Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty tylko 9,90 zł!

Subskrybuj
Kraj

Kaczyński żegna się z Ziobrą. Science fiction?

Zbigniew Ziobro i Jarosław Kaczyński w Sejmie Zbigniew Ziobro i Jarosław Kaczyński w Sejmie Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
Temperatura relacji między PiS a Solidarną Polską będzie zależała nie bezpośrednio od wydarzeń politycznych, lecz przede wszystkim od sondaży. Im będą dla PiS mniej łaskawe, tym gorzej się będzie działo w koalicji.

Późne lato, może wczesna jesień 2023 r. Do wyborów do Sejmu zostało 41 dni. Pełnomocnicy wyborczy PiS zgłaszają we wszystkich okręgach listy kandydatów na posłów, ustalone kilka godzin wcześniej przez kierownictwo partii. Okazuje się, że nie ma na nich polityków Solidarnej Polski. Jarosław Kaczyński oświadcza na briefingu, że utracił zaufanie do Zbigniewa Ziobry i jego ludzi. Prorządowe media – od TVP przez Radio Maryja po „Sieci” – chwalą śmiały ruch prezesa, nie dopuszczają ziobrystów do głosu i po paru dniach udają, że tematu znikniętego nagle koalicjanta nie ma.

Solidarnej Polsce pozostaje schować sztandary do szafy, bo minął już termin rejestracji komitetu wyborczego i własnych list wystawić nie może.

Science fiction? Kaczyński nie wyciąłby takiego numeru partnerowi, z którym dawno temu umówił się na wspólny start? Nie niszczyłby sojuszniczej partii? Cóż, może to i mało prawdopodobny scenariusz, ale Kaczyński nie jest najmniej bezwzględnym polskim politykiem, a jego sojusznicy – Andrzej Lepper, Roman Giertych czy Jarosław Gowin – na porozumieniu z PiS nie wychodzili najlepiej.

Sondaż „Polityki”: Z czym kojarzy się PiS i czy przełom jest tuż-tuż?

Ziobro nie rzuca papierami

Może zresztą nie byłoby to aż tak spektakularne. Może Kaczyński wyciąłby tylko kilku ziobrystów? Albo przyspieszył ten ruch o kilka tygodni, dając Solidarnej Polsce odrobinę czasu na przygotowania do kampanii?

Tak czy inaczej, Ziobro musi się liczyć z takim obrotem spraw, w którym na krótko przed wyborami większy koalicjant się z nim pożegna. Z rozmów z politykami Solidarnej Polski wynika zresztą, że minister sprawiedliwości jest w pełni świadomy delikatności swego położenia względem PiS i stara się w tych warunkach ugrać tyle, ile się da.

Mocno krytykuje Mateusza Morawieckiego z pozycji antyunijnych. Po środowym wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiego Ziobro nazwał „historycznym błędem premiera” dopuszczenie przez Polskę do wprowadzenia tzw. mechanizmu warunkowości (choć, prawdę mówiąc, Morawiecki nie mógł tego rozporządzenia zawetować). Morawieckiego atakuje także poseł Janusz Kowalski. Politycy Solidarnej Polski nie oszczędzają też prezydenta – europoseł Patryk Jaki oświadczył ostatnio, że wstydzi się głosowania na Andrzeja Dudę, i zasugerował, że prezydent zdradził interesy Polski, przygotowując projekt ustawy o Sądzie Najwyższym.

Zarazem zachowanie ziobrystów nie współgra z ich gromkimi deklaracjami; jeśli bowiem premier i prezydent z ich obozu narażają na szwank suwerenność Polski, jeśli minister sprawiedliwości nie ma przełożenia na działania rządu w sprawie ustawy o SN, to dlaczego nie rzuci po prostu papierami?

A z drugiej strony – dlaczego Kaczyński nie pożegna się z Ziobrą już teraz, skoro mnóstwo ludzi w PiS jest przekonanych, że Solidarna Polska chce być dla partii Kaczyńskiego tym, czym PiS był dla AWS? I stara się przyciągać do siebie posłów z tylnych ław PiS, co pokazało niedawne głosowanie nad ustawą covidową?

Janicki: Nie ma lepszego i gorszego PiS. Oni lepsi nie będą

W opozycji 160 Marków Suskich

I tak dochodzimy do paradoksu, który jest istotą relacji między PiS a Solidarną Polską. W krótkiej perspektywie Kaczyński i Ziobro żyją w symbiozie. PiS ma dzięki Ziobrze większość, a antyunijni wyborcy – wyrazistego reprezentanta w obozie władzy (nie muszą się rozglądać za Konfederacją). Morawiecki musi znosić pewne przykrości, ale pozostaje premierem. To jest teoria „dużego namiotu”, o której co pewien czas wspomina Kaczyński – mieszczą się w nim różne odłamy prawicy.

Ziobro też oczywiście czerpie korzyści z tego, że jest u władzy, nie ma się tu nad czym rozwodzić.

Co więcej, jeśli PiS miałby u władzy pozostać – co nie jest wykluczone – obu stronom opłacałoby się podtrzymywać koalicję przez kolejne cztery lata. Z tą różnicą, że Ziobro chciałby mieć więcej posłów, większy wpływ na politykę i prawo weta w sprawie obsady fotela premiera.

A jeśli namiot będzie mniejszy? Interesy obecnych koalicjantów stają się sprzeczne przy perspektywie utraty władzy przez PiS. Kaczyński, szykując się do kadencji w opozycji, chciałby mieć lojalny klub – w idealnym świecie byłoby to 160 Marków Suskich, a nie 120 pisowców, 15 ziobrystów, 10 bielanistów, pięciu kukizowców itp. Ziobro zaś chciałby na gruzach PiS zbudować własną prawicę.

Temperatura relacji między PiS a Solidarną Polską będzie zatem zależała nie bezpośrednio od wydarzeń politycznych (w tym nawet ewentualnego głosowania projektu ustawy o SN), lecz przede wszystkim od sondaży. Im będą dla PiS mniej łaskawe, tym gorzej się będzie działo w koalicji.

Na sobotę 19 lutego Ziobro zwołał zarząd swej partii. Mają zostać określone „czerwone linie” udziału Solidarnej Polski w rządzie. Decyzji o rozpadzie koalicji nie należy się spodziewać, ale ciekawa będzie retoryka w sprawie projektów sądowniczych i zakulisowe relacje o układzie sił w partii Ziobry. Bo żeby i tak skomplikowany obraz do reszty zagmatwać, można na koniec wspomnieć, że wcale nie jest tak, że w Solidarnej Polsce wszyscy mówią głosem Ziobry. Są tam i tacy, którzy PiS porzuciliby już dziś.

Czytaj też: PiS się zakiwał. Miliardy euro dla Polski właśnie się mocno oddaliły

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną