Kraj

Komorowski przegrał, gdy Platforma traciła. A teraz traci PiS

Wybory parlamentarne 2019 Wybory parlamentarne 2019 Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
Pięć lat temu dokładnie w tym samym momencie kampanii przed wyborami prezydenckimi PO zanotowała pierwszy spadek poparcia. Skończyło się porażką Bronisława Komorowskiego. Jak będzie w tym roku?

Najpierw był sondaż Instytutu Badań Pollster dla „Super Expressu”, w którym PiS zdobył 41 proc., czyli 2 pkt proc. mniej niż w poprzednim notowaniu i w wyborach parlamentarnych. Z kolei w połowie stycznia sondaż przeprowadził Instytut Badań Publicznych: dziś PiS osiągnąłby „zaledwie” 37,8 proc., a Platforma – 31 proc. To trochę za mało, żeby wystraszyć sztab Andrzeja Dudy. Ale był jeszcze trzeci sondaż, też przeprowadzony przez IBP, w którym urzędujący prezydent wygrywa z Małgorzatą Kidawą-Błońską tylko o dwie dziesiąte punktu procentowego.

Dochodzi do tego badanie Kantara wykonane 29–30 stycznia. Gdyby wybory odbyły się dziś, PiS zdobyłby 35 proc. poparcia, PO 30, Lewica 13, do Sejmu weszłyby jeszcze PSL i Konfederacja (po 7). Nawet w sojuszu z Konfederacją partia Jarosława Kaczyńskiego nie utworzyłaby rządu większościowego.

Polska polityka w 2015 r.

Nie chcę pisać, że historia lubi się powtarzać, bo byłoby to naiwne. Do 2015 r. byliśmy przyzwyczajeni do względnej kohabitacji między prezydentem a rządem. Pomijając czasy Lechy Wałęsy, gdy tworzyły się zręby III RP, nie mieliśmy do czynienia z trwałym klinczem wywołanym konfliktem głowy państwa z rządem. Były drobne wyjątki: weta Aleksandra Kwaśniewskiego wobec ustaw obozu AWS czy spory między Lechem Kaczyńskim a ekipą Donalda Tuska o to, kto powinien sprawować pieczę nad polityką zagraniczną. Żaden nie groził jednak funkcjonowaniu władzy ustawodawczej i wykonawczej.

Paradoksalnie z tego powodu pozycja prezydenta malała. W 2009 r. premier Tusk mówił o systemie kanclerskim z nowymi, bardzo ograniczonymi kompetencjami głowy państwa. Nie mógł wiedzieć, że kolejny prezydent będzie się wywodził z jego środowiska politycznego. Komorowski dwoił się i troił, ale nie potrafił zaprezentować się wyborcom jako urzędnik niezwiązany z PO. Wykorzystał to Duda, zarzucając mu, że jest notariuszem rządu Ewy Kopacz. Robił to na tyle skutecznie, że i do Komorowskiego, i do samego urzędu przylgnęła łatka „żyrandola”. Dziś, po pięciu latach sprawowania urzędu, tamte słowa mogą odbić się Dudzie czkawką.

Najważniejsza kampania w III RP

Sytuacja w pewnym sensie przypomina tę z 2014 r., ale waga wyborów jest wyższa i emocje też są większe. PiS boi się demobilizacji wyborców. Świadczą o tym m.in. nagłówki w zaprzyjaźnionych z nim mediach, zapowiadające najważniejszą kampanię w historii III RP. Pisowskich sztabowców może niepokoić kalendarz wyborczy, zadziwiająco przypominający ten sprzed pięciu lat. Jesienią 2014 r. PO wygrała wybory samorządowe, ale o włos, więc nie w takim stylu, jakiego oczekiwała. W ubiegłym roku PiS utrzymał samodzielną władzę w Sejmie, ale przez własne zlekceważenie przegrał Senat. Pierwsza lampka alarmowa powinna się już była zapalić.

W pierwszym przed wyborami prezydenckimi sondażu z 2014 r. biorącym pod uwagę Andrzeja Dudę, opublikowanym przez Millward Brown 24 listopada 2014 r., Bronisław Komorowski miał 61 proc., a jego rywal ledwie 17 proc. 12 stycznia w badaniu tej samej pracowni różnica wynosiła prawie 40 pkt proc. Na trzecim miejscu plasowała się Magdalena Ogórek, startu nie ogłosił jeszcze Paweł Kukiz.

Przełom nastąpił 15 stycznia. Sondaż CBOS wskazywał na spadek notowań całej Platformy: miała 40 proc. poparcia (-3), a PiS 29 (+1). Partie nadal sporo dzieliło, ale dało się zauważyć trend, który przyspieszył, gdy Kukiz wszedł do gry.

Kto teraz będzie Kukizem?

Gdy pytam osoby związane z PiS o dzisiejszy spadek poparcia – uspokajają. Zapewniają, że rząd weźmie rozpęd. Ruszy w lutym, najpóźniej w marcu. Do gmin będą pompowane pieniądze, inwestowane zwłaszcza w program modernizacji dróg. Jak przypominają ludzie z PiS, poparcie dla Dudy poza dużymi ośrodkami jest niebotyczne – papierkiem lakmusowym na potwierdzenie tej tezy miały być jego podróże do powiatów.

PiS chyba nie widzi, że próbuje wymyślić kampanię mniej więcej taką, jaką miał Komorowski w 2015 r. Jeśli wygrana Dudy ma oznaczać wyłącznie więcej tego samego (w czym pomoże brak większych sporów wiosną i dobra koniunktura gospodarcza), to wiele osób głosowanie może sobie odpuścić. Wyborca centrowy, który poparł Dudę w 2015, chce prezydentury ambitnej, śmiało korzystającej z inicjatywy ustawodawczej, kształtującej rzeczywistość, niewchodzącej w pyskówki czy jałowe spory.

Wyborca prawicowy chce zaś widzieć w prezydencie silnego człowieka, zdolnego się postawić. Aby zabezpieczyć oba te fronty, Duda będzie musiał wykonać niebezpieczny szpagat kosztem swojej wiarygodności. Utrzymać centrum po pięciu latach rządów PiS będzie bardzo trudno. A żeby przypodobać się prawej stronie, musiałby stać się konfederatą do sześcianu: łączyć retorykę antyaborcyjną z denializmem klimatycznym i lękiem przed imigracją. To droga donikąd.

Hołownia, czyli „ten trzeci”

Pięć lat temu szansę stworzył Dudzie Kukiz, który stale atakował Platformę. Postulował wprowadzenie Jednomandatowych Okręgów Wyborczych, żeby nie rządzili już ci, którzy rządzą, a których można kolokwialnie nazwać oszustami, bo nie trzymają się programu z 2001 r. Duda mógł wtedy swobodnie popierać postulaty z zakresu demokracji bezpośredniej. Dziś nie byłby w tym ani trochę wiarygodny.

Wiele wskazuje, że w najbliższych wyborach rolę „tego trzeciego” odegra Szymon Hołownia, który przed startem kampanii ma ok. 9 proc. poparcia. A to kandydat zupełnie inny niż Kukiz: jest koncyliacyjny, lubi dialog, chce zakończyć wojnę polsko-polską. Wojnę, której twarzą może zostać Duda.

Historia nie jest ani wahadłem, ani nie pędzi w określonym kierunku. Nie twierdzę, że będziemy mieć powtórkę sprzed pięciu lat, a w roli Komorowskiego wystąpi teraz Duda. Ale kalendarz wyborczy i wiedza z przeszłości mogą przypomnieć opozycji uwierzyć, że nie takie dystanse były już w polskiej polityce odrabiane. Bez tej wiary zwycięstwo może się okazać niemożliwe.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Jak leśnicy sami sprywatyzowali Lasy Państwowe

Prywatyzacją lasów politycy straszą nas regularnie. Zawsze wtedy, gdy partykularne interesy leśnego lobby i jego politycznych protektorów wydają się zagrożone. Samym jednak lasom przekazanie w prywatne ręce nigdy nie groziło. PiS wykreowało wroga, żeby nas przed nim bronić.

Joanna Solska
01.09.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną