Modernizacyjny pic Morawieckiego

Mateusz budowniczy
11 grudnia minie rok premierostwa Mateusza Morawieckiego. Zamiast wielkiej zmiany nerwowa krzątanina. Nowych pomysłów brak, a stare zaczynają się Polakom nudzić. Czy coś jeszcze zostało z modernizacyjnej obietnicy PiS, kojarzonej z nowym premierem?
Jeśli Morawiecki, przejmując pałeczkę po Beacie Szydło, miał wnieść więcej modernizacyjnego sznytu, to obietnica nie została zrealizowana.
Cezary Aszkiełowicz/Agencja Gazeta

Jeśli Morawiecki, przejmując pałeczkę po Beacie Szydło, miał wnieść więcej modernizacyjnego sznytu, to obietnica nie została zrealizowana.

Morawiecki, jako czołowy pisowski „realista”, ma za zadanie powstrzymywać ogólnie słuszne, lecz czasem zbyt daleko idące zapędy frakcji rewolucyjnej, kojarzonej z osobą Zbigniewa Ziobry.
Ye Pingfan/Xinhua via ZUMA Wire/Forum

Morawiecki, jako czołowy pisowski „realista”, ma za zadanie powstrzymywać ogólnie słuszne, lecz czasem zbyt daleko idące zapędy frakcji rewolucyjnej, kojarzonej z osobą Zbigniewa Ziobry.

Mateusz Morawiecki na obchodach 27. rocznicy powstania Radia Maryja.
Łukasz Dejnarowicz/Forum

Mateusz Morawiecki na obchodach 27. rocznicy powstania Radia Maryja.

audio

AudioPolityka Rafał Kalukin - Mateusz budowniczy

W pompatycznej retoryce rząd Mateusza Morawieckiego nie ma sobie równych. Jak mówił premier w swoim exposé, posiłkując się Wyspiańskim: „Polska to wielka rzecz”. Cytował też zresztą Piłsudskiego, Zamoyskiego, Kaczmarskiego i jeszcze paru innych klasyków wzniosłej polskości. Deklarował, że bierze na swe wątłe barki wielką spuściznę „tych, którzy przez stulecia naszą Rzeczpospolitą budowali pracą i krwią”. Czeka go zatem „wielkie zadanie i wielkie zobowiązanie”. Lecz warto dać mu szansę, skoro stawką w tej grze jest „Polska solidarna jak miłość, Polska prawa i sprawiedliwa, na pożytek nam i przyszłym pokoleniom, na chwałę Bogu”.

Oczywiście tak doniosłe cele należy osiągać wyłącznie ambitną polityką. Premierowi nie wystarczało dźwiganie Polski z mocno już obśmianych ruin po rządach PO. „Nie ma dla mnie ważniejszej sprawy niż odbudowanie tego, co straciliśmy w wyniku zaborów, w wyniku wojen, w wyniku komunizmu” – deklarował w swym pierwszym sejmowym wystąpieniu. „Teraz mamy w rękach unikalną szansę i nie możemy jej zmarnować. Dlatego właśnie polska polityka musi być ambitna. Dryfowanie czy płynięcie z prądem to nie jest nasze DNA”.

Wszystko to zawiera się w treściwym sloganie o „rządzie zmiany”. Wyciąganym przez propagandystów PiS za każdym razem, gdy trzeba się tłumaczyć z ruchów niekoniecznie zrozumiałych dla najwierniejszych wyborców. Zalecają więc, aby zacisnąć zęby i popierać tę coraz trudniejszą do określenia „zmianę”. Gdyż w przeciwnym razie zostanie ona cofnięta przez wrogów i znów „będzie tak, jak było”. Tym samym rząd sam w sobie staje się już „zmianą”. Nawet gdy zaczyna popadać w bezruch albo zajmuje się wyłącznie sobą.

Tylko czy wyborca w nieskończoność będzie akceptował tę dialektykę? Takie obawy zaczynają już krążyć na zapleczu władzy. Czasem słychać, że zanika azymut i coraz trudniej się zorientować, dokąd zmierza „dobra zmiana”.

Rutyna premiera

Jeśli Morawiecki, przejmując pałeczkę po Beacie Szydło, miał wnieść więcej modernizacyjnego sznytu, to obietnica nie została zrealizowana. Premier spełnia się głównie w licznych przemówieniach, w których uprawia samochwalstwo i manipuluje liczbami. Materiałem wyjściowym są jednak wyłącznie mocno już zużyte pomysły z początku kadencji oraz powtarzane do znudzenia dotychczasowe osiągnięcia (przeważnie zmniejszenie luki VAT). O nowych pomysłach nic jednak nie słychać. Zresztą przez blisko rok funkcjonowania rząd Morawieckiego niemal wyłącznie kontynuował projekty wcześniej rozpoczęte.

Niektóre z nich oczywiście mieściły się w reformatorskim formacie. Co zresztą wzmacniano bombastycznym nazewnictwem mającym podkreślać ich dziejową wręcz rangę. Dostaliśmy więc „konstytucję dla biznesu” (czyli pakiet zmian ułatwiających życie przedsiębiorcom) oraz „konstytucję dla nauki” (reformę szkolnictwa wyższego Jarosława Gowina). Pretensjonalne określenia miały pewnie sugerować, że do tej pory owe obszary znajdowały się w stanie chaosu, pozbawione zasad i norm. To skądinąd paradoks, że rząd ustanawia wybranym grupom nieformalne „konstytucje”, jednocześnie dewastując konstytucję prawdziwą.

Kolejna istotna inicjatywa dopięta w ostatnim czasie to szykowany od dawna program Pracowniczych Planów Kapitałowych. I choć nie jest to kompleksowa odpowiedź na prognozowany rozpad systemu emerytalnego (do czego zresztą PiS w ogromnym stopniu się przyczyniło obniżeniem wieku przejścia na emeryturę), PPK przynajmniej starają się mierzyć z jednym z głównych problemów rozwojowych.

Niestety, to przykład odosobniony. Wiele opowieści (np. o samochodach elektrycznych) nie znajduje pokrycia w dotychczasowym dorobku jego rządu. Analizując go krok po kroku, dostrzeżemy co najwyżej dosyć rutynowe próby ogarniania rzeczywistości na miarę bieżących potrzeb i możliwości. Wiele z nich dyktowały zdarzenia, z którymi rząd musiał się w ostatnim czasie mierzyć – jak epidemia ASF, dotkliwa susza, plaga pożarów na wysypiskach śmieci. Sporo było jak zawsze legislacyjnej roboty przy implementacji unijnych reguł w prawie krajowym.

Dosyć konsekwentnie starano się popychać do przodu proces cyfryzacji, na razie głównie projektując udogodnienia dla obywateli w różnych obszarach (system powiadamiania o klęskach żywiołowych, zgłaszanie przez internet nowo narodzonych dzieci, e-recepty, internetowe konto pacjenta, e-dowody osobiste). Tworzono długofalowe strategie, niestety, wiele z nich (zwłaszcza zaprezentowana ostatnio strategia energetyczna przewidująca faktyczne odejście od farm wiatrowych) mija się z europejskimi trendami rozwojowymi. Powoływano nowe instytucje (Instytut Współpracy Polsko-Węgierskiej, Instytut Europy Środkowej, Polskie Laboratorium Antydopingowe, Fundusz Dróg Samorządowych). Proponowano rozmaite cząstkowe wsparcia (najwięcej na rynku mieszkaniowym, dla inwestorów i najemców). Najwięcej uwagi przyciągał oczywiście rollecoaster w sądownictwie oraz utrzymująca się wielka niemożność w uzbrojeniu polskiej armii. Poza tymi głównymi frontami rząd Morawieckiego robił mniej więcej tyle, ile robiły poprzednie rządy. Czyli sporo za mało, aby sięgnąć górnych diapazonów z exposé i innych premierowskich oracji.

Jest jednak jeden obszar, na którym rządzący faktycznie są innowatorami. To marketing i autopromocja. Weźmy na przykład osławioną „piątkę Morawieckiego” sprzed ponad pół roku. Pewnie coraz mniej wyborców jeszcze pamięta, co konkretnie znalazło się w pakiecie. I nic dziwnego, gdyż jego zawartość była średnio atrakcyjna: obniżka CIT, niższa składka ZUS dla małych firm, 300 zł wyprawki dla rodziców na rozpoczęcie roku szkolnego, dodatkowe 5 mld zł na budowę dróg oraz wstępna zapowiedź programu „Dostępność plus” znoszącego bariery niepełnosprawnym. Gdyby trafiły do obiegu publicznego w rozproszeniu, raczej wtopiłyby się w ogólne tło (może z wyjątkiem wyprawki szkolnej).

Takimi „piątkami” mogły się chwalić wszystkie poprzednie rządy. Nawet te niespecjalnie kreatywne i pracowite. Tyle że żaden z nich na to nie wpadł, łącznie z osławionym niegdyś duetem Tusk-Ostachowicz. „Piątka Morawieckiego” (podobnie jak wcześniej „plan Morawieckiego”) nakręciły wizerunek premiera jako dobrodzieja i wizjonera zarazem. Choć z pokryciem w faktach jest już znacznie gorzej.

Jak chwycić własny ogon

Cóż stanowi jednak prawdziwy tytuł do bycia „rządem zmiany”? Im dłużej trwa premierostwo Morawieckiego, tym trudniej to dostrzec. Szef rządu głównie specjalizuje się w połykaniu kolejnych żab. Stał się wręcz w tej dziedzinie koneserem. Najpierw zarządzając odwrót od ustawy o IPN, gdy trzeba było ratować stosunki z USA i dialog polsko-żydowski. Ostatnio przy wymuszonym przez Brukselę wycofywaniu się z czystki w Sądzie Najwyższym. Aktualnie premier przeżuwa konsekwencje absurdalnego wzmożenia godnościowego po ujawnieniu listu ambasador Mosbacher, którego był głównym adresatem.

W miarę sprawne usuwanie szkód, które PiS samo sobie wyrządziło, bywa zresztą przypisywane Morawieckiemu jako jego największa zasługa. Po usunięciu fatalnych zapisów w ustawie o IPN nawet pisano, że „stanął na wysokości zadania” i „dorósł” do swojego stanowiska. Dając podobno dowód swego realizmu, do czego udało mu się przekonać nawet samego prezesa Kaczyńskiego. PiS pod tym względem przypomina dawną PZPR z jej frakcjami „twardogłowych” i „liberałów”. Pierwsi nieustannie dokręcali śrubę, a drudzy ją luzowali. Społeczeństwo było więc żywotnie zainteresowane tym, aby „liberałowie” wzmacniali swą pozycję w wewnętrznym układzie władzy.

Czytaj także

Ważne w kraju

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną