Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 11,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Wspólnicy władzy

Partia rządząca ma w tych wyborach co najmniej trzy atuty. Po pierwsze, mimo złych prognoz, Polska jest nadal u szczytu najdłuższej ekspansji gospodarczej w naszej historii. Po drugie, w ostatnich latach wdrożono też najszczodrzejszy w historii program wydatków socjalnych. Po trzecie, nigdy od czasów komuny media państwowe nie były tak brutalnie używane w służbie partii i rządu. Ale opozycja też osiągnęła coś znaczącego, mianowicie: nikt, kto zada sobie pół godziny trudu przed pójściem do lokalu wyborczego, nie może udawać, że nie wie, o czym są te wybory.

Z moich rozmów na ulicach wynika, że zwolennicy PiS wiedzą już, że ich partia spartoliła reformę szkół i sądów, nie umie budować dróg i zaniedbała służbę zdrowia. Wiedzą też, że ludzie prezesa nie są ideowymi czekistami, za których chcieliby uchodzić. Rozumieją też, że w wypadku wygranej PiS dokończy swój program stworzenia państwa autorytarnego. Dokończy się upartyjnienie sądów i mediów, także prywatnych, upolityczniona zostanie także gospodarka. Cywilizacyjnie oddalimy się od Europy. Oznacza to, że głosujący za takim programem nie będą jego ofiarami, lecz wspólnikami.

Ale być może mamy do czynienia z czymś, co niektórym z nas nie mieści się w głowie. Mianowicie, że dla znaczącej części społeczeństwa rzeczywistość symboliczna ważniejsza jest od realnej. Że dla niektórych z naszych rodaków do zniesienia jest, że rządzący kradną, kłamią i rujnują pozycję naszego kraju w świecie, byleby udawali pobożnych i dużo trąbili o własnym patriotyzmie. Narodowy socjalizm nie musi się kończyć apokalipsą, jak niemiecki. Gdyby w 1974 r., u szczytu swojego boomu, Edward Gierek stanął do wolnych wyborów, zapewne by je wygrał. A dwa lata później był Radom.

Polityka 41.2019 (3231) z dnia 08.10.2019; Komentarze; s. 9
Reklama