Kraj

Pałująca policja w państwie PiS

Interwencja policji w trakcie protestu przedsiębiorców. 16 maja 2020 r. Interwencja policji w trakcie protestu przedsiębiorców. 16 maja 2020 r. Adam Stępień / Agencja Gazeta
Policja szarga autorytet, który od 1989 r. mozolnie odbudowywała po czasach komunistycznej milicji i ZOMO. Znowu zaczyna służyć nękaniu, pałowaniu i traktowaniu gazem obywateli. Czy robi to z przekonania lub wyrachowania, czy jednak ze wstydem?

Od kilku dni trwa ożywiona korespondencja między redakcją „Gazety Wyborczej” a Komendą Stołeczną Policji. Chodzi o informację, że podczas tłumienia antyrządowej demonstracji dwa tygodnie temu funkcjonariusze użyli gazu i pałek.

Komu służy policja

Początkowo policja gardłowała, że nikt po żadne pały nie sięgał, gazeta uprawia „kłamstwo”, „antydziennikarstwo”, a „dezinformacje” takie wzmagają „falę hejtu wobec funkcjonariuszy”. Komenda na Twitterze apelowała też z angielska: „Stop fake news”. Dziennikarze odpowiedzieli na to dowodami: zdjęciami akcji (czy raczej pałowania), które dostarczyli im uczestnicy i świadkowie wydarzeń.

Wtedy wydział prasowy komendy przyznał, że „informując” (powinno być: dezinformując) o działaniach funkcjonariuszy, oparł się na „raportach przygotowanych przez policjantów”. Starszy aspirant Mrozek precyzował: „Żaden z nich nie zawierał informacji o użyciu środka przymusu bezpośredniego w postaci pałek”. Zapewniał też, że służby ustaliły „tożsamość widocznych na zdjęciu funkcjonariuszy, w tym tego trzymającego wzniesioną do góry pałkę służbową”, a „z polecenia Komendanta Stołecznego Policji wszczęte zostały czynności wyjaśniające w tej sprawie – ustalimy, w jakim zakresie funkcjonariusz wykorzystał ten środek przymusu i wobec kogo mógł zostać zastosowany”.

Problemem nie jest tylko użycie pałek do zlikwidowania tego konkretnego protestu, choć to zapewne przykład nadużycia środków przymusu. Otóż policja państwowa już wcześniej wyraźnie dawała wyrazy sympatii politycznych przez m.in. surowe traktowanie uczestników protestów wymierzonych w PiS przy równoczesnym pobłażaniu dla demonstrujących pod hasłami faszystowskimi i z racami w ręku prawicowym narodowcom. Ostatnio wykorzystując rygory stanu nadzwyczajnego w postaci restrykcji epidemiologicznych, działa jeszcze ostrzej. Bezpodstawne legitymowanie, fale wątpliwych wniosków o ukaranie przez sanepid, wreszcie traktowanie gazem i pałami oraz zatrzymywanie uczestników niedawnych protestów (i relacjonujących je dziennikarzy i fotoreporterów) – mogą służyć jako narzędzie do wywołania tzw. efektu chłodzącego wśród chcących wyrazić swój sprzeciw obywateli. Zwłaszcza że przełożeni zdają się ten styl pochwalać i – w stylistyce Józefa Cyrankiewicza i Władysława Gomułki – grożą użyciem przez państwo ostrych środków.

Czytaj też: Samosąd sanepidu. Płać, potem płacz

„Policjo, chciałabym ci ufać”

Aktywistka ruchu Obywatele RP Iwona Wyszogrodzka w minionych latach uczestniczyła w dziesiątkach demokratycznych i antyfaszystowskich protestów ulicznych, była legitymowana, zatrzymywana, wynoszona i szarpana przez funkcjonariuszy. Napisała właśnie na Facebooku:

„W moich »ustawieniach fabrycznych« znajduje się szacunek do Policji. Nie wyobrażam sobie świata bez służb porządkowych, które szukają zaginionych dzieci, łapią przestępców, chronią słabszych przed bandytami. To zawód zaufania społecznego.

W trakcie kontrmiesięcznic i licznych demonstracji pod Sejmem byłam świadkiem wielu sytuacji, w których milczeli i zachowywali zimną krew mimo różnych wyzwisk kierowanych w ich stronę. Widziałam takich, którzy płakali, słuchając tyrad o swoich obowiązkach i o konstytucji, mdleli w upałach i bali się rac rzucanych przez uczestników Marszu Niepodległości. Takich, którzy nadgorliwie wypełniali swoje obowiązki: wydawali rozkazy, wyprzedzając życzenia przełożonych, i z wyraźną przyjemnością łamali ręce moim koleżankom, podduszali i deptali po żebrach siedzących kolegów. Zastraszali i śmiali się z tych, którzy trafili do aresztu. Widziałam ich kłamiących w sądzie w procesie kolegi pacyfisty. Nie widziałam tego, który uderzył otwartą dłonią w twarz moją koleżankę, bo mógł, bo nikt tego nie nagrywał. Ani tego, który uderzył z pięści skutego w radiowozie kolegę. Widziałam, gdy ciągnęli po bruku 80-latka, bo stał na chodniku z banerem, jak ze wstydem patrzyli na czubki swoich butów, gdy sejmowi parkingowi przejmowali kontrolę nad ich zatrzymanymi. Widziałam i doświadczyłam wielu gestów współczucia i zrozumienia. Słuchałam zażenowanych wyjaśnień, że »taka służba«, obserwowałam gesty pogardy.

Mimo to – nie jest to ZOMO, a ich interwencje nie są pacyfikacją. Tak ich nazywając – obrażamy pamięć ofiar prawdziwych pacyfikacji. Mam w sobie nieustanną i stałą potrzebę ufania Wam, ale mi, cholera, Polska Policjo, tego nie ułatwiacie”.

Czytaj też: Kali z PiS. Podwójne standardy obozu władzy

Rozkaz czy prawo?

Ja z kolei miałem okazję obserwować, jak Krzysztof Kozłowski, mój Szef z dawnego „Tygodnika Powszechnego”, po objęciu w 1990 r. funkcji ministra spraw wewnętrznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego (przypomnijmy: pierwszego demokratycznego gabinetu po dekadach komunistycznego państwa policyjnego) próbował odbudowywać właściwą pozycję i szacunek dla państwowej policji. Pomagali mu w tym najbliżsi współpracownicy z kierownictwa MSW (m.in. Jerzy Zimowski i Jan Widacki), ale też sami policjanci. To im, zwykłym funkcjonariuszom, zdawało się wtedy najbardziej zależeć, by ludzie na ulicy przestali ich już kojarzyć z peerelowskimi milicjantami i traktować z kpiną czy wręcz pogardą. By nikt nie uważał policji za narzędzie polityków i by nie było już powodów do rechotania przy dowcipach o milicjantach. Wydawało się, że ta wielka i trudna operacja prawna, logistyczna i mentalnościowa się udała.

Tymczasem wystarczyło kilka lat i policja znowu działa wedle rozkazów, a nie prawa. Znowu można używać starego powiedzenia: „Policja bijącym sercem partii”, jako że zaczęła służyć nękaniu, pałowaniu i gazowaniu obywateli. Używana jest także do strzeżenia przez okrągłą dobę domu jednego z posłów.

Kluczowe pytanie (też na przyszłość) brzmi: czy funkcjonariusze robią to z przekonania bądź wyrachowania, czy jednak wciąż z odrobiną wstydu?

Czytaj też: Przepychanki, gaz i zatrzymania

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Pomocnik Historyczny

Fiat 126p. Polski Volkswagen, tylko trochę mniejszy

Gdyby szukać materialnego symbolu gierkowskiej dekady, Polski Fiat 126p byłby jak znalazł. To za sprawą tego małego autka zaczęła się w PRL era masowej motoryzacji. Bo samochód – obok własnego mieszkania – miał być najbardziej widomym znakiem dobrobytu Polaków.

Adam Grzeszak
12.10.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną