Kraj

Nowa bitwa o Redzikowo

Strategiczne antyrakiety znajdą się w Polsce?

Redzikowo, uroczystość symbolicznej inauguracji budowy bazy pocisków będących częścią amerykańskiego systemu antyrakietowego, 2016 r. Redzikowo, uroczystość symbolicznej inauguracji budowy bazy pocisków będących częścią amerykańskiego systemu antyrakietowego, 2016 r. Jan Rusek / Agencja Gazeta
Rosja jeszcze bardziej niż do tej pory będzie się wściekać o bazę w Redzikowie. Przewidziane dla Polski pociski przechwytujące mają być zabójcami strategicznych rakiet międzykontynentalnych.

W połowie stycznia Donald Trump ogłosił rekomendacje dla przyszłości obrony antyrakietowej USA. Zapowiedział uzyskanie zdolności do „wykrycia i zniszczenia” każdej rakiety wystrzelonej gdziekolwiek na świecie, co było właściwą prezydentowi przesadą, która raczej nie zdołała przykryć niekończących się kłopotów samego Trumpa. Najważniejszym wnioskiem z opóźnionego o rok przeglądu obrony antyrakietowej jest powrót – po niemal 40 latach – koncepcji „gwiezdnych wojen”, czyli oparcia najważniejszego strategicznie systemu obronnego na satelitach. Przesłanie geopolityczne, dostosowane do przyjętych za rządów Trumpa strategii bezpieczeństwa i obrony, głosi, że Ameryka będzie traktować swoich rywali z pozycji siły i zamierza dokonać skoku technologicznego mającego zniwelować ambicje Chin czy Rosji, nie mówiąc o Iranie czy Korei Północnej. Uwagę przyciągnęły lasery, które Amerykanie chcą umieszczać na bezzałogowcach i satelitach, by za ich pomocą z dystansu i małym kosztem zestrzeliwać pociski wroga. Co ważne – nad jego terytorium, a więc obciążając napastnika dodatkowymi kosztami skażenia radioaktywnego w przypadku zniszczenia głowicy nuklearnej. Ale nowa doktryna antyrakietowa kryje coś jeszcze.

Czytaj także: Amerykańskie bazy z Niemiec do Polski? Nie tak szybko

Amerykańska tarcza a sprawa polska

Amerykański raport antyrakietowy ma konsekwencje dla bezpieczeństwa i obronności naszego regionu. Zagrożenie rakietowe zarówno w polskim, jak i amerykańskim kontekście oznacza Rosję. Amerykańskie wojska w Europie i Polsce są w zasięgu wielu typów rosyjskich pocisków balistycznych i manewrujących. Obrona antyrakietowa to priorytet zbrojeniowy Polski, a systemy antyrakietowe pola walki takie jak Patriot są podstawową, najniższą warstwą obrony. Ale to, co najciekawsze w najnowszym dokumencie Pentagonu, nie dotyczy systemu, który Polska od Amerykanów kupi – a tego, co Amerykanie mają sami zainstalować.

W nowej antyrakietowej doktrynie sporo miejsca zajmuje pocisk SM-3 IIA. To najnowsze rozwinięcie znanej rodziny pocisków przechwytujących, przeznaczonych do użycia z pokładu okrętów wojennych wyposażonych w system antybalistyczny Aegis. Jego lądowa wersja – Aegis Ashore – to najważniejsza część budowanej pod Słupskiem antyrakietowej bazy NATO. Przeprowadzane z mieszanym szczęściem testy SM-3 IIA udowodniły, że pocisk sprawdza się w roli niszczyciela rakiet balistycznych, które strąca w środkowej fazie lotu, ponad atmosferą i wyłącznie siłą uderzenia własnej głowicy kinetycznej. Do tej pory testowano jednak zestrzeliwanie rakiet krótkiego, najwyżej średniego zasięgu. Miała bowiem powstać wersja SM-3 IIB o lepszym napędzie, zasięgu i głowicy niszczącej, zdolna do strącania międzykontynentalnych pocisków strategicznych. W najnowszych planach Pentagon zakłada takie zdolności dla SM-3 IIA, co ma bezpośrednie znaczenie dla Polski.

Czytaj także: Dwa miliardy za dywizję. Polska oferta dla USA jest sensacją w NATO

Sól w oku Rosji

Moskwa od początku miała Amerykanom za złe montowanie systemów antyrakietowych w pobliżu jej granic. Ale problem antyrakiet – pocisków rakietowych mających zestrzeliwać inne rakiety – był osią sporu między mocarstwami od początku rakietowych zbrojeń nuklearnych. U szczytu zimnej wojny, kiedy Stany Zjednoczone i Związek Radziecki posiadały już pierwsze, prymitywne systemy antyrakietowe, doszło nawet do podpisania traktatu – z dzisiejszego punktu widzenia dziwacznego – o ograniczeniu broni antyrakietowej. Jego przedmiotem nie była broń ofensywna, a defensywna, ograniczająca skutki użycia rakiet strategicznych w przypadku wybuchu III wojny światowej. Kwestia rakiet strategicznych jest ważna – oba mocarstwa nie zdecydowały się bowiem na ograniczenia dotyczące antyrakiet zwalczających pociski krótszego zasięgu i w późniejszych dekadach aktywnie je rozwijały (czego przykładem Patriot i S-300 z lat 80.).

Precyzyjna obrona antyrakietowa stała się bardzo atrakcyjnym konceptem. Pominąwszy kwestię ogromnych kosztów, systemy takie dawały szansę zredukowania lub zanegowania potencjału strategicznego przeciwnika bez kosztów ubocznych (wczesne systemy antyrakietowe miały niszczyć nadlatujące głowice poprzez wybuchy jądrowe, co groziło skażeniem własnego terytorium). Dlatego Rosjanie zareagowali paniką na plan Ronalda Reagana wyprowadzenia obrony antyrakietowej w przestrzeń kosmiczną, co miało pozwolić na niszczenie rakiet krótko po starcie. Kosmiczna tarcza jednak nie powstała, a ZSRR się rozpadł, więc tamtą próbę antyrakietowy traktat przetrwał. Świat się jednak nie zatrzymał, a zagrożenia napędzane teraz również przez poradziecką technologię rosły.

Wywiad miał niepokojące doniesienia z Iranu, wiadomo było o testach Korei Północnej. Pod koniec lat 90. wyścig, a raczej sprint zbrojeń atomowych rozegrały Indie i Pakistan. W szoku po 11 września 2001 r. Stany Zjednoczone dokonały błyskawicznego przeglądu zagrożeń i wśród nich znalazł się rakietowy atak terrorystów lub jakiegoś „państwa zbójeckiego”. Jasne było, że trzeba inwestować w obronę, a ekipa George′a W. Busha wykorzystała moment, by pozbyć się sztywnego antyrakietowego gorsetu. USA wycofały się z traktatu ABM. Moskwa wpadła w furię, a będący już u władzy Władimir Putin postawił na rozwój broni antyrakietowej i stał się przeczulony na działania Amerykanów w tej dziedzinie.

Tarcza Busha i reset Obamy

Amerykanie postawili na Europę. Wobec rosnących obaw o zagrożenie z Iranu wyliczyli, że rakietę lepiej będzie strącić w środkowej fazie lotu, niż pozwolić jej głowicy (lub głowicom) zbliżyć się nad cel w USA. Do tego potrzebna była baza blisko potencjalnego toru lotu i na przyjaznej ziemi. Awantura o wojnę w Iraku była zbyt świeża, by dogadać się z Europą Zachodnią. Prowadzone od 2003 r. tajne rozmowy z rządami Polski i Czech doprowadziły do ogłoszenia w 2005 r., że to w tych krajach mogą powstać elementy strategicznego systemu obrony antyrakietowej. Spór z Rosją eksplodował na nowo. Moskwa zaczęła rzucać groźby, że amerykańskie instalacje staną się celem dla jej rakiet. W pobliże granic Polski przerzucała posiadane już wtedy w pewnej ilości mobilne wyrzutnie pocisków bliskiego zasięgu ziemia-ziemia Iskander. Eskalację napięcia podsyciła wojna w Gruzji i gwałtowne załamanie zaufania do Rosji. Ale umowa o bazie antyrakietowej podpisana w Warszawie z odchodzącym po drugiej kadencji Bushem nie została podtrzymana przez jego następcę Baracka Obamę. Ku uciesze Rosjan 17 września 2009 r. Polacy dowiedzieli się, że bazy w planowanej formie nie będzie. Stało się to mniej więcej w tym samym czasie, kiedy na ćwiczeniach Zapad testowano... nuklearny atak na Warszawę.

Żeby naprawić fatalne wrażenie, wiceprezydent Joe Biden przywiózł do Polski nowy plan – rozciągnięcia nad Europą parasola antybalistycznego z pocisków SM-3. W pierwszej fazie planu realizowanego dla NATO cztery okręty z systemem Aegis miały dotrzeć do Hiszpanii, a do Turcji mobilny radar. W drugiej fazie wyrzutnia pocisków przechwytujących SM-3 miała stanąć w Rumunii, w trzeciej fazie zbudowana byłaby w Polsce. W czwartej fazie znajdujące się w nich pociski miały być wymienione na nowe niszczyciele rakiet międzykontynentalnych. Rosjan zapewniano, że SM-3 IIA nie zagrażają ich rakietom strategicznym. Ale po kolejnym spotkaniu Obama–Miedwiediew USA odwołały w marcu 2013 r. czwartą część planu i związane z nim rozmieszczenie w Polsce i Rumunii pocisków SM-3 IIB. Reset pozornie zadziałał, Moskwa uczyniła kilka przyjaznych gestów. Dokładnie rok później zaatakowała Ukrainę.

Czytaj także: Ambasador USA przy NATO uważa, że nie ma planów stałej bazy w Polsce

Baza na sterydach

Teraz już dokładnie wiadomo, dlaczego perspektywa zastosowania pocisków SM-3 IIA do strącania międzykontynentalnych rakiet balistycznych jest tak istotna dla Polski. Z jednej strony stawia instalację antyrakietową NATO w naszym kraju na zupełnie innym poziomie ważności, z drugiej generuje większej skali problemy. „Ten pocisk ma potencjał, by służyć jako dodatkowa zdolność obronna, by ulżyć systemowi GBI [naziemnych interceptorów w USA] i zapewnić stałą ochronę terytorium USA przeciw rakietom dalekiego zasięgu krajów zbójeckich” – głosi nowa antyrakietowa strategia Donalda Trumpa. I zapowiada, że Agencja Obrony Antyrakietowej (MDA) w 2020 r. przeprowadzi test skuteczności pocisków SM-3 IIA w zwalczaniu celów typu pocisku międzykontynentalnego.

2020 r. w sensie budżetowym zaczyna się już jesienią. W innym miejscu strategia podtrzymuje wcześniejsze plany, że SM-3 IIA „niedługo” trafią do baz antyrakietowych NATO – w Rumunii i Polsce. Zapowiedzi testów SM-3 IIA przeciwko rakietom międzykontynentalnym były już w budżecie obronnym na 2018 r. Elementy tego pocisku miały być też montowane na dużych interceptorach GBI, co wskazuje na posiadanie odpowiednich zdolności technologicznych. Wpisanie nowego testu do dokumentu rangi strategicznej jest kolejnym potwierdzeniem zaufania amerykańskich wojskowych do możliwości SM-3 IIA, które trzeba tylko zweryfikować. 24 takie rakiety, jakie powinny się znaleźć w Polsce kiedyś po 2020 r., nie zagrożą strategicznemu potencjałowi Federacji Rosyjskiej, ale staną się poręcznym pretekstem do eskalacji konfliktu na poziomie politycznym, dyplomatycznym, informacyjnym. Podwyższają też ryzyko konfliktu militarnego.

Co zrobi Rosja?

Kluczowe dla skali i sposobu odpowiedzi będzie to, czy Rosjanie nabiorą przekonania, iż SM-3 IIA z baz w Polsce i Rumunii będą w stanie zestrzelić ICH pociski międzykontynentalne. To zapewne okaże się dopiero po przeprowadzeniu amerykańskiego testu, który rosyjskie satelity i wywiadowcy będą uważnie obserwować. Dotychczas publikowane przez USA materiały przekonywały Moskwę, że nawet umieszczone w Polsce pociski GBI, a co dopiero mniejsze SM-3 nie są w stanie doścignąć rosyjskiej rakiety międzykontynentalnej wystrzelonej na cel w Ameryce. Ale fakt, że w okresie resetu z Rosją skasowana została ostatnia faza programu rozwojowego pocisku SM-3, wskazuje, że była to technologia, której Rosja się obawiała, o ile przyjąć, że jakiś strategiczny handel rzeczywiście między mocarstwami nastąpił.

Dodatkowo w czasie tamtej decyzji pociski SM-3 IIA znajdowały się we wczesnej fazie rozwojowej i nie demonstrowały pełni swych możliwości. Możliwe, że część technologii przeniesiono do nich z prac nad SM-3 IIB, choć miały to być pociski fizycznie nieco większe. Warto mieć świadomość, iż Rosja traktuje zagrożenie dla skuteczności swojego potencjału strategicznego jako najpoważniejszą groźbę militarną. Dlatego w przeszłości tak zwalczała defensywne systemy antyrakietowe, dlatego tak zabiegała, by systemy NATO nie były w stanie zestrzeliwać pocisków międzykontynentalnych. Gdy jednak zapowiedziane nowe możliwości SM-3 IIA połączyć z deklarowaną strategią rywalizacji USA z Rosją i Chinami, wydaje się oczywiste, że nowy ogromny konflikt o wyrzutnie w Polsce i Rumunii jest tylko kwestią czasu. Cóż – można rzec – stosunki z Rosją gorsze być nie mogą i tak jesteśmy „na celowniku”, a baza w Redzikowie automatycznie stanie się celem bombardowania na wypadek wojny, zasadniczo więc nic się nie zmieni. Może się jednak zmienić skala przewidzianego uderzenia. Zagrożenie dla strategicznych systemów Rosji będzie wymagać wymierzenia strategicznego ciosu w obronie własnych zdolności. Baza w Polsce może się stać elementem nuklearnej kalkulacji Kremla najwyższej rangi. Nobilitacja niezbyt ciesząca, jeśli ją przełożyć na megatony.

Uderzenie wyprzedzające

Do czasu jednoznacznej oceny testu zdolności pocisków SM-3 IIA Rosja będzie jeszcze aktywniej niż do tej pory zwalczać samą budowę bazy w Redzikowie. Do tej pory padały głównie argumenty dotyczące jej rzekomych cech ofensywnych – Rosjanie twierdzą, że w 24 pionowych silosach Mk41 da się zainstalować pociski Tomahawk z głowicami jądrowymi, by dokonać ataku na Rosję. Rzecz jest technicznie wykonalna, na okrętach tomahawki startują z takich samych wyrzutni. Nie zapominajmy jednak, że baza w Redzikowie, choć obsadzona przez US Navy, należy do NATO, które jako sojusz obronny wojny z Rosją nie rozpęta.

Uderzenie wyprzedzające może więc raczej spaść na Redzikowo, niż z niego wyjść. Niedawne rosyjskie ćwiczenia ataku kilkunastu myśliwców na radar w Norwegii pokazują nawet jak. Taki nalot może się powtórzyć i nad Bałtykiem. Ale Rosja będzie podsycać napięcia na linii Polska–NATO i Polska–USA też innymi, tańszymi środkami. Będziemy widzieć więcej fałszywych listów protestacyjnych generałów i zmyślonych wywiadów kwestionujących sens wojskowego zbliżenia z Ameryką. Na scenie politycznej nie zabraknie głosów, że po co nam kolejne zaognienie relacji z Rosją. Gdyby udało się anulować otwarcie bazy w Redzikowie wskutek decyzji politycznej, Rosjanie nie musieliby nic więcej robić. Polska będzie akurat w czasie kilku kampanii wyborczych, emocje będą podwyższone, co sprzyja nakręcaniu spirali dezinformacji i oskarżeń. Celem rosyjskiej kampanii będą też kraje zachodnie, gdzie wyczulenie na rosyjski punkt widzenia bywa większe. Na zeszłorocznej konferencji bezpieczeństwa w Warszawie szwedzka ekspertka podkreślała znaczenie defensywnych systemów antyrakietowych dla równowagi strategicznej USA–Rosja. Wywoływała niemal konsternację, bo w zasadzie powtarzała narrację Kremla. Rząd powinien być przygotowany na takie starcie, zarówno od strony własnej strategii komunikacyjnej, jak i dementowania wrogiego przekazu.

Niestety wydaje się, że sami Polacy nie zostali do tej pory dostatecznie poinformowani o tym, jakie pociski i po co będą stacjonować w Redzikowie. Informacja dostępna do niedawna na stronach internetowych MON (po przeniesieniu witryny na portal gov.pl w ogóle nie można jej odszukać!) jest w części nieaktualna – mówi o oddaniu bazy w 2018 r. i że prace postępują zgodnie z harmonogramem. Mówi też o zwalczaniu przez pociski SM-3 rakiet krótkiego, średniego i pośredniego zasięgu, ale nie międzykontynentalnych. Skalę ewentualnego zagrożenia kwituje zaś stwierdzeniem, że hipotetyczny atak na bazę spotka się ze stanowczą reakcją USA i całego NATO, a sam obiekt będzie broniony w ponadprzeciętny sposób. To chyba trochę mało jak na powagę tego przedsięwzięcia.

Czytaj także: Fortu Trump nie będzie. Polska „niegotowa” na bazy USA?

Więcej na ten temat
Reklama

Codzienny newsletter „Polityki”. Tylko ważne tematy

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość potwierdzającą.
By dokończyć proces sprawdź swoją skrzynkę pocztową i kliknij zawarty w niej link.

Informacja o RODO

Polityka RODO

  • Informujemy, że administratorem danych osobowych jest Polityka Sp. z o.o. SKA z siedzibą w Warszawie 02-309, przy ul. Słupeckiej 6. Przetwarzamy Twoje dane w celu wysyłki newslettera (podstawa przetwarzania danych to konieczność przetwarzania danych w celu realizacji umowy).
  • Twoje dane będą przetwarzane do chwili ew. rezygnacji z otrzymywania newslettera, a po tym czasie mogą być przetwarzane przez okres przedawnienia ewentualnych roszczeń.
  • Podanie przez Ciebie danych jest dobrowolne, ale konieczne do tego, żeby zamówić nasz newsletter.
  • Masz prawo do żądania dostępu do swoich danych osobowych, ich sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania, a także prawo wniesienia sprzeciwu wobec przetwarzania, a także prawo do przenoszenia swoich danych oraz wniesienia skargi do organu nadzorczego.

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama