Alexander Vershbow i były dowódca sił sojuszniczych w Europie gen. Philip Breedlove – mają ogłosić swój raport z rekomendacjami. Zapewne pojawi się on, zanim do Kongresu trafi raport Pentagonu o perspektywie bazowania w Polsce brygady wojsk lądowych USA.

Czytaj też: Wierni patrioci Trumpa

Breedlove: Przede wszystkim ciężki sprzęt

Gen. Breedlove nie ukrywa swoich pomysłów, choć nie o wszystkim chce rozmawiać w szczegółach: – Rzeczy, które obowiązkowo powinny być rozmieszczone na stałe, to wszystkie bardzo ciężkie komponenty, które trudniej przemieszczać. To wiele tzw. elementów wsparcia, niezwykle istotnych. Środki ogniowe, artyleryjskie, zdolności rozpoznawcze – pamiętajmy, że żeby się na coś przygotować, musimy to dostrzec.

Były dowódca NATO w Europie zwraca też uwagę, że często mówimy o żołnierzach i ich liczbie, choć to ostatnia w kolejności kwestia do ustalenia. Ważniejsze jest umieszczenie niezbędnego sprzętu jak najbliżej ewentualnego teatru działań. – Dopiero wtedy nasi przywódcy mogą zacząć rozmawiać o samych wojskach. Czy mają być na stałe, co moim zdaniem jest dobrym pomysłem, czy mają się rotacyjnie zmieniać, ale w ramach stałego schematu, jak w Korei Południowej, gdzie sam odbyłem trzy tury takiej rotacji, albo czy po prostu mają się rotacyjnie zmieniać. Kwestię wojsk można rozwiązać rozmaicie, ale te najcięższe elementy powinny być na miejscu, tak byśmy byli zdolni do reakcji z szybkością zagrożenia.

Generał podkreśla, że odpowiednie wyposażenie stacjonujących na wschodniej flance wojsk to nie tylko zadanie dla Amerykanów. Jako współtwórca koncepcji wysuniętych batalionów NATO przypomina, że miały być one silnie uzbrojone i wyposażone w pociski rakietowe ziemia-ziemia, własne zdolności rozpoznania, rakietową obronę przeciwlotniczą. A nadal nie są.

Czytaj też: Wielka gra o Wisłę

Niedokończona robota

Takie podejście podoba się polskim władzom, mimo że jako wariant maksimum zaproponowały one bazę dla kompletnej dywizji. Dziś to jednak nierealne. Jeśli jednak jakieś jednostki wsparcia trafiłyby do Polski, to nawet bez budowy specjalnego Fortu Trump oznaczałyby i zwiększenie, i wzmocnienie amerykańskiej obecności wojskowej, a zatem sukces. Przy czym jednostki te pozostawałyby do dyspozycji NATO, jeśli byłyby potrzebne w innych krajach wschodniej albo południowej flanki. – Nikt nie zamierza więzić tu Amerykanów – mówi mi wysoko postawiony urzędnik biorący udział w rozmowach z delegacjami think tanków.

Zastrzega jednak, że prawdziwe negocjacje o konkretnych rozwiązaniach toczą się na szczeblu międzyrządowym i to między Pentagonem a MON zapadną rozstrzygnięcia. Po co więc ta ofensywa ekspertów? – Wytwarzają przychylny klimat i stymulują debatę, nie tylko w USA, ale i w Europie – twierdzi rozmówca Amerykanów.

Polscy przedstawiciele, nawet w Brukseli, w obecności sekretarza generalnego NATO mówią, że sprawa jest polsko-amerykańska, a sojusznicy będą informowani, ale nie konsultowani. Tymczasem sekretarz obrony James Mattis w obecności polskiego ministra Mariusza Błaszczaka mówi, że będzie właśnie kwestię stałej bazy omawiać w Europie. Kontrowersja? Niekoniecznie, bo to Amerykanie mają niewątpliwie większą siłę przekonywania i Warszawa może tylko się cieszyć, że biorą to na siebie. A ludzie tacy jak Sandy Vershbow i Phil Breedlove mają uspokajać, że Polacy nie myślą o secesji. Wręcz przeciwnie: że zarówno kwestię amerykańskiej obecności, jak i wzmocnienia sił NATO traktują niedokończoną robotę.

Taki tytuł ma zresztą raport już ogłoszony przez ośrodek CEPA. „Unfinished business” to zdaniem Raya Wojcika, szefa biura CEPA w Warszawie, doprowadzenie do zadowalającego poziomu odstraszania Rosji na wschodniej flance NATO. Pułkownik Wojcik, do niedawna attaché do spraw sił lądowych w amerykańskiej ambasadzie w Warszawie, wrócił do Polski już w cywilnym garniturze i stał się jednym z najaktywniejszych uczestników życia konferencyjnego dotyczącego bezpieczeństwa i obronności. Razem z dobrze też znanym w Warszawie Petem Doranem opracowali całościowy dokument poświęcony idei „Fort Trump”, nie używając zresztą tej nazwy w raporcie poza przypisami.

Czytaj też: Czas apokalipsy według Trumpa

Prezydent się spotyka

Większość ważnych amerykańskich postaci, jaka gościła w Warszawie w ostatnich dwóch tygodniach, przyjechała na zaproszenie jednej instytucji – German Marshall Fund of the United States. – Działamy na zasadzie przyjaznej współpracy, ale i przyjaznej rywalizacji z innymi instytucjami – mówi Michał Baranowski, szef warszawskiego oddziału GMF. – Ta konkurencja objawia się głównie w rywalizacji o czas – zarówno decydentów, jak i członków tej naszej wspólnoty bezpieczeństwa.

Baranowski w Łazienkach Królewskich zorganizował niedawno forum z udziałem zastępczyni sekretarza stanu do spraw bezpieczeństwa Andrei Thompson, jej polskiego odpowiednika Bartosza Cichockiego oraz wiceministra obrony Tomasza Szatkowskiego, prowadzącego rozmowy z Pentagonem. – Warsaw Transatlantic Dialogues ukształtowało ton debaty o zwiększeniu amerykańskiej obecności wojskowej w Polsce i regionie – mówi.

A skoro idea „Fort Trump” – której nazwy Baranowski też unika – stała się ostatnio głównym tematem rozmów na szczeblu rządowym, GMF nie może w niej nie uczestniczyć. To z inicjatywy GMF prezydent Andrzej Duda spotkał się z gen. Breedlovem. Szef BBN Paweł Soloch mówił potem, że prezydent dostrzega znaczenie takiego dialogu: „To sygnał od prezydenta dla ekspertów, których opinie będą miały znaczenie dla ostatecznych rekomendacji”.

Czytaj też: Wojskowe operacje w przestrzeni kosmicznej

Europa musi inwestować w siebie

Co generał mógł przekazać prezydentowi? Według Solocha zapewniał m.in., że ostatnia zmiana układu sił w Kongresie, czyli przejęcie większości w Izbie Reprezentantów przez opozycyjnych demokratów, nie ma większego znaczenia dla decyzji o zwiększonej obecności Amerykanów w Europie. „Generał zwracał też uwagę, że budżet obronny USA systematycznie rośnie, rosną też nakłady na amerykańską obecność w Europie i infrastrukturę związaną z bezpieczeństwem. Także prezydent Trump zwiększył te nakłady” – mówił PAP szef BBN.

W Kongresie jest silne wsparcie dla Europy, choć Kongres oczekuje też, że Europa weźmie na siebie więcej, jeśli chodzi o własną obronę – mówił mi sam Breedlove. – Tak uważa nie tylko prezydent Trump. Kongresmeni mają na uwadze zarówno naszą obronę, jak i nasz udział w sojuszu, który zdołał utrzymać pokój przez prawie 70 lat. Kwestię wzmocnienia sojuszu i wzmocnienia sojuszników określił jako ponadpartyjną, choć nieprzesądzoną.

Oczekujemy, że kraje europejskie będą same inwestować w siebie. Tak jak my inwestujemy w siebie. Siły zbrojne wielu krajów Europy potrzebują odnowy. Proszę pamiętać o tym, co mówi artykuł 3 traktatu NATO – w prostych słowach pilota wojskowego chodzi o to, że obrona zaczyna się we własnym domu. Kraje powinny zaczynać od inwestycji we własne zdolności obronne. I Polska jest oczywiście świetnym przykładem, że tak się dzieje – mówił Breedlove, były pilot F-16, chwaląc polskie wydatki na poziomie 2 proc. PKB na obronność, w tym inwestycje i modernizację.

Choć w kraju mamy tendencję na narzekania, że w tej ostatniej dziedzinie dzieje się za mało i za wolno, z perspektywy USA sprawy idą w dobrym kierunku – budżet obronny wzrasta, a sprzęt jest kupowany. Jako były dowódca wojsk NATO, znający powolną machinę urzędniczo-wojskową, Breedlove dobrze wie, że adaptacja po ponad 20 latach strategicznych wakacji musi potrwać: – Musimy sobie ciągle stawiać te pytania: czy jesteśmy we właściwych miejscach, czy mamy tam odpowiedni sprzęt, czy zajęliśmy się infrastrukturą – drogami, koleją, lotniskami, portami, czy w ogóle uzyskaliśmy zdolność dostrzegania zagrożenia? Zaczynamy robić właściwe rzeczy, ale jeszcze nie skończyliśmy i nadal jest wiele do zrobienia.

Głos zasłużonego czterogwiazdkowego generała zdaje się ostrzegać, że „Fort Trump” to nie wszystko.

Czytaj też: Nerwowy szczyt NATO. Co zrobić z Trumpem

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Nauka

Suszarki do rąk są za głośne dla dzieci – alarmuje 13-letnia badaczka

Dzieci to doskonali obserwatorzy, dostrzegający często to, co umyka dorosłym. 13-letnia Nora Louise Keegan zrobiła to niedawno na łamach międzynarodowego czasopisma naukowego, pisząc o hałasie z elektrycznych suszarek do rąk.

Piotr Rzymski
12.10.2019
Reklama