Przyszedł do mnie redaktor i mówi tak: „Weź no, napisz jakiś lekki, odprężający felieton. Wiesz, bez straszenia, bo i tak jesteśmy już dosyć wystraszeni”. Jak widać, mamy w zespole dowcipnych ludzi; szkoda tylko, że do nich nie należę. Prawdziwie dowcipnych rzuciliśmy już na odcinek wyjaśniania, co to za wirus kazał pani Turczynowicz-Kieryłło zrezygnować z szefowania kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy. Jeszcze w piątek tryskała optymizmem w rozmowie z „Polską” („Będę walczyć do końca”), a w sobotę „ze względu na stan zdrowia” powiedziała pas. Być może chodziło o to, by w mediach pojawiła się chociaż jedna pozytywna informacja, zanim rząd ogłosi stan zagrożenia epidemicznego. A być może zaszkodziły jej zbyt wysokie obcasy i nieposkromiona chęć mówienia; bo kobiety w otoczeniu prezydenta wolą na ogół milczeć, dzięki czemu korzystniej wypada.
W ten sposób lekko i z gracją przechodzimy do tematu, który mam potraktować z gracją i lekko, choć jest śmiertelnie poważny. Zacznijmy od paradoksu. Otóż ten fizycznie bardzo mały bohater mediów całego świata (w milimetrze sześciennym dałoby się upchnąć około biliona koronawirusów SARS-CoV-2) rzuca bardzo duży cień na rzeczywistość, przesłaniając skutecznie widok na wiele jej obszarów i wiele jej wymiarów. To idealna sytuacja nie tylko dla zwykłych przestępców, ale i dość komfortowe warunki dla rozgrywek polityczno-biznesowych. A tych wirus nie zatrzymał. Np. w cieniu doniesień o kolejnych zarażonych w Polsce minister Sasin przeprowadził nadzwyczaj dowcipną akcję. Prezes PZU Paweł Surówka wykupił w gazetach wielkie ogłoszenia, w których (wspierany przez przewodniczącego rady nadzorczej Macieja Łopińskiego, obecnie też p.o. szefa TVP) przechwalał się największym od lat zyskiem firmy, i właśnie wtedy, gdy gazety jeszcze się drukowały, został odwołany.