Kraj

Polska nie jest koronawirusowym prymusem, jak chciałby PiS

Sejmowe wystąpienie premiera Mateusza Morawieckiego o sytuacji związanej z rozprzestrzenianiem się koronawirusa w Polsce, 6 kwietnia 2020 r. Sejmowe wystąpienie premiera Mateusza Morawieckiego o sytuacji związanej z rozprzestrzenianiem się koronawirusa w Polsce, 6 kwietnia 2020 r. Krystian Maj / Kancelaria Prezesa RM
Premier Morawiecki podkreśla, że Polska jako pierwsza wdrażała różne rozwiązania w walce z epidemią. W kilku aspektach rząd faktycznie zareagował szybko, ale w wielu innych się spóźnił. A Polacy za to płacą.

Choć czasy sprzed obowiązkowej izolacji wydają się dziś odległe, na potrzeby tego tekstu cofnijmy się do chwil, gdy życie w Polsce przebiegało bez zakłóceń. Za punkt graniczny weźmy 27 lutego. Nad Wisłą nie było wtedy żadnego potwierdzonego przypadku Covid-19, w Europie gwałtownie już jednak rosła liczba zakażeń. We Włoszech było ich 650 (i 17 ofiar śmiertelnych), w Niemczech – prawie 60, we Francji przybywało co dzień ok. 20. Wirusa stwierdzono w 14 krajach kontynentu. Było jasne, że w Polsce też już jest albo zaraz się pojawi.

Czytaj też: Od tego się zaczął włoski dramat? Wirus na stadionie

Na Okęciu nikt nie mierzył temperatury

27 lutego to nieprzypadkowa data. Władze lotniska w Budapeszcie, najważniejszego w tej części świata, choć mniejszego niż warszawskie Okęcie, podjęły wówczas decyzję o zainstalowaniu kamer termowizyjnych, mierzących temperaturę pasażerom. W stolicy nikt o niczym podobnym nie słyszał. Nie zbierano też informacji o ostatnich podróżach, nie zalecano zgłaszać się do sanepidu w razie powrotu z krajów uznanych za strefy ryzyka. Obowiązywała tylko instrukcja Głównego Inspektoratu Sanitarnego, aby unikać wyjazdów do dziewięciu państw (ośmiu azjatyckich i Włoch), gdzie wirus rozprzestrzeniał się najszybciej.

Czytaj też: Właśnie wróciłem z Azji. Co mam robić?

Polska bez sztabu kryzysowego

Wróćmy na Węgry. O pierwszych zakażeniach poinformowano na początku marca – byli to dwaj studenci, którzy przyjechali z Iranu odpowiednio 26 i 28 lutego. Rządowy zespół do spraw walki z epidemią natychmiast przyspieszył swoje prace, a został powołany już z końcem stycznia. W jego skład weszli ministrowie spraw wewnętrznych, aktywów państwowych i krajowi konsultanci z zakresu epidemiologii i pneumonologii. Zespół od chwili potwierdzenia pierwszego zakażenia na Węgrzech zbiera się codziennie.

W Polsce 4 lutego odbywało się posiedzenie senackiej komisji zdrowia. Zaproszony na nie szef Głównego Inspektoratu Sanitarnego Jarosław Pinkas opowiadał, że SARS-CoV-2 „to nie jest wirus, którego będziemy się bać tak samo jak SARS czy MERS”. Zapewniał, że „nie potrzebowaliśmy zwoływać żadnych sztabów kryzysowych”, „po prostu wdrożyliśmy nasze standardowe procedury”.

Twierdził ponadto, że ostrzeżenia WHO „nie dotyczyły nas”, ale „tych krajów, które nie radzą sobie z ochroną zdrowia”. Gdy z sali padały pytania opozycji, m.in. od szanowanej w środowisku medycznym prof. Alicji Chybickiej, kontestującej optymistyczne prognozy szefa GIS, Pinkas z Waldemarem Kraską, sekretarzem stanu w Ministerstwie Zdrowia, zapewniali zebranych, że polska służba zdrowia jest doskonale zaopatrzona, przygotowana i „nie ma sygnału, (...) że jest jakieś niebezpieczeństwo, jeżeli chodzi o bazę łóżkową”.

Premier Morawiecki z ministrem zdrowia, przedstawicielami sanepidu i wojewodami spotkał się dopiero 24 lutego w ramach Rządowego Zespołu Zarządzania Kryzysowego. Spotkanie dotyczyło jednak głównie wskazówek dla podróżnych, którzy wrócili z Włoch, a nie stopnia przygotowania kraju do kryzysu.

Polska szybko się zamknęła

Miesiąc później Polska wchodziła w pierwszą fazę lockdownu. Epidemia tak przyspieszała, że stanowiska władz zaostrzały się z dnia na dzień. 10 marca rząd podjął decyzję o odwołaniu imprez masowych powyżej 1000 osób na obiektach otwartych i powyżej 500 osób w halach widowiskowych. Dzień później zamknięto szkoły i placówki oświatowe. W piątek 13 marca Morawiecki ogłosił wstrzymanie lotów międzynarodowych, zamknięcie niektórych przejść granicznych i szereg restrykcji dla restauracji, kawiarń, hoteli. Zawieszono najem krótkoterminowy. Szybko i ostro jak na chorobę, która miała nas nie dotyczyć.

Jest faktem, że lockdown wprowadzono relatywnie szybko. Włosi zamknęli szkoły dopiero 4 marca, 34 dni po stwierdzeniu pierwszego przypadku zakażenia (Polska – sześć dni po pierwszym przypadku). Kiedy polski premier zawieszał zgromadzenia publiczne i wydarzenia sportowe, w Wielkiej Brytanii dzień później 52 tys. kibiców, w tym 3 tys. z Hiszpanii, zasiadło na trybunach w Liverpoolu w ramach meczu Ligi Mistrzów. Na Wyspach liczba potwierdzonych przypadków wynosiła już 456, w Polsce – 31. Premier Hiszpanii Pedro Sánchez 15 marca (8 tys. zakażeń) zaangażował do walki wojsko. Rząd Morawieckiego zrobił to 19 marca (355 zakażeń). Gołym okiem widać, że PiS szybko poradził sobie z wprowadzeniem narodowej kwarantanny.

Czytaj też: PiS łamie wszelkie zasady, żeby wybory były w maju

Czego rząd PiS zaniechał

W bezpośredniej walce z wirusem rząd już tak dobrze nie wypada. Nie wprowadził obowiązku korzystania z maseczek wzorem Włoch, Czech, Słowacji i Austrii. Czeski przypadek jest najbardziej reprezentatywny, bo właśnie tam udało się najskuteczniej w Europie spłaszczyć krzywą zachorowań. W Polsce na razie rekomenduje się ochranianie twarzy, a minister Łukasz Szumowski prosi personel medyczny, by używał maseczek.

Stan na: 

Liczba dziennie wykrytych przypadków koronawirusa. Średnia krocząca z 3 kolejnych dni. Źródło: ourworldindata.com