Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Dylemat prezesa PiS. Kiedy rekonstrukcja?

O ile z Beatą Szydło i Beatą Kempą nie ma problemu, bo ich stanowiska znikną, o tyle reszta operacji tak prosto się już nie przedstawia. O ile z Beatą Szydło i Beatą Kempą nie ma problemu, bo ich stanowiska znikną, o tyle reszta operacji tak prosto się już nie przedstawia. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
W PiS najwyraźniej zwycięża pogląd, że rekonstrukcja powinna nastąpić szybko.

Obóz rządowy ma zgryz z rekonstrukcją samego siebie. Zmiany są konieczne, bo prawdopodobnie czwórka ministrów po 26 maja zostanie europosłami. O ile z Beatą Szydło i Beatą Kempą nie ma problemu, bo ich stanowiska znikną (co skądinąd pokazuje sens ich dotychczasowego istnienia), o tyle reszta operacji tak prosto się już nie przedstawia.

Problemy z rekonstrukcją rządu

Nie można ot tak odwołać wszystkich ministrów i wiceministrów kandydujących do europarlamentu, bo jest ich aż 16. Nawet jeśli ograniczyć się do ministrów konstytucyjnych, to pozostaje kwestia Elżbiety Rafalskiej, która w okręgu 13. rywalizuje z kolegą z rządu Joachimem Brudzińskim. Wiadomo, że wygra Brudziński, a Rafalska mandatu nie zdobędzie, ale rekonstrukcja ministra spraw wewnętrznych przy braku rekonstrukcji ministra rodziny będzie wyglądała głupio; premier pokazałby w ten sposób, że głos suwerena nie ma znaczenia i że Rafalska kandyduje pro forma.

To jest jednak problem najmniejszy. Zasadniczy kłopot z rekonstrukcją rządu polega na czymś innym – na odpowiedzi na pytanie, po co ona jest.

W idealnym świecie rekonstrukcja ma być odświeżeniem wizerunku, dopalaczem, po który sięga premier (czy też prezes), gdy czuje, że coś w rządzie nie działa, gdy jakiś minister niedomaga politycznie, gdy notowania spadają. Nie powinno się po tę broń sięgać za często, bo częste zmiany mogą spowodować wrażenie chaosu, a nawet paniki.

Czytaj także: Jak będzie wyglądał europarlament po wyborach?

Dymisje parawanem dla Anny Zalewskiej

Mateusz Morawiecki i Jarosław Kaczyński (czy też Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki) stanęli przed dylematem.

Mogą zrobić rekonstrukcję teraz, jeszcze przed wyborami. Za takim rozwiązaniem przemawiałaby paląca potrzeba pozbycia się z rządu minister edukacji Anny Zalewskiej, która, co tu kryć, jest dla rządu coraz cięższym balastem (nawet jeśli uda się jakoś załagodzić gniew nauczycieli, spełniając część ich postulatów). Dymisje Brudzińskiego, Szydło i Kempy byłyby jedynie parawanem osłaniającym Zalewską, żeby elektorat PiS nie miał wrażenia kapitulacji przed nauczycielami i opozycją.

PiS w tygodniu rekonstrukcyjnym zdominowałby też medialnie opozycję. Wszystko wskazuje na to, że tak chciałby przeprowadzić tę zmianę Morawiecki. Za szybką rekonstrukcją opowiedział się w RMF FM szef kancelarii premiera Michał Dworczyk. Rzeczniczka PiS Beata Mazurek ogłosiła nawet, że zmiany w rządzie nastąpią przed wyborami.

Czytaj także: Najciekawsze pojedynki na listach PiS

Co z rekonstrukcją powyborczą?

Ale jest też w PiS grono przeciwników tego pomysłu. Rekonstrukcja przedwyborcza utrudnia rekonstrukcję powyborczą, która miałaby inne zalety. Wynik wyborów jest niepewny, część sondaży pokazuje przewagę opozycji; rekonstrukcja rządu – nawet gruntowna – mogłaby dać PiS oddech przed kampanią parlamentarną. Poza ministrami-europosłami pracę w rządzie mogliby stracić ci szefowie resortów, którzy są potencjalnym obciążeniem w kampanii. Mój rozmówca wskazał tu na ministrów energii oraz środowiska. Nie wiadomo też, jak potoczą się losy minister finansów.

Dziś wiele wskazuje na to, że w PiS zwycięża pogląd, że rekonstrukcja (czytaj: dymisja Zalewskiej) powinna nastąpić szybko. To rozwiązanie dobre na krótką metę, a jego wady widzą politycy PiS. Jeśli partia po nie sięgnie, to będzie to świadczyło o jednym – że przywiązuje ogromną wagę do wyborów europejskich i że obawia się o ich rezultat.

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną