Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Wojska USA lecą do Europy. Rozgrywka Zachodu z Rosją wkracza w nową fazę

Prezydent USA Joe Biden Prezydent USA Joe Biden US Secretary of Defense / Lisa Ferdinando / Flickr CC by SA
Biden zaczął przesuwać piony na europejskiej szachownicy, najwięcej z nich trafi do Polski. Spadochroniarze z 82. dywizji powietrznodesantowej to amerykańskie siły odpowiedzi, zdolne do działania w kilkanaście godzin od alarmu. Byli w Polsce kilka razy, sam miałem okazję obserwować ich desant pod Toruniem. Robi to wrażenie.

Dwa tysiące żołnierzy z 82. dywizji powietrznodesantowej i dowodzącego nią 18. korpusu ma wkrótce przylecieć do Polski i Niemiec. Tysiąc żołnierzy ze stacjonującego w Niemczech 2. pułku kawalerii przemieści się do Rumunii. Decyzje ogłoszone właśnie przez Pentagon, uzgodnione z krajami gospodarzami i zatwierdzone przez Joe Bidena, zmieniają sposób reakcji USA, NATO i Zachodu na grożącą Ukrainie agresję zbrojną, która zwiększa zagrożenie militarne dla wschodniej flanki.

Ameryka zaczęła przesuwać piony na tej szachownicy, a wcześniej ostrzegła, że większe zagrożenie będzie nieuchronnie związane ze wzmocnieniem możliwości obrony NATO, także przez wojska Stanów Zjednoczonych.

„Bo jest ważne, żeby pokazać naszą determinację” – odpowiedział rzecznik Pentagonu na pytanie, czy ogłoszone decyzje sugerują, że USA zakładają, iż Putin może zaatakować nie tylko Ukrainę, ale i kraje należące do Sojuszu. Takie pytania zadawane są w amerykańskich mediach i debacie publicznej od co najmniej dwóch tygodni, czyli od kiedy Amerykanie zaczęli wyraźnie wskazywać, że dodatkowe wojska w Europie to kwestia czasu, jeśli kryzys będzie narastać.

„Bo poważnie traktujemy nasze zobowiązania w NATO” – powtarzał po raz enty emerytowany kontradmirał John Kirby w odpowiedzi na pytanie, dlaczego decyzja następuje właśnie teraz, skoro bezpośredniego zagrożenia dla NATO nie ma. „Pan Putin nadal gromadzi wojska, nadal nie wykazuje woli deeskalacji, nie tylko Ameryka to widzi, nasi sojusznicy też, w rezultacie tych dyskusji dokonujemy przesunięć, które nie są na stałe – ale też nie wykluczamy, że nastąpią kolejne”.

Podkast: W co z nami grają Rosjanie? Będzie wojna?

Czy to wystarczy?

Takie pytanie też padło i odpowiedź też była przewidywalna. Kraje NATO na wschodniej flance mają swoje siły zbrojne (odpowiedź akurat dotyczyła Rumunii) i one są w pełni zdolne do obrony tych krajów. Pentagon podkreśla, że obecne dodatkowe rozmieszczenia są niewielkie i w pełni mieszczą się w ramach określonych przez Bidena, który kilka dni temu zapowiadał, że wyśle żołnierzy do Europy, ale że nie będzie ich wielu.

Amerykańskie władze wykluczają udział tych wojsk w jakichkolwiek ewentualnych walkach na Ukrainie, żołnierze mają pozostać na terytorium krajów NATO. Nie ma mowy, by Ameryka wysyłała wojska do walki z Rosją. Celem jest wzmocnienie obecności wojskowej i zdolności obronnych na wschodniej flance. Dowódcą tych nowych kontyngentów będzie gen. Tod Wolters, dowódca sił amerykańskich w Europie, a jednocześnie dowódca operacyjny NATO, SACEUR. NATO w razie potrzeby będzie mogło cały czas skorzystać z zadeklarowanych przez USA wojsk w liczbie 8,5 tys., które mają stanowić kontrybucję do sił reagowania sojuszu – tzw. NRF.

Decyzje Bidena są jednak wyłącznie dwustronne, dokonane w porozumieniu z sojusznikami, poza schematem działania kryzysowego NATO, choć zwiększające wspólne zdolności obronne Sojuszu. W sumie amerykańskie siły postawione w stan gotowości w obecnym kryzysie przekroczyły 10 tys. żołnierzy, co już jest liczbą znaczącą, która – jak podkreślał Pentagon – może jeszcze wzrosnąć.

Wilczak: Uzbrojeni, dziwnie spokojni. Ukraińcy w obliczu wojny

Rosja sama się prosiła

Sytuacja przeszła zatem od zapowiedzi do działań. Stany Zjednoczone po raz kolejny pokazały, że stanowią podstawę wojskowego ubezpieczania w ramach NATO i prawdopodobnie jako jedyne są w stanie w ciągu kilku tygodni zgromadzić, przygotować i wysłać na miejsce kryzysu siły i dowództwa szybkiego reagowania. Nawet jeśli skala tych decyzji pokazuje, że jest to gest głównie polityczny, w sytuacji trwających działań dyplomatycznych gesty polityczne bardzo się liczą, bo oznaczają faktyczne wsparcie wypowiadanych deklaracji. Od tej pory amerykańscy dyplomaci konfrontujący się z Rosją mają w ręku silniejsze argumenty, a ich oświadczenia będą traktowane poważniej. Rosja najprawdopodobniej liczyła, że reakcja Zachodu, NATO i USA ograniczy się do słów, nawet jeśli były tym razem ostrzejsze. Ogłoszenie rzeczywistych przemieszczeń wojsk oznacza podniesienie tego dialogu na wyższy poziom.

Jeśli dokładnie wczytać się w amerykańskie decyzje, w ich wyniku w Europie znajdzie się nie tylko 2 tys. dodatkowych żołnierzy (przemieszczenie z Niemiec odbywa się w obrębie europejskiego dowództwa), ale przede wszystkim dodatkowe dowództwo korpusu powietrznodesantowego. To oznacza, że siły USA w Europie będą mieć do dyspozycji dwa takie dowództwa korpuśne na teatrze potencjalnych działań, czyli zyskają zdolność dowodzenia operacją lądową z udziałem 40–60 tys. wojska. Jeden korpus będzie miał charakter lekki, złożony głównie z jednostek powietrznodesantowych, zdolnych do błyskawicznej reakcji, ale wymagający wsparcia lotnictwa transportowego. Drugi będzie ciężki, przeznaczony dla jednostek zmotoryzowanych, zmechanizowanych i pancernych, już rozlokowanych w Europie (w Niemczech i Polsce) oraz możliwych do wysłania w nagłym trybie z USA, bo wykorzystujących sprzęt zmagazynowany w zachodnioeuropejskich składach uzbrojenia.

Taki scenariusz był ćwiczony w dwóch edycjach wielkich manewrów Defender Europe oraz w kilku mniejszej skali przedsięwzięciach. Siły amerykańskie będą mogły zostać potrojone w stosunku do obecnego zasobu w Europie, ale także zostaną bardziej wysunięte na południowy wschód, który dziś jest najbardziej narażony.

Równie istotne jest to, że batalion piechoty zmotoryzowanej Strykerów wysłany będzie do Rumunii, by pełnić przednią straż, taką, jaką pełnił w Polsce od 2017 r., gdy podjął pierwszy dyżur w ramach wysuniętych sił NATO. Tym samym być może zaczyna się era rotacyjnej, ale zapewne stałej obecności wojsk lądowych USA w Rumunii, największym i najważniejszym po Polsce kraju wschodniej flanki NATO. Amerykanie mają z Rumunią bardzo dobre relacje wojskowe, zbudowali tam pierwszą z dwóch w regionie baz antyrakietowych, ale wojska lądowe wysyłali najczęściej na ćwiczenia. Teraz, jak wejdą na czas kryzysu, zapewne pozostaną na dłużej, bo o to będzie zabiegać rumuński rząd. Przed decyzją Amerykanów wysłanie kilkuset żołnierzy do Rumunii zapowiedziała też Francja, na miejscu są cały czas Polacy. Obecny kryzys może więc wywołać rozszerzenie trwałej obecności wojsk NATO w południowej części wschodniej flanki. Rosja tego nie polubi, ale sama się prosiła.

Reszka: Jak Ukraińcy szykują się na wojnę

Jacy żołnierze trafią do Polski?

Minister obrony Mariusz Błaszczak doprecyzował komunikat Pentagonu i ogłosił, że będzie to 1,7 tys. spadochroniarzy z Fort Bragg – ze słynnej 82. dywizji powietrznodesantowej. Reszta z zapowiedzianych przez Pentagon 2 tys. trafi do sztabu do Niemiec.

82. dywizja to amerykańskie siły odpowiedzi zdolne do działania w kilkanaście godzin od alarmu. Byli w Polsce kilka razy, sam miałem okazję obserwować ich desant pod Toruniem na ćwiczeniach Anakonda w 2016 r., tuż przed lipcowym szczytem NATO w Warszawie. Robi to wrażenie – z brzuchów samolotów C-17 wysypują się setki białych czasz, które po chwili znikają, a na lądowisku zaczynają się jak mrówki ruszać żołnierze, kierujący się na pozycje i po zrzucony w pewnej odległości sprzęt. Trwa to dosłownie kilka minut, a służy tzw. siłowemu wejściu – zajmowaniu szczególnie istotnych obszarów przed wejściem tam przeciwnika albo w kontakcie z nim. Tym razem nie trzeba robić w Polsce pokazowego desantu, żołnierze najprawdopodobniej wylądują w samolotach, ale będą stanowić wysuniętą szpicę wysokiej gotowości. Bo o ile lot ze Stanów do Polski trwa 8–9 godzin, o tyle alarmowa akcja z Polski na wschodniej flance NATO to kwestia godziny–dwóch. Oczywiście, o ile w pobliżu będzie odpowiednie lotnisko i samoloty gotowe zabrać komandosów. Ale o transport zadba już europejskie dowództwo dysponujące flotą transportowców w niemieckim Ramstein, a sprawą Polski będzie zapewnienie dogodnego lokum w pobliżu lotniska. O ile w ogóle taką otrzymają misję, bo można sobie równie dobrze wyobrazić, że spadochroniarze zostaną „uziemieni” i będą działać jak każda lekka piechota, do tego też są przecież wyszkoleni. MON na razie nie informuje, gdzie umieści dodatkowych Amerykanów.

Gdy się pojawią, ogólna liczba wojsk USA w Polsce wzrośnie do ok. 7 tys. Joe Biden z naddatkiem wykona więc przyrzeczenie Donalda Trumpa, który kiedyś obiecał, że wyśle do Polski dodatkowy tysiąc żołnierzy. Nie całkiem jednak jest to wypełnienie polsko-amerykańskiej umowy o stacjonowaniu sił USA i budowie dla nich infrastruktury. Kierowani teraz do Europy żołnierze nie mają tu zostać na stałe, stanowią ubezpieczenie na czas kryzysu. Nie są też siłą, która byłaby w stanie zatrzymać Rosję, gdyby wpadła na pomysł zaatakowania NATO. Takiego ryzyka wciąż nie ma, bo gdyby było, w Europie pojawiłyby się wspomniane dwa korpusy i kilkadziesiąt zamiast 2 tys. dodatkowych żołnierzy.

Czytaj też: Wojna u polskich granic. Czy mamy odpowiednie procedury?

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną