Kraj

Co i po co trzeba zrobić w wojsku przez następne cztery lata

Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak Minister obrony narodowej Mariusz Błaszczak Ministerstwo Obrony Narodowej / Flickr, CC by 4.0
Byłoby ogromnym błędem, gdyby następny rząd zanadto zawierzył swemu poprzedniemu wcieleniu. Albo uwierzył we własną propagandę, że z bezpieczeństwem, wojskiem i polityką obronną RP jest tak dobrze, jak jeszcze nie było za pamięci żywych.

Wojsko Polskie przechodzi transformację, która nie zaczęła się cztery lata temu i nie skończy wraz z kadencją nowego Sejmu. Żeby kiedyś było gotowe na wyzwania przyszłości, należałoby wyzbyć się kadencyjnego myślenia i cierpliwie wdrażać wieloletnie zamierzenia.

O wojsku trzeba mówić przyszłościowo

Ostatnie cztery lata były tak nasycone wydarzeniami, decyzjami, zmianami decyzji i brakiem decyzji, że każde podsumowanie, jakie da się opublikować – nawet na tak gościnnych łamach jak Polityka.pl – musi być albo mamucich rozmiarów, albo nadzwyczaj wybiórcze, przez co traci część kontekstu. Nie będę więc pisał o epoce Macierewicza i Błaszczaka, nie wymienię wszystkich spełnionych i zerwanych obietnic modernizacyjnych, nie przywołam dat zwiększania obecności sojuszniczej w Polsce, nie będę wyliczał zmieniających się wiceministrów i prezesów PGZ. Robiłem to regularnie, sięgnąć zawsze można, a w internecie nic nie ginie. Podsumowanie czterech ostatnich lat odpuszczam, proponuję za to spojrzenie wprzód, w kierunku następnych czterech lat.

Sytuację zastaną przyjmę za punkt wyjścia, bez zbytniego wgłębiania się w jej ocenę. Pewnych decyzji – nawet nie najlepszych – nie da się łatwo odwrócić, a przecież najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że następny rząd niczego odwracać nie będzie, gdyż będzie z tego samego ugrupowania. Byłoby jednak ogromnym błędem, gdyby ów następny gabinet zanadto zawierzył swemu poprzedniemu wcieleniu. Albo uwierzył we własną propagandę, że z bezpieczeństwem, wojskiem i polityką obronną RP jest tak dobrze, jak jeszcze nie było za pamięci żywych.

Obraz nie jest czarno-biały. W pewnych obszarach jest lepiej, w innych wciąż nie uzupełniono braków powstałych przez dekady, gdzieniegdzie po czterech latach jest gorzej, niż było – także dlatego, że akurat musi być gorzej, zanim będzie lepiej, o ile plany się powiodą. Niżej najważniejsze tematy, wyzwania i dylematy, na które trzeba moim zdaniem odpowiedzieć. Wybrane, bo zagadnień istotnych jest mnóstwo, a czasu na zajęcie się wszystkim oczywiście nie będzie.

Czytaj także: Dziurawa tarcza, lichy miecz. Polskie wojsko

Rewolucja w myśleniu o sprawach wojskowych

Warto, żeby politycy w nowej kadencji mieli od początku świadomość, że dostosowanie strategii obronnej i wojska nie może zostawać w tyle, skoro na świecie dzieją się rzeczy ekstraordynaryjne. Cztery lata to niedużo, zbyt ambitnych celów nie ma co stawiać. Rzadko udaje się coś od podstaw stworzyć, nie ma mowy, żeby kupić i wdrożyć jakiś duży system uzbrojenia. Proces transformacji nie zaczął się w 2015 r. i nie skończy w 2023 r. To sztafeta, w której zmiany mogą być szybsze lub wolniejsze.

Liczą się wytrwałość i spójność dążeń następujących po sobie ekip władzy, by nie było pustych przebiegów czy nadkładania drogi. W drugiej dekadzie XXI w. presja świata zewnętrznego okazała się tak silna i wieloobszarowa, że wywołała w wojsku przemiany wykraczające poza zwykłe dostosowanie. Stąd wrażenie chaosu, konkurencja koncepcji, niepewność kierunku zmian. Powoli, ale nieuchronnie następuje w Polsce „rewolucja w sprawach wojskowych”, zmieniają się paradygmaty myślenia samej armii, a także sposób myślenia o niej. Widać to nie tylko tam, gdzie zmiany rzucają się w oczy – w sprzęcie – ale przede wszystkim w tym, co i jak wojsko robi.

Siły zbrojne znów liczą się na świecie

Najważniejszy wniosek z przemian ostatnich lat: siły zbrojne – zgodnie z myślą klasyków sprzed dwóch i więcej wieków, a wbrew trendowi z końca zimnej wojny – na nowo stają się podstawowym narzędziem polityki zewnętrznej. Dla niektórych państw nigdy nie przestały nim być, dla innych się nie staną. Polska przez lata po odzyskaniu wolności lokowała się w tej drugiej grupie, ale sytuacja artykułowania interesów poprzez siłę wymusza i na Warszawie wparcie polityki metodami militarnymi.

Na najbardziej podstawowym poziomie chodzi o to, by siły zbrojne utrzymywać na odpowiednim poziomie potencjału i gotowości obronnej. Rzecz z pozoru oczywista, zapisana w konstytucji, powierzona instytucjom i poddana rygorom prawnym – ale przecież co partia, to w szczegółach inny pomysł. Na szczęście co do filarów polskiej polityki bezpieczeństwa, czyli NATO, Unii Europejskiej i ścisłych więzi obronnych z USA, w zasadzie nie ma kontrowersji wśród głównych partii. Dobrze też, że przynajmniej na razie nie słychać nawoływań do wstrzymania wzrostu wydatków obronnych lub ich obniżenia. Oby to był dowód, że świadomość konieczności posiadania i utrzymania jakiegoś poziomu gotowości sił zbrojnych jest u nas trwale zakorzeniona.

Czytaj także: Jakie będą dwie nasze następne dekady w NATO?

Obrona kraju to obrona terytorium

Najistotniejszą zmianą za czasów rządów PiS to mentalne zrównanie obrony kraju z obroną terytorium. Może doświadczenia z Krymu i Donbasu dowiodły, jak trudno odbić raz utracone terytorium, może zadziałała historia i wizja kolejnego zajęcia Warszawy? W każdym razie powstała ochotnicza formacja wojskowa przeznaczona do działań lokalnych, a na wschodzie kraju tworzy się nowa dywizja, której zadaniem jest bronić łatwo dostępnego dla agresora terenu między granicą a stolicą. Część nowoczesnego ciężkiego sprzętu trafia do jednostek na ścianie wschodniej i jest to głównie broń przeznaczona do walki w bliskim kontakcie z przeciwnikiem (artyleria, czołgi, broń strzelecka). Trwa debata o sensie budowy takiej zapory antyinwazyjnej w zasięgu artylerii i rakiet wroga, ale w kampanii nie było słychać wielu głosów przeciwnych umocnieniu tej części polskiego teatru działań.

Również zapowiedź włączenia WOT w struktury wojsk operacyjnych i uczynienia z niej zasobu rezerw mobilizacyjnych – zgłoszoną przez Koalicję Obywatelską – trudno traktować jako likwidację formacji. A skoro tak, to trzeba wykazać konsekwencję i dobudować w najbliższych latach brakujące elementy nowej dywizji – wojewódzkie brygady WOT, które osiągną największy stopień gotowości (pełna gotowość całej formacji przewidziana jest w latach 2024–25), należy zaś wiązać z dywizjami wojsk lądowych odpowiedzialnymi za poszczególne kierunki operacyjne. To, że WOT sprawdził się w reagowaniu kryzysowym, nie oznacza, że jego rola ma być do tego ograniczona do czasu włączenia w struktury dowodzenia wojska.

Armii potrzeba stałej modernizacji

W minionej kadencji wysiłki modernizacyjne skupiały się na środkach ogniowych. Mówiło się o tym dużo, ale kupowano sporo mniej, części zapowiedzi o wzmacnianiu siły ognia (jak śmigłowce uderzeniowe czy pociski manewrujące na okrętach podwodnych) w ogóle nie podjęto. Jest jednak niezaprzeczalną zmianą jakościową, że za sprawą koncepcji kiedyś zwanej „kłami Polski” siły zbrojne weszły lub wejdą niedługo w posiadanie broni dalekiego rażenia (nawet do 1000 km, jak pociski JASSM, czy 300 km, jak pociski ATACMS z wyrzutni HIMARS).

Paradygmatowi nieustępliwej obrony terytorium zaczyna towarzyszyć inny: zdolności kontruderzenia z dystansu (spoza zasięgu środków wroga) lub na dystans (na głębokie tyły przeciwnika). Niewypowiedzianą głośno myślą, która wiąże się z posiadaniem takich możliwości, jest możliwość uderzenia wyprzedzającego, jeśli w ocenie decydentów wojna będzie nieunikniona. Czyli koncepcję odstraszania przez niedopuszczenie na własne terytorium Polska uzupełnia odstraszaniem przez odwet. Należałoby przyklasnąć, pod warunkiem że tych dalekosiężnych broni i środków jej przenoszenia mielibyśmy pod dostatkiem, który robiłby wrażenie na przeciwniku. Nie mamy ich, więc jeśli w tej chwili możemy przeciwnika czymś zmartwić, to konsekwencją w rozbudowie, uzupełnianiu arsenału i ćwiczeniu jego użycia.

Nic tak nie zepsuło humoru Rosji jak zdjęcia polskich wyrzutni rakiet NSM u wyjścia Zatoki Fińskiej lub ich próbne odpalenia na poligonie w Norwegii. Konsekwencję trzeba wykazać w dokończeniu zaplanowanych zakupów rakietowych systemów ofensywnych Homar i w budowie defensywnej tarczy przeciwko pociskom przeciwnika. Dlatego Wisła i Narew powinny znowu płynąć – chodzi o systemy obrony powietrznej i antyrakietowej, niezbędne środki realizacji doktryny antydostępowej.

Drugim pytaniem, które zadaje sobie potencjalny przeciwnik, myśląc: „jak bardzo zaboli?”, jest to, czy odwet będzie celny i czy ugodzi, zanim atakujący ucieknie. Tymczasem w pogoni za środkami rażenia w polskiej modernizacji zaniedbano inwestycje w dalekie rozpoznanie czy mobilność wojsk, nawet na tak podstawowym poziomie jak nowe terenówki. Pierwszą lukę do pewnego stopnia wypełniają za nas sojusznicy, a dzięki porozumieniom na najwyższym szczeblu można mieć nadzieję, że dostęp do danych będzie natychmiastowy i całkowity. Ale dla posiadacza broni dalekiego zasięgu wartością bezcenną jest suwerenny wybór celów uderzenia. Pokazuje on przeciwnikowi, że w obronie własnych interesów nic i nikt nas nie ograniczy. Przez posiadanie pełnej informacji o przeciwniku (a w każdym razie maksymalnie obszernej) też realizuje się odstraszanie. Programy rozpoznawcze muszą uzupełnić rosnącą siłę ognia, inaczej ta siła jest ślepa.

Czytaj też: Co zostało z amerykańskiego Fort Trump w Polsce?

Kierować politycznie, dowodzić strategicznie

Szybkość jest kluczowa – powtarzają czołowi dowódcy u nas i w NATO – a jeśli tak, to przepływ informacji od rozpoznania i identyfikacji celu do podjęcia decyzji i jej wykonania musi być maksymalnie skrócony. To zaś zapewnia wymiana danych w sieci pola walki, powiązana z systemem kierowania politycznego i dowodzenia strategicznego. Potrzeba danych o celach, możliwości ich zaatakowania i sprawnego systemu decyzyjnego. Ani takiego systemu, ani jego poszczególnych pięter nie mamy w pełni zbudowanych. Są co najwyżej klocki, które czekają na dopasowanie i połączenie. Szczyt tej piramidy uwiarygadnia całą resztę.

Tymczasem dekonstrukcja poprzedniego systemu dowodzenia sprawiła, że wojsko jest w stanie przejściowym, z naczelnym dowódcą (szefem sztabu generalnego), który nie ma wystarczających narzędzi do dowodzenia. Na tej prowizorce nie wolno poprzestać. Ciągle umykający Mustang (program zakupu samochodów terenowych mających zastąpić wiekowe honkery) też musi dać się w końcu złapać, tak samo jak saperzy powinni dostać od MON nowe pontony do budowy pływających mostów, które udźwigną amerykańskie abramsy. Bez tego inne chętnie powtarzane hasło – o mobilności na całym teatrze działań – jest pustosłowiem.

Skutki zniesienia zasadniczej służby wojskowej

Jest jeszcze inne słowo, które trzeba nasycić treścią, ulubione i znienawidzone jednocześnie: gotowość. Paradoks, że jej wrogiem jest... modernizacja. Nowy sprzęt to tylko pierwszy szczebel uzyskiwania gotowości, potem trzeba długiego szkolenia, opanowania logistyki, praktyki w utrzymaniu, rutyny w opanowaniu – do czasu, aż sprzęt nie zacznie sprawiać innego rodzaju kłopotów (ze starości). A to „tylko” sprzęt, podczas gdy jest wiele innych obszarów wpływających na gotowość. Coraz droższe części zamienne (nowoczesne uzbrojenie bywa kosztowne w utrzymaniu) lub ich brak (poradziecki sprzęt lotniczy). Ograniczona dostępność mocy remontowych i ich cena. Skurczone struktury logistyczne, pracujące według procedur ze spokojnych czasów.

Najpoważniejszym wyzwaniem na najbliższą przyszłość wydają się jednak ludzie. Według NIK w siłach zbrojnych brakuje obsady 6 tys. stanowisk, a przecież według rządzących armia ma zwiększać liczebność. Minister Błaszczak chwali się sukcesem resortowej akcji naboru kandydatów do służby – ponad 30 tys. wniosków. Ale przecież to nowi ludzie. Nawet gdyby wszyscy zostali przyjęci, nie zapełnią luk po doświadczonych podoficerach, którzy właśnie teraz odchodzą – może nie masowo, ale w boleśnie zauważalnej skali. Na dodatek kończy się w cywilu „zasób” przeszkolonych w podstawowym zakresie rezerwistów. To odłożony w czasie rezultat stopniowego odchodzenia od zasadniczej służby wojskowej i fiaska modelu szkolenia rezerw opartego na NSR. Coś trzeba z tym zrobić, to pewne. Co i jak – to powinien być temat numer jeden następnej kadencji.

Czytaj także: MON w natarciu, czyli szybki plan Błaszczaka

Strategia MON w trzy miesiące? Za szybko

Niełatwo wybrać ten główny temat numer jeden. Gdzie nie spojrzeć, tam same priorytety. Wracając do punktu wyjścia – uświadomiwszy sobie na nowo rolę sił zbrojnych, trzeba wiedzieć, do czego ich użyć. Ostatecznie – oby nigdy – w walce. Wcześniej – na różnych etapach kształtowania i wykonywania zamierzeń politycznych. Jesteśmy tu, gdzie jesteśmy, i robimy to, co robimy, bo takie, a nie inne są nasze cele i wartości – mówią dziś do siebie kraje o sprzecznych nieraz interesach, używając do tego swoich armii, niekoniecznie wysyłając je od razu na wojnę.

Ćwiczenia – narodowe lub wspólne, zbrojenia – ofensywne czy defensywne, podnoszenie i utrzymywanie gotowości, prezentowanie flagi i budowanie sojuszy... To tylko niektóre wyrażenia języka politycznej komunikacji metodami wojskowymi. Świetnie byłoby, gdyby politycy nauczyli się ten język rozumieć i nim posługiwać, układając polskie przesłanie płynące w świat – bardziej niż to skierowane do elektoratu. Żeby jednak językiem tym mówić, trzeba wiedzieć, co powiedzieć, czyli mieć strategię. Najlepiej możliwie szeroko przedyskutowaną, uzgodnioną, przeanalizowaną i przeliczoną na pieniądze.

Tymczasem z MON płyną zapowiedzi stworzenia strategii bezpieczeństwa narodowego, której projekt międzyresortowy zespół ma przygotować... do końca roku, czyli w niecałe trzy miesiące (bez uwzględnienia przerwy na wybory i sformowanie nowego rządu). Jest oczywiste, że opracowanie tej rangi dokumentu w takim tempie rodzi ryzyka i lepiej się nie spieszyć. Polska przeżyła bez aktualizacji strategii od 2014 r. i jeszcze chwilę wytrzyma, nawet jeśli miałaby czekać kolejne cztery lata.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Meghan i Harry zadali cios tysiącletniej monarchii

Szacowny dom Windsorów sypie się w posadach. Ostatnie miesiące przypominają kryminał Agaty Christie „I nie było już nikogo”, bo „znikają” kolejni członkowie królewskiej rodziny.

Marek Rybarczyk
09.01.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną