Kraj

Testy to klucz do pokonania epidemii. Jak zwiększyć ich liczbę?

Laboratorium badające próbki na obecność koronawirusa w Lublinie Laboratorium badające próbki na obecność koronawirusa w Lublinie Jacek Szydłowski / Forum
Dopuszczenie prywatnych diagnostów do robienia testów molekularnych na Covid-19 powinno zwiększyć liczbę badań. Brakuje jednak odczynników, jednorazówek i w pełni zautomatyzowanych laboratoriów.

Dobrą wiadomością jest to, że teraz lekarz, który widzi pacjenta, a nie urzędnik sanepidu, może podjąć decyzję, czy są wskazania do zrobienia testu. – Do tej pory zderzaliśmy się ze ścianą – mówią ci, którzy tracili czas na wydzwanianie na infolinię, a potem tłumaczenie, że ich decyzja jest zasadna. A urzędnik wiedział swoje.

Kiedy na oddział intensywnej terapii w powiatowym szpitalu ratownicy przywieźli nieprzytomną chorą, zaintubowaną w szpitalu, gdzie nie było interny, dyżurujący tam anestezjolog prof. Wojciech Gaszyński zainstalował chorą w izolatce i zaczął wydzwaniać na infolinię. Dyżurujący upierał się, że skoro w wywiadzie nie ma kontaktów, to nie ma podstaw do zrobienia testu. – Ona była nieprzytomna, jak mieliśmy zebrać wywiad? – mówi prof. Gaszyński. – Testu nie zrobili. Zadzwoniłem do szpitala zakaźnego, przysłali po nią karetkę i mam nadzieję, że zakaźnikom udało się przekonać sanepid do badania.

Czytaj też: Wirus to gra na czas. Jak zatrzymać napór chorych

Pięć tysięcy testów dziennie

Pierwsze do robienia testów na Covid-19 zostało dopuszczone Warsaw Genomics, start-up prof. dr. hab. med. Krystiana Jażdżewskiego, autora programu „Badamy Geny”. Zapowiadał tysiąc testów dziennie i tyle robi od zeszłego tygodnia. – Na gwałt rozbudowujemy laboratorium – mówi. Zlikwidowaliśmy nasz oddział w Białymstoku, przewieźliśmy maszyny do Warszawy, urządzenia przeszły testy kalibracyjne i dziś już z nimi ruszamy. Pod koniec tygodnia, mam nadzieję, będziemy mogli zwiększyć przepustowość do 2 tys. testów dziennie. Dokupiliśmy sprzętu za 3 mln zł, nowe roboty, które producent obiecał nam dostarczyć w ciągu 18 dni. Do tego dwa–trzy dni na kalibrację. Za trzy tygodnie powinniśmy osiągnąć wydajność 5 tys. testów dziennie.

Za sprzęt i testy w Warsaw Genomics nie płaci NFZ, tylko koalicja firm wspierających walkę z koronawirusem, czyli darczyńców, którzy zdecydowali się przeznaczyć pieniądze na zakup testów dla placówek medycznych i stacji epidemiologicznych: PKO Bank Polski, Deloitte, Trecom, Tar Heel Capital – Private Equity, ANG Spółdzielnia, Fundacja TVN „Nie jesteś sam”, BNP Paribas, Orange.

Odczynniki ściągamy z całego świata – mówi prof. Jażdżewski. – Trzeba się nieźle pogimnastykować, bo chętnych jest dużo. Więc kupujemy na bieżąco, za tyle pieniędzy, ile mamy gotówki, ile nam wpłaca koalicja. Mamy w tej chwili odczynniki na 20 tys. testów. Czyli na dwa tygodnie, jeżeli uda się robić 2 tys. badań dziennie.

Czytaj też: Zakażeni, ozdrowieńcy, wyleczeni? Jak przebiega ten proces

AAAutomat kupię. Ruszyli do walki z Covid-19

Od kilku dni pracuje też Diagnostyka. – Robimy kilkaset testów dziennie w czterech laboratoriach: w Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Szczecinie – mówi dr Tomasz Anyszek. – Podpisujemy umowy bezpośrednio ze szpitalami. Diagnostyka produkuje też zestawy do pobierania próbek. – Zgłosiliśmy i zarejestrowaliśmy specjalne podłoże, które inaktywuje wirusa, a jego materiał genetyczny zabezpiecza na 72 godziny – mówi dr Anyszek. Wymazówka, na końcu której jest pobrany materiał biologiczny, zamiast do soli fizjologicznej wędruje do probówki ze specjalnym podłożem. To znacznie bezpieczniejsze dla diagnostów.

Te kilkaset testów dziennie to przy ich sprzęcie maksymalna wydajność: – Nawet gdybyśmy chcieli dokupić automat, to terminy dostawy są za osiem tygodni. Trzeba było to zamawiać dwa miesiące temu. Teraz wszyscy chcą kupić. Uniwersyteckie Centrum Kliniczne Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego od kilku tygodni próbuje dostać specjalny biokombajn do robienia testów. – Nie ma obecnie szans na dostawę – mówi Sławomir Zieliński, dyrektor biura prasowego WUM. – W sprawie sprzętu rozmawiamy ze wszystkimi, pomoc zadeklarował prezydent Warszawy, ale miasto też nie ma możliwości kupienia takiego urządzenia.

Pozbierali zatem, co się dało, z zasobów szpitala i uczelni, coś dokupili i właśnie instalują. – Nie będzie to w pełni zautomatyzowana linia, ale takich w kraju jest niewiele – mówi Zieliński. – Ruszamy na początku kwietnia, wtedy mają dojść pierwsze kupione przez nas testy. UCK, które zatrudniło pięciu dodatkowych diagnostów, początkowo będzie obsługiwać głównie swoich pacjentów, ale zgłosili się też do resortu zdrowia. Jak dostaną testy, będą robić dla wszystkich.

Czytaj też: Jak przebiegają badania na obecność koronawirusa

Z prototypu prawdziwy test

W Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku pracowali non stop cztery doby. – Możemy się pochwalić laboratorium o standardzie zbliżonym do najwyższego BLS3 – mówi dyrektor naczelny UCK Jakub Kraszewski. Mieli dwa analizatory, kolejny otrzymali z Ministerstwa Zdrowia, Uniwersytet Gdański dołożył aparat do izolacji RNA, starają się o aparat do automatycznego pipetowania próbek.

Brakuje nam materiałów jednorazowych potrzebnych do tych aparatów, w tym do izolacji RNA – mówi dyrektor Kraszewski. Trudno kupić w Polsce, bo producenci nie nadążają z produkcją. Sprowadzić ciężko ze względu na ograniczenia sprzedaży wprowadzone w krajach Unii Europejskiej. – Na szczęście udało nam się odzyskać ciągłość dostaw na jedną z linii – mówi Kraszewski. Obiecuje zwiększenie liczby testów, jak tylko zdobędą jednorazówki i odczynniki.

Alab też już robi testy, rusza Synevo. Instytut Chemii Bioorganicznej PAN opracował własny prototyp testu w oparciu o odczynniki wyłącznie polskich producentów i własnej produkcji. – Jesteśmy w stanie takie testy w większych ilościach wytwarzać przy współudziale dwóch polskich firm – mówił dyrektor Instytutu prof. Marek Figlerowicz na konferencji prasowej. – Co będzie dalej, to już nie od nas zależy, może to jest pytanie do władz, czy będą chciały nas wesprzeć, żeby z tego prototypu zrobić prawdziwy test.

Czytaj też: Złowroga natura zarazków

Pandemia? Potrzebne pospolite ruszenie

Bo mimo zniesienia embarga na testy, które do niedawna mogły robić tylko sanepid i PZH, o większą wydajność będzie trudno. Wiele laboratoriów nie ma zautomatyzowanej linii zdolnej do zrobienia kilkuset badań. Nigdy nie było im to potrzebne. Wyjątkiem jest Warsaw Genomics, które wystartowało pierwsze i od lat prowadzi program „Badamy Geny” z ambicją przebadania całej Polski pod kątem genetycznego zagrożenia różnymi odmianami nowotworów. Mają w pełni zautomatyzowane laboratorium, zdolne przepuszczać tysiące próbek, co dotyczy zarówno robotyki w pracach molekularnych, procesów kontroli jakości, jak i informatyki, czyli możliwości przeprocesowania tak dużej ilości danych.

Potrzebne jest nam w tej chwili takie pospolite ruszenie – mówi prof. Jażdżewski. – W Krajowej Izbie Diagnostów Laboratoryjnych jest zarejestrowanych 2,5 tys. laboratoriów i przynajmniej tysiąc z nich ma warunki i możliwości, sprzęt i ludzi, którzy mogliby robić to co my. Niech każde robi po 50–100 próbek dziennie – i mielibyśmy problem rozwiązany.

Bo testów trzeba będzie robić coraz więcej. Powinna być przebadana każda osoba z objawami infekcji górnych dróg oddechowych. Do tego każdy, kto miał kontakt z osobą zdiagnozowaną pozytywnie. – Nie jestem w stanie oszacować, ile jest w kraju osób z infekcją górnych dróg oddechowych, pewnie kilkadziesiąt tysięcy, i większość nawet nie zgłasza się do sanepidu – mówi prof. Jażdżewski. Nawet gdyby się zgłaszali, i tak by ich nie zbadano.

Druga grupa jest łatwiej policzalna – mówi prof. Jażdżewski. – Jeżeli dziennie znajdujemy 150 osób zakażonych koronawirusem (a znajdujemy ich już więcej), to każdy z tych chorych w ciągu ostatnich pięciu dni miał kontakt średnio z 50 osobami. Więc w przypadku tej grupy powinniśmy dziennie przebadać 7,5 tys. ludzi. Wśród nich znajdziemy ok. 350–400 zakażonych. Co oznaczałoby, że następnego dnia przebadać trzeba będzie nawet 20 tys.

– Najważniejsza jest dostępność oraz szybkość badań – mówi dyrektor Centralnego Szpitala Klinicznego (tzw. szpital na Banacha) i zastępca dyrektora uniwersyteckiego Centrum Klinicznego Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego Maciej Zabelski. – Bo wydłużenie czasu oczekiwania na wynik może, przy konieczności izolacji pacjentów, sparaliżować szpitale.

Czytaj też: Testy, testy, testy. Ale jakie?

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ja My Oni

Sarmata, hipis, mundurowy? Polskie wzorce męskości

Dr hab. Wojciech Śmieja o tym, jak ukształtował się osobliwy, polski wzorzec tak zwanego prawdziwego mężczyzny.

Ewa Wilk
30.09.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną