Kraj

PiS się przestraszył koronawirusa i panikuje

Nadzwyczajne posiedzenie Sejmu ws. stanu przygotowań Polski do epidemii koronawirusa. Przy mównicy premier Morawiecki Nadzwyczajne posiedzenie Sejmu ws. stanu przygotowań Polski do epidemii koronawirusa. Przy mównicy premier Morawiecki Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Rząd zapewniał, że jesteśmy gotowi do walki z koronawirusem, należy tylko przestrzegać procedur. Okazało się, że ich nie ma, więc trzeba pilnie przyjąć napisaną na kolanie ustawę.

Przez kilka tygodni rząd zapewniał, że do walki z SARS-Cov-2 jesteśmy przygotowani, należy tylko przestrzegać odpowiednich procedur. Nagle okazało się, że procedur nie ma – więc trzeba pilnie przyjąć napisaną na kolanie ustawę, która ma walkę ze śmiertelnym zagrożeniem ułatwić. Zamiast Polaków uspokoić, działania partii rządzącej mogą jednak wywołać panikę.

Projekt ustawy wpłynął do Sejmu w niedzielę późnym wieczorem. Musi być szybko uchwalony, nie ma bowiem czasu, przybywa zarażonych w krajach sąsiednich, więc lada moment choroba pojawi się i u nas. To wszystko prawda, ale trzeba zapytać: co rząd robił przez ostatnie kilka tygodni? Wyłącznie zachęcał, żeby nie panikować.

Czytaj też: „Oby do nas to nie przyszło”. Szkoły boją się koronawirusa

Rząd zmarnował sporo czasu

Nie trzeba specustawy, żeby wiedzieć, że rząd zmarnował sporo czasu. Lekarze alarmują, że szpitale do walki z wirusem i powodowaną przez niego chorobą nie są przygotowane – w zakaźnych, do których kieruje się chorych, brakuje masek i kombinezonów. Zbyt mało jest także testów – podobnie jak laboratoriów, które mogą analizować ich wyniki. Jeśli choroba zaatakuje większą liczbę osób, te sześć placówek na cały kraj może się zakorkować. Skoro wszystko gra, to dlaczego 121 osób jest hospitalizowanych, a 237 – według informacji ministra zdrowia – poddano kwarantannie domowej? Są chore czy zdrowe?

Czytaj też: Polscy lekarze a koronawirus. Co wiedzą, czego się boją?

Brak testów, laboratoriów, łóżek, respiratorów, procedur, pieniędzy… I lekarzy

Skuteczną walkę z koronawirusem może uniemożliwić też zbyt mała liczba respiratorów. Wirus atakuje płuca, niszczy je, bez respiratorów chorym, u których wystąpią ciężkie objawy, nie da się uratować życia. Sprzęt z rynku światowego wykupili już Chińczycy, polski rząd jakoś nie pomyślał. Ogólnopolski Związek Świadczeniodawców Wentylacji Mechanicznej alarmuje, że to nie brak łóżek może utrudnić walkę z wirusem, ale właśnie brak respiratorów.

Rząd nie pomyślał nawet o tym, że za procedury umożliwiające chorym oddychanie przy pomocy respiratora NFZ płaci coraz mniej – od 2016 r. dwa razy obniżano wycenę. W dodatku panuje niesamowity chaos przy jej rozliczaniu, w każdym województwie płacą inaczej. Mimo że od kilku tygodni obserwujemy, jak choroba się rozprzestrzenia po świecie, i wiadomo, że prędzej czy później dotrze do Polski, nikt nie pomyślał o zniesieniu limitów na procedury oddychania pod respiratorem! Nie sposób przewidzieć, ile osób zaatakuje wirus, skąd szpitale mają brać pieniądze na ratowanie ludzi, skoro za tzw. nadwykonania NFZ nie chce płacić.

I wreszcie brak lekarzy. Władysław Kosiniak-Kamysz przypomniał, że w Polsce jeden specjalista od chorób zakaźnych przypada na 40 tys. pacjentów! Kto będzie leczył zainfekowanych, gdyby wirus zaatakował dużą liczbę osób?

Specustawa – spóźniona i chaotyczna

Zamiast odpowiedzi na te pytania mamy projekt specustawy, która walkę z wirusem ma dopiero umożliwić, gdy „stan epidemii przekroczy możliwości działania organów administracji rządowej i samorządowej”. W dodatku ta specustawa jest chaotyczna, zamiast skoncentrować się na dokładnym opisaniu procedur, które w różnych sytuacjach trzeba wykonać, jej autorzy uprawiają raczej publicystykę. Szpitale, np. ten w Krotoszynie, którym Ministerstwo Zdrowia zarzucało nieprzestrzeganie procedur, nie staną się po jej uchwaleniu lepiej poinformowane.

To, co w ustawie nie budzi wątpliwości, to większa władza dla wojewodów. Będą mogli decydować o zamykaniu szkół, żłobków i przedszkoli, a nawet o ograniczeniu działalności przedsiębiorstw. Jednak bez dokładnego opisania procedur narażamy się na to, że większej władzy po prostu mogą nadużywać.

Czytaj też: WHO jest coraz bardziej skłonne ogłosić pandemię. I co wtedy?

Państwo nakaże, za szkody nie odpowie

Może jej też nadużywać minister zdrowia, wydając np. „decyzję, która spowoduje, że jakieś przedsiębiorstwo będzie musiało na potrzeby rządu produkować określony asortyment”. Choćby maski albo respiratory, niezbędne do walki z chorobą, więc taki zapis wydaje się zasadny. Niepokoi, gdy zestawić go z innym: „skarb państwa, samorządy i instytucje państwa nie będą odpowiadać za szkody powstałe w celu przeciwdziałania epidemii”.

Czyli państwo może nie zapłacić albo zapłacić zbyt mało za produkty, które nakaże wyprodukować? W praworządnym kraju byłoby to niemożliwe, w obecnej Polsce taka specustawa może być użyta nawet jako narzędzie w walce politycznej z niewygodnymi przedsiębiorcami.

Czytaj też: Koronawirus uderza w światową gospodarkę. Kto straci?

PiS walczy wirusem. Wywoła panikę?

Ustawa opisująca, jak różne instytucje mają się zachowywać w sytuacji pandemii, powinna być gotowa już dawno i spokojnie leżeć w szufladzie. Natomiast jeśli się ją uchwala w takim pośpiechu, można dopiero wywołać panikę. Na przykład zapisem, że wojewodowie mogą zarządzić „czasową reglamentację zaopatrzenia w określonego rodzaju artykuły”. To przecież brzmi jak zachęta do szturmu na sklepy i wykupywania masek, leków, ale także makaronów, oleju czy konserw. No bo skoro mogą być na kartki...

PiS nie chciał dyskutować o przygotowaniu państwa do walki z koronawirusem, kiedy żądała tego Platforma Obywatelska. Uważał, że jesteśmy przygotowani i nie ma o czym mówić. Zmienił zdanie, gdy zażądał tego prezydent, co dowodzi, że w walce politycznej można użyć nawet śmiercionośnego wirusa. Żeby tylko ratować notowania Dudy, który akurat w tej sprawie nie miał nic do powiedzenia.

Czytaj też: Co w laboratoriach na froncie wojny z wirusem? Wyścig trwa

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

O Niemcach, którzy z konieczności zostali Polakami

Książka naszego redakcyjnego kolegi Piotra Pytlakowskiego „Ich matki, nasi ojcowie”, której fragment publikujemy, opowiada o losach niemieckich dzieci mieszkających na ziemiach, które po II wojnie światowej przypadły Polsce.

Piotr Pytlakowski
15.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną