Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Nie strzelam w sylwestra. Najlepsze postanowienie na każdy rok

Przełom roku to ciężki czas zwłaszcza dla psów. Przełom roku to ciężki czas zwłaszcza dla psów. PantherMedia
Wystrzałowy sylwester może i dostarcza pewnych wrażeń – niektórym podoba się huk, zapach prochu i jasne światełka rozbłyskujące na niebie. Dla zwierząt te atrakcje są ogromnym stresem i bywa, że śmiertelnym zagrożeniem.

„Nie strzelam w sylwestra” – to będzie najlepsze postanowienie na stary rok, nowy i wszystkie kolejne. Bo to ciężki czas zwłaszcza dla psów. Dla niektórych z nich to najtrudniejsze noce w życiu, okupione drżeniem, walącym sercem, mimowolnym załatwieniem się, próbami ukrycia, wykopania nory w parkiecie albo szaleńczą ucieczką. Psy, które nie są zamykane, przede wszystkim te ze wsi i mniejszych miejscowości, przebiegają wtedy całe kilometry, przy okazji próbują dostać się do obcych domów i zabudowań gospodarczych, wpadają pod samochody.

Huk petard niesie się daleko

W Polsce nie ma wielu miejsc, gdzie można schronić się przed kanonadą. Wiedzą o tym ci, którzy próbowali wywozić swoich towarzyszy na ciche psie sylwestry. Okazuje się, że nawet na pagórkowatych terenach pokrytych gęstym lasem – wydawałoby się, barierą dla dźwięków – petardy i fajerwerki odpalane np. w niewielkim miasteczku słychać i z 10 km. Po pokonaniu takiego dystansu odgłos jest nadal wystarczająco silny, by zestresować psa. Hałas słychać w parkach narodowych, w górach i w środku największych kompleksów leśnych.

Większością wystraszonych psów ma się kto troskliwie zająć, dzikie zwierzęta muszą radzić sobie same. Każdej nocy miejskie gołębie, sikorki, gawrony, wrony, sroki, wróble czy mewy nie znikają, a rano nie pojawiają się w drodze jakiegoś cudu. Nocują na drzewach, dachach i na wodzie. Sylwestrowy huk podrywa je do lotu. Szaleńczo próbują się chronić w powietrzu, które nad miastami przypomina obszar ostrzału artyleryjskiego.

Sylwester w pełni sezonu łowieckiego

Niech nie dziwi na początku stycznia widok martwych ptaków pod budynkami – wiele z nich zginęło jednej nocy, roztrzaskując się o ściany i okna. Uderzą też o gałęzie, płoty, filary mostów, znaki drogowe. Podczas spacerów po parku spotkamy więcej ptaków z przetrąconymi skrzydłami – to też pamiątka po wystrzałach. Często skazująca jeśli nie na śmierć, to na wegetację ptaka z niepełnosprawnością, niemal bez szans np. na dochowanie się młodych w przyszłym sezonie i pomoc człowieka, bo nikt nie będzie ich odławiał i leczył. Podobnie jest ze zwierzętami w lasach, na łąkach czy polach. Je też dosięga huk. Straszący podwójnie, bo kojarzący się z odgłosami intensywnie prowadzonych obecnie polowań – mamy właśnie pełnię sezonu łowieckiego.

Czytaj też: Ćwierć miliarda wróbli mniej w Europie. Co to oznacza?

Pora przestać strzelać w sylwestra

Strzelanie w sylwestra jest praktyką, którą – zwłaszcza na szeroką, prywatną i amatorską skalę – najwyższa pora porzucić. Dyskusja o tym, czy zakazywać, czy pozwalać, jest globalna. 500 euro kary grozi mieszkańcom Rzymu. Tamtejszy burmistrz namawia, by uszanować przepis zakazujący strzelania od 31 grudnia do 6 stycznia, ale liczy się z tym, że rzymianie – tak było w zeszłym roku – zakaz zignorują.

Obrońcy praw zwierząt chwalą decyzję, choć powodem wprowadzenia obostrzeń były przede wszystkim względy zdrowotne, nawet nie tyle pandemiczne, ile kwestie urazów doświadczanych przez użytkowników materiałów wybuchowych. Podobny zakaz wprowadzono w Mediolanie. Równowartość ponad 18 tys. zł mogą zapłacić strzelający w historycznym centrum Pragi i m.in. w pobliżu szpitali, nie wolno tego robić na mostach i w parkach, pod uwagę wzięto bezpieczeństwo, także przeciwpożarowe, oraz dobrostan zwierząt. Ten będzie umiarkowany, bo na większości powierzchni Pragi strzelanie jest dozwolone.

Za to w Niemczech już na początku grudnia rząd zakazał sprzedaży środków pirotechnicznych i – drugi raz z rzędu – ich odpalania w sylwestra. To ma być jeden ze sposobów zniechęcania do większych zgromadzeń i walki z pandemią. Z sondaży wynika, że dwie trzecie Niemców aprobuje to posunięcie. Związek producentów fajerwerków lamentuje, bo decyzja naraża na szwank przyszłość branży zatrudniającej blisko 3 tys. osób w kraju. Zachwyceni są za to działacze zaangażowani w ochronę środowiska i praw zwierząt – twierdzą, że poprawę odczują miliony z nich.

Czytaj też: Z punktu widzenia dzikiego zwierzęcia

Na PiS nie można liczyć. Ale presja ma sens

Wiele miast, w tym szereg amerykańskich, całoroczne zakazy wprowadziło już dawno, np. w San Antonio w Teksasie samodzielna zabawa z pirotechniką może kosztować 2 tys. dol. Globalnym problemem – jak w Rzymie czy Polsce w ciągu roku – pozostaje egzekucja tych przepisów. Pewnie najlepszym sposobem będzie drastyczne ograniczenie sprzedaży petard i fajerwerków. W Polsce na rząd pod tym względem na razie nie można liczyć, ale presja społeczna, zwłaszcza klientów, może być tu decydująca. Pora więc wezwać zwłaszcza największe sieci sklepów, w tym dyskonty, by dobrowolnie wycofały z oferty fajerwerki i petardy. Presja ma sens – niektóre sklepy już rezygnują ze sprzedawania pirotechniki.

To handel cierpieniem zwierząt i ich śmiercią, dyktowany niskimi pobudkami – chęcią zysku (pewnie w skali całych sieci mikroskopijnego) i prymitywnej rozrywki.

Wilczak: Bez petard też można świętować sylwestra

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną