Kraj

Warcholska gościnność PiS. Czyli rząd, Komisja Wenecka i opozycja

Marsz Tysiąca Tóg, protest pod Sądem Najwyższym w Warszawie,11 stycznia 2020 r. Marsz Tysiąca Tóg, protest pod Sądem Najwyższym w Warszawie,11 stycznia 2020 r. Jędrzej Nowicki / Agencja Gazeta
To, co dzieje się wokół procedowania ustawy o sądach w Senacie, stanowi przekładaniec groteski z poważnymi sprawami.

Pan Grodzki zaprosił do Polski Komisję Wenecką (KW, nie mylić z komitetami wojewódzkimi PZPR; ich odpowiednikami są lokalne struktury PiS). Nikt z rządu nie zdecydował się z nią spotkać. To jednak nie znaczy, że rząd był bezczynny w kontaktach z „Wenecjanami”. Pan Warchoł, dr habilitowany nauk prawnych i wiceminister sprawiedliwości, poinformował KW, że „mając na uwadze jednoznaczne postanowienia polskiej konstytucji i z troski o autorytet Komisji jako organu bezstronnego, apolitycznego i działającego na podstawie i w granicach prawa, jesteśmy zmuszeni uznać wizytę przedstawicieli Komisji jako nieoficjalną i nieformalną, a wszelkie państwa ustalenia czy opinie wydane na podstawie takiej nieoficjalnej wizyty – za dokumenty niemające charakteru oficjalnych opinii czy ustaleń Komisji Weneckiej”.

Czytaj także: Komisja Wenecka w Polsce, a rząd PiS ją ignoruje

Opinie Komisji Weneckiej

Troska p. Warchoła, skądinąd członka KW, o autorytet tego organu robi wrażenie. Niemniej trafił nie tyle kulą w płot, ile daleko od niego. Po pierwsze, polska ustawa zasadnicza nic nie mówi o Komisji Weneckiej, chyba że prawo europejskie uzna się za składnik konstytucji. To byłby jednak dość nieopatrzny krok ze strony p. Warchoła (może to prywatna opinia). Po drugie, sekretarz KW określił przedmiotową wizytę jako oficjalną, uznając, że p. Grodzki, reprezentant Senatu RP, miał prawo wystosować zaproszenie.

Ta opinia jest jednak bardziej miarodajna niż wydumana przez p. Warchoła. W samej rzeczy jedną z kompetencji marszałka Senatu jest prowadzenie sprawy z zakresu stosunków z Sejmem, parlamentami innych krajów, instytucjami i innymi organami Unii Europejskiej. Ponadto KW została zaproszona w związku z procesem legislacyjnym związanym z jej statutowymi zadaniami, w tym wypadku badaniem zgodności ustawy krajowej z prawem europejskim.

Kto tu prowadzi politykę zagraniczną

Podobne opinie do tej wykoncypowanej przez p. Warchoła sformułowały tuzy tzw. dobrej zmiany, np. p. Woś i p. Wójcik. Szczególnie interesujący jest produkt myśli (?) p. Szynkowskiego vel Sęka, wiceministra spraw zagranicznych: „Marszałek Senatu nie ma ogólnej kompetencji do prowadzenia polityki zagranicznej, a zaproszenie zewnętrznej instytucji – Komisji Weneckiej – jest jej elementem; stąd zaproszenie to jest prawnie ułomne, a wizyta ma charakter nieoficjalny. (...) To spotkanie odbywa się w kontekście jasnej agendy, dotyczy ono określonej tematyki, która związana jest z trwającym procesem legislacyjnym. Można to spotkanie uznać za element trwającego procesu legislacyjnego oraz za element polityki zagranicznej, skoro jest kontakt z instytucją zewnętrzną, jaką jest Komisja Wenecka. To budzi nasze prawne wątpliwości”.

Czytaj także: Chcą wyrwać zęby wyrokowi Trybunału Sprawiedliwości UE

Sęk w tym, że marszałek Sejmu ma kompetencję szczególną (jak głosi regulamin Senatu), a z tego, że zaprasza KW do Polski, nie wynika, że prowadzi politykę zagraniczną. Załóżmy, że prezes PZPN zaprasza przedstawicieli FIFA do zapoznania się ze stanem boisk piłkarskich w Polsce i wyrażenia opinii w tej materii. Czy to znaczy, że prowadzi politykę zagraniczną? Zgodność prawa polskiego z prawem europejskim jest problemem bardzo ważnym, a skoro rząd nie bardzo chce się tym zająć, nie powinien przeszkadzać innym organom w stosownych konsultacjach. To, że zachodzi różnica zdań między marszałkiem Senatu a rządem w sprawie tzw. ustawy represyjnej, nie ma nic do rzeczy. Trudno dziwić się jakości obecnej polskiej polityki zagranicznej, skoro realizują ją fachowcy w stylu p. Szynkowskiego vel Sęka.

Komisja składa „kurtuazyjną” wizytę

Gościnność serwowana przez p. Warchoła (stąd warcholska) była nader przemyślana. Sam mistrz ceremonii uznał wizytę KW za nieoficjalną: „Jesteśmy zmuszeni uznać wizytę przedstawicieli Komisji Weneckiej jako nieoficjalną i nieformalną, a wszelkie ustalenia i opinie za niemające charakteru oficjalnych”. Bardzo zgrabnie, jak zwykle, rzecz ujął p. Mitera, rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa, powiadając, że wizyta „Wenecjan” jest kurtuazyjno-merytoryczna. Pan Warchoł znalazł sposób, aby gości potraktować więcej niż prywatnie, aczkolwiek mniej niż oficjalnie. Instrumentem było zaproszenie do zwiedzenia Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych PRL.

Tak to sformułował: „Jest ono miejscem symbolicznym, w którym można zobaczyć ślady okrucieństwa komunistycznego wymiaru sprawiedliwości i skutki braku rozliczenia sędziów z tego okresu. Dyrektor muzeum dr Jacek Pawłowicz, wybitny historyk tego okresu dziejów naszego państwa, jest gotów przyjąć państwa osobiście i zapoznać z aspektami historyczno-kulturowymi przemian wymiaru sprawiedliwości w Polsce. Niewątpliwie poznanie tego rodzaju kontekstu zmian w sądownictwie wzbogaci państwa wiedzę i rzuci dodatkowe światło na potrzebę przeprowadzenia reformy. Uprzejmie informujemy, że godz. 13.00 w piątek 10 stycznia jest aktualna. Adres Muzeum to: Rakowiecka 37. Jako osobę do kontaktu wskazujemy dyrektora muzeum pana Jacka Pawłowicza”.

Czytaj także: Cała nadzieja w sędziach, Senacie i Unii

Zapraszamy do Muzeum Żołnierzy Wyklętych

Nikt z KW nie przybył, zawiódł także p. Warchoł, członek tego gremium. Spowodowało to taką reakcję p. Warchoła: „Wpłynęło do nas pismo z sugestią spotkania. Właśnie dziś o godz. 13 odpowiedzieliśmy pozytywnie i wskazaliśmy jako miejsce do kontaktu Muzeum Żołnierzy Wyklętych. Niestety, ubolewam nad tym, że przedstawiciele Komisji nie pojawili się o wyznaczonej godzinie przed muzeum”.

Wyjaśnienie to nie jest specjalnie transparentne. KW sugerowała spotkanie z przedstawicielami Ministerstwa Sprawiedliwości. Wygląda na to, że zaproszenie do muzeum było odpowiedzią na tę propozycję. A jeśli tak, to spotkanie miało być całkowicie oficjalne, mimo że miało odbyć się przed budynkiem przy ul. Rakowieckiej 37. Pan Pawłowicz został wskazany jako osoba do kontaktu. To chyba znaczy, że p. Warchoł upoważnił rzeczoną osobę kontaktową do prowadzenia polskiej polityki zagranicznej, co stanowi nowatorskie uzupełnienie konstytucji.

Szkoda, że p. Warchoł nie pojawił się przed muzeum, bo stracił wyborną okazję do spotkania samego siebie i ewentualnego zastanowienia się, jakie bzdury serwuje. Niezależnie od niezrozumiałej absencji p. Warchoła dobrozmieńcy pokpili sprawę. Gdyby zapowiedzieli, że obok p. Pawłowicza przewodnikiem będzie p. Piotrowicz, opowiadający, jak to „własnymi ryncami” ratował opozycjonistów przed okrutnymi komunistycznymi sędziami (wedle p. Morawieckiego wychowali swoich następców, a ci teraz brużdżą i blokują reformy), członkowie KW przylecieliby jak na skrzydłach, aby zobaczyć to dziwadło.

I tak tzw. dobra zmiana straciła niepowtarzalną okazję do zaprezentowania potrzeby reformy wymiaru sprawiedliwości, której twarzą jest p. Piotrowicz, straszliwie cierpiący z powodu zemsty nadzwyczajnej kasty. Ponadto owa kasta, jak donosi „Fronda”, składa się z potomków żydokomuny.

Czytaj także: Piotrowicz musi przeprosić za nazwanie sędziów złodziejami

Okrągły stół bezstronny

To, co dzieje się wokół procedowania ustawy o sądach w Senacie, stanowi przekładaniec groteski z poważnymi sprawami. Wyżej przedstawiłem elementy groteskowe. Do poważnych należy lekceważenie ważnego organu europejskiego, ponieważ Komisja Wenecka jest takowym, nawet wziąwszy pod uwagę, że p. Warchoł jest jej członkiem. Tzw. dobra zmiana zapowiada dalsze podobne kroki wobec Komisji Europejskiej, TSUE czy p. Jourovej, komisarz UE ds. praworządności. Pan Miller, rzecznik rządu, zdiagnozował: „Odbieram to jako spotkanie osób, które są przedstawicielami konkretnych partii politycznych”. Jest to wprawdzie bardziej eleganckie niż wypowiedź p. Piebiaka (Herszta od gangu zniesławiającego sędziów): „Vera, jak śmiesz?”, ale nuta wyższości u obu czynowników tzw. dobrej zmiany jest podobna.

Opozycja zorganizowała okrągły stół w sprawie reformy sądownictwa oraz specjalną konferencję na ten temat – oba wydarzenia zostały totalnie zignorowane przez PiS. Pan Bortniczuk (Porozumienie, czyli filia PiS) tłumaczy, że jego ugrupowanie weźmie udział w dyskusji (a przynajmniej pochyli się nad tym, aby użyć modnego żargonu), ale pod warunkiem że będzie ona zorganizowana przez autorytety, które nie są zaangażowane w bieżące spory polityczne. Ponieważ okrągły stół został zaproponowany przez PSL, p. Bortniczuk uważa, że to od razu wyklucza udział w nim prawej strony. Ale wszystko byłoby w porządku, gdyby inicjatywa wyszła od p. (mgr) Przyłębskiej. To jednak znowu przenosi w sferę groteski chociażby z uwagi na to, że rzeczona stała się towarzyskim odkryciem Zwykłego Posła, co oczywiście zapewnia jej całkowitą niezależność od bieżącej polityki.

Nie bardzo zresztą wiadomo, po co p. Bortniczuk i jego kompani mieliby uczestniczyć w jakichkolwiek dyskusjach na temat ustawy o sądach, skoro i tak wie (jest przekonany), że zostanie przyjęta niezależnie od poprawek ewentualnie zaproponowanych przez Senat.

Nawiasem mówiąc, wynurzenia p. Bortniczuka jako żywo przypominają tłumaczenia strony rządowej w sprawie rozmów z „Solidarnością”, zwłaszcza w latach 1980­–81. Oficjele podkreślali: „Tak, tak, chcemy dialogu, wręcz pragniemy go, ale o ile nasi oponenci konstruktywnie zgodzą się z nami, a nie będą prowadzili obstrukcji”. Być może p. Bortniczuk jest zbyt smarkaty, aby to pamiętać, ale jakby nie było, reprezentuje tę samą mentalność co niegdysiejsi aktywiści „apolitycznego” Patriotycznego Frontu Odrodzenia Narodowego.

Czytaj także: Rząd do aresztu, bo nie wykonał wyroku? TSUE zezwala

Akcja insynuacyjna przeciw Grodzkiemu

Nasila się kampania przeciw p. Grodzkiemu, teraz chyba wrogowi publicznemu (tj. tzw. dobrej zmiany) nr 1. Przez jakiś czas rzecz ograniczała się do rekrutacji świadków przez Radio Szczecin, ale teraz do akcji wkroczyło CBA, publicznie informując, że szuka korupcji w szpitalu, w którym p. Grodzki był ordynatorem, i obiecując, że składający łapówki nie będą pociągani do odpowiedzialności karnej.

Pan Staszczyk, jeden z anonimowo nagabywanych (nie wiadomo, czy przez agenta CBA), publicznie ujawnił, że ofiarowano mu 5 tys. zł za obciążenie p. Grodzkiego, ale nie zgodził się. Zaraz pobudził się do działania p. Ast, było nie było przewodniczący komisji praworządności i praw człowieka, i szybko dał odpór. Okazało się, że p. Staszczyk był funkcjonariuszem Urzędu Bezpieczeństwa.

Stosowne dossier zostało błyskawicznie znalezione w IPN i „zmediatyzowane”, dzięki czemu odpowiednio pobudzony p. Ast obwieścił, że „ubek” jest mało wiarygodny. To rzecz niezwykła w cywilizowanym świecie, aby przewodniczący parlamentarnej komisji praworządności i praw człowieka opowiadał o kimś (90-latku), kogo nie widział na oczy, że jest niewiarygodny. Sprawę przejęła niezawodna TVP Info i znalazła, że p. Staszczyk donosił na własną żonę, aczkolwiek szczegóły nie są na razie znane. Nie zdziwię się, jeśli donos wygląda tak: „Jestem żonaty z X, z domu Y”. Dla porządku: korupcji nie można wykluczyć w żadnym przypadku, ale zawsze trzeba ją udowodnić, a nie organizować akcję insynuacyjną.

Jan Hartman: Zorganizowane polowanie na marszałka Senatu

Logika PiS: Grodzki mógł brać, więc brał

Na temat p. Grodzkiego wypowiedział się również wspomniany p. Bortniczuk. Łaskawie uznał, że nie ma podstaw do wypowiadania się o tym, że p. Grodzki przyjmował łapówki. Wszelako okazało się, że łaskawość p. Bortniczuka ma swoje granice. Znalazł, że zachodzi analogia między p. Grodzkim a p. Banasiem, ponieważ tu i tam były nieprawidłowości. Zapomniał chłopina, że w sprawie p. Banasia wypowiedziało się CBA, w sprawie p. Grodzkiego na razie szuka świadków.

Analogia jest chyba niepełna, bo nic nie wiadomo, jakoby gabinet tego drugiego służył za miejsce spotkań „na godziny”. Pan Bortniczuk, zapytany, czy p. Grodzki winien podać się do dymisji, znowu łaskawie zapewnił, że nie przyłącza się do chóru tych, którzy to postulują, ale jak wyznał, w jego środowisku politycznym zostałby do tego wezwany. Uzasadnił to tym, że wprawdzie nie wiadomo, czy p. Grodzki przyjmował łapówki w związku ze swoją praktyką lekarską, ale mogło tak być, tym bardziej że wszyscy wiemy, co się działo w ostatnich 30 latach w prywatnych gabinetach lekarskich.

Pan Bortniczuk skończył prawo na Uniwersytecie Gdańskim, a więc musiał uczyć się logiki. Jednym z jej praw jest to, że jeśli coś mogło być, niekoniecznie było. Niby p. Bortniczuk to uznaje (nie śpiewa w chórze itd.), ale stara się zdyskredytować p. Grodzkiego wedle paralogicznej zasady, że coś mogło się wydarzyć, więc prawdopodobnie miało miejsce.

Czy prezydent Duda zna konstytucję?

W sobotę 11 stycznia odbył się Marsz Tysiąca Tóg w obronie niezawisłości sądów. Zdarzyły się znane z przeszłości incydenty w rodzaju kontroli technicznej autokaru wiozącego uczestników do stolicy lub oddanie tóg do depozytu przez prezeskę sądu w Elblągu, ale demonstracja odbyła się bez przeszkód. Pan Duda (prezydent) skomentował: „Prowadzone działania mogą również nasuwać podejrzenie, że akcje protestacyjne ze względu na sposób i formę protestu stanowią obejście zakazu przynależności sędziego do związku zawodowego i zakazu prowadzenia strajku”.

To aluzja do konstytucji, która stanowi: „Sędzia nie może należeć do partii politycznej, związku zawodowego ani prowadzić działalności publicznej niedającej się pogodzić z zasadami niezależności sądów i niezawisłości sędziów”. Otóż p. Duda najwyraźniej nie zna ustawy zasadniczej, której jest ponoć strażnikiem, skoro przypuszcza („podejrzenie”), że akcja „Marsz Tysiąca Tóg” jest sposobem obejścia zakazu, którego nie ma. W tej sytuacji trudno się dziwić, że ma kłopoty z przestrzeganiem konstytucji.

Adam Szostkiewicz: Zabrała togi sędziom, żeby nie szli w nich na protest

„Ofiary wymiaru sprawiedliwości”

Pan Sakiewicz z „Gazety Polskiej” zorganizował kontrdemonstrację ofiar wymiaru sprawiedliwości. Z doniesień prasowych wynika, że nie była zbyt liczna. Miała natomiast niewątpliwy koloryt folklorystyczno-ideowy. Gdy dziennikarz zagadnął jakąś ofiarę wynajętą przez p. Sakiewicza, usłyszał: „Wyp***aj stąd! Co ty wariata ze mnie robisz, myślisz, że ja nie wiem? Wyp***aj stąd! Sp***aj stąd, bo możesz zarobić w nocha. Mi nie zależy, mogę ci je**ąć i c**j”. A jego koledzy dodali: „Kto ci płaci?”, „Z esbecji jesteś?”, „Żeby tacy jak ty siedzieli u Putina. Jesteście totalitarystami, nazistami, komunistami!”.

Czyżby bojowcy spod znaku „Gazety Polskiej” propagowali nowy typ kultury politycznej? Nie są osamotnieni. Oto wyliczanka ułożona przez dr. Bukowskiego, filozofa z Krakowa: „Małgorzata Kidawa-Błońska – ciocia Klocia, Władysław Kosiniak-Kamysz – człowiek bez właściwości, Szymon Hołownia – bezbarwny amator. Oto żałośni kontrkandydaci Andrzeja Dudy w walce o prezydenturę. (...) Adrian Zandberg – mało inteligentny, kiepsko wysławiający się, koniunkturalnie zmieniający poglądy poputczik marksizmu”.

Nie ma to jak zawodowi propagandziści tzw. dobrej zmiany z cenzusem. Ich spektrum jest szerokie – od głowy państwa poprzez najmitów p. Sakiewicza po filozofa spod Wawelu.

Bruksela do Warszawy: Wstrzymajcie prace nad „ustawą kagańcową”

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kultura

„Motel Polska”, czyli perwersyjna propaganda PiS

O nie, „Motel Polska” to nie jest produkcja żenująca. Nie jest obciachem, popisem złego gustu i amatorszczyzny. To produkt jak najbardziej przemyślany, diablo przewrotny i wyrachowany.

Jan Hartman
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną