Prenumerata na trudne czasy.

6 miesięcy za 99 zł.

Subskrybuj
Kraj

W zimie zabraknie węgla, ale PiS boi się o tym powiedzieć

Kwestie ilości i cen węgla, i w ogóle stanu górnictwa, pobrzmiewają wśród postulatów działaczy związkowych z 13 central. Kwestie ilości i cen węgla, i w ogóle stanu górnictwa, pobrzmiewają wśród postulatów działaczy związkowych z 13 central. Sylwia Penc / Agencja Wyborcza.pl
Można spytać: w czym problem, jeśli węgiel z Rosji pochodził z kopalń odkrywkowych, tak samo jak kontraktowany obecnie z Australii i Kolumbii? Czemu u diabła urobek Rosjan nadawał się do domowych pieców, a ten zza oceanów już tylko do elektrowni? Gdzie leży pies pogrzebany i dlaczego polskie związki górnicze protestują?

Wtargnięcie działaczy związkowych do siedziby Polskiej Grupy Górniczej w Katowicach i zapowiedź okupacji aż do skutku, a więc do zrealizowania postulatów, to tylko fragment większej całości, ukazujący fatalną kondycję kopalń węgla energetycznego i – z pozycji ministra aktywów państwowych – jeszcze gorsze nimi zarządzanie.

Jeszcze nie tak dawno górnicy protestowali przed katowickim biurem poselskim Mateusza Morawieckiego i domagali się spotkania z premierem, żeby omówić ogrom węglowych spraw. Wszystko skończyło się na wymachiwaniu górniczą szabelką i tradycyjnym skandowaniem: „Poseł ze Śląska, oszust z Wrocławia!”.

Obie strony wiedziały, co będzie się działo, premier wykrzykiwane hasła doskonale zna, nie miał więc szczególnych powodów, żeby do stolicy Śląska zjechać. Tym bardziej że pisowska wieść niesie o jego niekandydowaniu ze śląskiego okręgu w najbliższych wyborach. Teraz protestujący domagają się spotkania z wicepremierem Jackiem Sasinem, uważając, iż to on potrafi rozwiązać ogrom górniczych problemów.

Węgiel płynie z Rosji, ale naokoło

Roland Zagórski, przewodniczący związku zawodowego kopalni „Wujek”, mówi, że chodzi nie tylko o pieniądze dla górników. Także o inwestycje w kopalniach i dotrzymanie podpisanych umów. O kasę oczywiście też, bo wydobywają na okrągło przez siedem dni w tygodniu. Strona rządowa przekonuje, że z górnikami jest w stałym kontakcie, co wkurza związkowców, bo przecież żeby spotkać się z Sasinem, muszą organizować kolejny okupacyjny protest. Rafał Jedwabny, wiceszef Sierpnia ′80, mówi z goryczą, że rząd ma dwie twarze – jednej używa w kraju, twierdząc, że polska energetyka jest wciąż oparta na węglu, drugą pokazuje w Unii Europejskiej, zgadzając się na likwidację polskich kopalń. Według związkowców państwo nie jest zarządzane, topi się w chaosie, nie dotrzymuje społecznych umów, a rząd nie ma odwagi powiedzieć obywatelom prawdy. Prosto w twarz, także górnikom.

Osobiście sądzę, że rząd ma wypożyczalnię twarzy, które zakłada w zależności od partyjnych potrzeb. Przekonuje, że nie sprowadza ruskiego węgla, a sprowadza – tylko nie z Federacji Rosyjskiej, a z Niemiec. Ten temat oczywiście pojawia się w tle protestów. W 2021 r. kupiliśmy ponad 8 mln wrażego ruskiego kruszcu – od którego gwałtownie odcięliśmy się w połowie tegorocznego kwietnia, protestując przeciwko agresji Rosji na Ukrainę. Znowu byliśmy najlepsi w Europie, co dało nam tytuł do pouczania innych. Znowu byliśmy suwerenną awangardą i pokazaliśmy kolejny raz, że my, Polacy, twardo potrafimy rozmawiać z Rosjanami. Jak nikt inny. Zupełnie inaczej niż nasi pożal się Boże sprzymierzeńcy z Unii. Szczególnie ci najwięksi: Holandia i Niemcy. Według Eurostatu (Europejski Urząd Statystyczny) kraje UE kupiły w 2021 r. w Rosji 55 mln ton węgla, ponad 12 proc. z wydobytych tam 440 mln.

Czytaj też: Czekają nas drastyczne podwyżki cen prądu

Będzie chłód i chrust

Tymczasem nasi europejscy partnerzy dali sobie cztery miesiące na zrealizowanie wcześniejszych umów z Rosją – tak więc do końca sierpnia będą jeszcze węgiel sprowadzać. Tym samym swojemu embargu sprezentowali vacatio legis. Europejskie wróble ćwierkają, że w ten wyjątkowy czas kupują go znacznie więcej, niżby wynikało z pierwotnych kontraktów. No i znacznie taniej, niż wynosi aktualna cena rynkowa. Business is business. W marcu tego roku rosyjski węgiel kosztował ok. 130 dol. za tonę, kiedy rynkowa cena sporo już przekraczała 250 dol.

Tak w praktyce wygląda unijne embargo na ten surowiec. Może nie najważniejszy w rosyjskim eksporcie, ale dla nas nadchodzącej zimy będzie miał wymiar strategiczny. Bo u nas powieje chłodem. Ekspert węglowego rynku mówi, że te cztery miesiące, które sobie honorowo podarowaliśmy, zupełnie wystarczyłyby na zapełnienie przed zimą węglowych składów w potrzebne gatunki kruszcu. Byłoby też więcej czasu na szukanie alternatywnych kierunków importu. A tak zostaniemy z kłopotami i leśnym chrustem.

Izba Gospodarcza Sprzedawców Węgla szacuje tegoroczny deficyt na 11 mln ton, z tego 5 mln ton zabraknie w sektorze komunalno-bytowym. Eksperci i związki zawodowe mówią o niedoborach rzędu 8–12 mln ton. Ministerstwo Klimatu i Środowiska, w postaci pani minister Moskwy, ocenia braki na 5,5–6 mln ton (wypowiedź dla „DGP”). Jednocześnie optymistycznie zakłada, że powinniśmy sobie z tym wszystkim poradzić, zwiększając import z Australii, Indonezji, Kolumbii i USA. Problem w tym, że jest to przede wszystkim miał nadający się do elektrowni i ciepłowni, a nie węgiel tzw. gruby (ekogroszek, kęsy, orzech) do domowych pieców. A pieców mamy wciąż całkiem sporo.

Według GUS w 2021 r. liczba gospodarstw domowych wykorzystujących węgiel kamienny sięgała 4,3 mln, z tego dla 3,8 mln z nich był podstawowym produktem do ogrzania domów, mieszkań i przygotowania jedzenia. Tutaj niewiele się zmieniło. Jeżeli przyjmiemy, że przeciętne gospodarstwo domowe liczy tylko trzy osoby, to ok. 10 mln Polaków będzie za kilka miesięcy przytupywać z zimna. Nie tylko z powodu braku węgla na rynku, ale też jego ceny. Zaporowej. Okazuje się bowiem, że kwietniową optymistyczną refleksję premiera Morawieckiego, wysnutą tuż po podpisaniu embarga – o węglu przywiezionym zza oceanów, który wcale nie musi być droższy od rosyjskiego – można włożyć między bajki. Jak zwykle zresztą, ale o tym poniżej.

Czytaj też: Czy Polska przestanie importować gaz, ropę i węgiel z Rosji?

Górnictwo. Tarcza antyinflacyjna

Kwestie ilości i cen węgla, i w ogóle stanu górnictwa, pobrzmiewają wśród postulatów działaczy związkowych z 13 central. Wszyscy wyjątkowo zgodnie zaprotestowali przeciwko polityce właściciela, resortu aktywów państwowych, wobec PGG – ciągle największej spółki węglowej w Europie. Idę o zakład, że ten krok dobrze został skonsultowany z zarządem PGG, bo zarówno związki zawodowe, jak i pracodawca siedzą na tym samym koniu. Pstrym. Na dodatek zmierzającym w niewiadomym kierunku.

Główne żądanie jest typowe: podniesienie średniego wynagrodzenia o wskaźnik inflacji, czyli 15,6 proc. – byłby to więc poziom 10 tys. zł brutto. Jest to postulat osiągalny, no może tylko w negocjacjach górnicy zejdą o jeden, dwa punkty.

Druga sprawa ma wymiar fundamentalny dla gospodarki, ale też wskazuje na źródło dopływu pieniędzy do kopalń. Choćby na inwestycje pozwalające zwiększyć produkcję węgla grubego dla ludności. Węgla, który jest sporo droższy w procesie wydobycia niż miał dla energetyki. Przygotowanie jednej ściany, która dałaby rocznie milion ton węgla grubego, to inwestycja trwająca do dwóch lat, generująca koszt rzędu 250–300 mln zł. Stąd takie ważne było i jest zapewnienie alternatywy dla rosyjskiego węgla – zanim nie wykopiemy własnego. To się, niestety, nie udało.

Tym źródłem gotówki dla górnictwa miały być energetyka i ciepłownictwo. I tutaj dotykamy kwestii najważniejszej z ważnych: tarczy antyinflacyjnej. W poprzednich latach szalejących inflacji narzucane przez rząd ceny węgla niewątpliwie odgrywały taką rolę. Teraz także, na początku protestu, ta sprawa wróciła. Czy znowu tylko górnictwo ma być tarczą antyinflacyjną? – zapytał Bogusław Hutek, szef Solidarności w PGG i równocześnie lider całej Solidarności Górniczej. Podał, że PGG sprzedaje energetyce węgiel po 250 zł za tonę. Tymczasem cena rynkowa takiego węgla jest sześciokrotnie wyższa.

W portach ARA (Amsterdam–Rotterdam–Antwerpia) wyznaczających ceny dla Europy tona dobrego węgla kosztuje dzisiaj 350 dol. To gdzieś 1650 zł. Sprzedając energetyce węgiel za połowę ceny obowiązującej w ARA, chytrze podpowiada Hutek, moglibyśmy, nie sięgając do budżetu, pokryć wszystkie nasze potrzeby i inwestować w nowe pokłady. Można policzyć: PGG sprzedała w tym roku energetyce i ciepłownictwu już 13 mln ton węgla, a więc połowa ceny rynkowej to dobrych kilka miliardów złotych dla kopalń. Do ich kieszeni. Tylko że ceny energii położą wszystko, co jeszcze jest do położenia. W samej PGG narzekają, że tylko w tym roku wzrost cen prądu i materiałów podwyższył im koszty o ponad 2,2 mld zł.

Ten rząd, oczywiście, nie pójdzie na wielokrotne podwyższenie cen węgla dla energetyki, a o ich urynkowieniu należy zapomnieć. To wszak byłoby polityczne samobójstwo.

Czytaj też: Węglowa derusyfikacja Polski

W transporcie leży pies pogrzebany

Jak wyjść z tej węglowej matni? Jeszcze przed odcięciem się od rosyjskiego węgla kopalnie zmuszane były do ograniczania wydobycia. Teraz na gwałt szuka się możliwości zwiększenia produkcji szczególnie deficytowych gatunków „do pieca”. Okupujący siedzibę PGG mówią, że regułą staje się praca w soboty i niedziele. Jak za Gierka. Ale za nią trzeba ekstra płacić, a i tak dodatkowe wydobycie nie pokryje braków po węglu rosyjskim.

Można zapytać: w czym problem? Przecież polskie porty mogą wyładować 8 mln ton węgla rocznie, a gdybyśmy potrzebowali więcej, to wolne moce przeładunkowe są w Rostoku. W czym problem, jeśli węgiel z Rosji pochodził z kopalń odkrywkowych, tak samo jak kontraktowany obecnie z Australii i Kolumbii? Czemu u diabła ruski urobek nadawał się do domowych pieców, a ten zza oceanów już tylko do elektrowni?

Okazuje się, że pies pogrzebany leży w samym transporcie. Rosyjski docierał do nas w większości wagonami po kilkadziesiąt ton w każdym i w ciągu paru dni po wydobyciu. I nie zdążył się „zmielić” na miał. Na granicy był przesiewany i pozyskiwano z niego gruby sort. Z jednego miliona ton można było uzyskać gdzieś połowę węgla grubego.

Węgiel zaoceaniczny płynący tygodniami w statkach po 60–100 tys. tonażu albo i większych podlega innym prawom. Jest ściśnięty, a warunki morskie dodatkowo sprzyjają jego rozdrobnieniu. Jest świetny, ale dla elektrowni. Tak mi wytłumaczono problemy z importem węgla grubego drogą morską. Na przykład ten z Kolumbii, a więc z kierunku „dość bliskiego”, który trafia do naszych portów. Po przeróbce pozyskiwano z jednej tony tylko 15–20 proc. węgla nadającego się do gospodarstw domowych.

W naszej okolicy węgiel do domowych pieców możemy jeszcze kupić w Czechach, ale są to ilości śladowe wobec potrzeb, no i samo górnictwo południowych sąsiadów kończy swoją dziejową misję. Także na Ukrainie, ale tu, wobec toczącej się wojny i blokady portów, sprawa wygląda jeszcze gorzej. Zresztą Ukraina sama będzie potrzebować ogromnych ilości węgla do swoich elektrowni i domowych pieców. W zasięgu jest jeszcze węgiel z Kazachstanu, podobny do rosyjskiego, ale wiadomo, że Rosja robi problemy z przepuszczeniem go przez swoje terytorium. A symulacja lądowego transportu przez Azerbejdżan, Turcję, a dalej morskiego przez Morze Śródziemne wypadła fatalnie: sam przewóz jednej tony do Polski kosztowałby ok. 120 dol.

Czytaj też: Nowy zbożowy szlak potrzebny od zaraz. Nie będzie łatwo

Tona węgla tonie nierówna

Nie będzie więc w tym roku możliwości, żeby rosyjski węgiel dla gospodarstw domowych został z marszu zastąpiony przez rodzime gatunki, a już na pewno nie kupimy go wystarczająco dużo za oceanami. Dlatego jest drogi, a wobec małej podaży na rynku będzie jeszcze droższy. W niektórych rejonach kraju tona popularnego ekogroszku kosztuje na początku lata już 3000–3500 zł. W ubiegłym roku – niecały tysiąc. Przeciętne gospodarstwo domowe spala rocznie 3–5 ton węgla.

Stąd próby ręcznego – ustawowego – uregulowania rynku. Sejm uchwalił, że cena tony węgla dla odbiorców indywidualnych nie może przekroczyć w kopalni 996,60 zł – i za taką kwotę ma być sprzedawana gospodarstwom domowym. Nie więcej jednak niż 3 tony na dom czy mieszkanie. W zamian za to handlujący węglem przedsiębiorcy dostaną od państwa rekompensatę w wysokości 1073,13 zł za tonę. Tak samo mają być potraktowani przedsiębiorcy, którym jakimś cudem uda się sprowadzić węgiel statkami w stanie nadającym się do odsiania grubych gatunków. Właśnie prezydent podpisał ustawę wyznaczającą maksymalną cenę węgla dla odbiorców indywidualnych.

Wydaje mi się jednak, że to rozwiązanie od początku kupy się nie trzyma. Polscy producenci zapewniają, że w 2022 r. są w stanie wydobyć 2,5–3 mln ton węgla dla gospodarstw domowych, w sytuacji gdy zapotrzebowanie na gruby sort sięga 8 mln ton. Nic, tylko ratunek w węglu zza oceanu. Niech będzie Kolumbia. Jeżeli łańcuch dostaw zostanie uruchomiany – w tym kredyty i ubezpieczenia – to tona węgla w ARA kosztuje, jak już wiemy, 1650 zł, a po dopłynięciu do Świnoujścia lub Gdańska powinna dojść do 1800–2000 zł. Do tego wyładunek, odzyskanie węgla grubego i transport w głąb kraju. Za jedną tonę, która przejedzie z wybrzeża na Podkarpacie, trzeba zapłacić minimum 200 zł...

Do tego tona tonie nierówna. Gruby węgiel pójdzie po prawie tysiąc złotych, z kolei przesiany miał dla energetyki – już po 250 zł góra. Plus marża, VAT... Cena węgla dla gospodarstw domowych sięgnie niechybnie 3000 zł. Jeżeli tysiąc zapłaci odbiorca i trochę ponad tysiąc dopłaci państwo, to kto przedsiębiorcy handlującemu węglem doda kolejny tysiąc? Prezes spółdzielni mieszkaniowej w „Mistrzu i Małgorzacie” odpowiedziałby bez wahania: Puszkin!

Czytaj też: Powrót do węgla? Serio? Wojna nie cofnie biegu historii

Polska węglem stoi?

Kiedy w kwietniu rezygnowaliśmy z rosyjskiego węgla na amen, to złotousty i długonosy premier zapewniał, że węgiel zza oceanów nie musi być droższy. Niestety, musi! Cudów nie ma.

Kiedy kończę ten komentarz, tona dobrego węgla energetycznego w Newcastle, największym porcie węglowym Australii, w dostawach do Europy przekroczyła 400 dol. Najwięcej w historii. Wprawdzie chodzi o umowy spotowe, natychmiastowe, ale cena robi wrażenie. Szczególnie kiedy doda się do niej fracht na dystansie kilkunastu tysięcy mil morskich. Ta cena nie musi zakotwiczyć w portach ARA w Europie, ale też nie ma gwarancji, że nie będzie większa i nie przebije obecnych 350 dol. Jeżeli po sierpniu kraje UE na serio potraktują embargo na rosyjski węgiel, to w przyszłym roku na unijnym rynku zabraknie 55 mln ton surowca. Dla eksporterów węgla to znakomita wiadomość. Dla odbiorców niekoniecznie. Jeszcze zimą ceny w ARA mogą przekroczyć 400 dol. i szybko się nie zatrzymają.

W każdym razie węgiel w Polsce będzie coraz droższy: ten do elektrowni i ten do domowych pieców. I będzie go brakować, czego rząd nie chce publicznie potwierdzić. Zaklinanie rzeczywistości nic nie dało. Tak samo jak embargo na węgiel, które unijni partnerzy wprowadzać będą dopiero od września. Cóż dodać?

Polska węglem stoi – tak, to prawda, ale także trzecia prawda ks. Tischnera.

PS Dr Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki, alergicznie reaguje na hasło z taką lubością rzucane na lewo i prawo przez szefa Solidarnej Polski, że Polska węglem stoi (źródło: magazyn „EKG” TOK FM, 6 lipca 2022 r.): owszem, stoi, ale tylko wtedy ma to sens, jeśli przynosi profity z punktu widzenia ekonomii. Inaczej będzie przypominało hasła propagowane w PRL, kiedy nikt nie liczył pieniędzy i wszystkiego było w bród. Wydobywanie węgla ma sens tylko wtedy, kiedy trzyma się ekonomii. Tymczasem jego ceny poszybowały w górę, co wpływa na rentowność polskich kopalń, tym bardziej że dotychczas kopalnie były wspierane przez pieniądze podatników, czyli subwencjonowane. Unia nie wymaga od nas likwidacji kopalń, tylko tego, żeby nie musiały korzystać z pomocy publicznej. Tym bardziej że w zasięgu ręki są energetyczne źródła odnawialne – najtańsze. Energetyka oparta na węglu nie jest w stosunku do nich konkurencyjna. Sytuacja, którą mamy teraz, jest wyjątkowa – za kilka lat się zmieni. Teraz wszystkie kraje musiały zweryfikować swoją politykę energetyczną i wrócić do węgla kamiennego, jednak nie można zaklinać rzeczywistości i faktu, że UE zmierza do jego redukcji do 2049 r. Czeka nas więc trudny program, wymagający wsparcia i pomocy z budżetu państwa, ale zarazem potrzebny i powiązany z ekonomicznym zyskiem. Na szczęście rząd wycofał się z błędu ustawy 10 H, blokującego w Polsce energię wiatrową, w myśl słów Jarosława Kaczyńskiego, że „wiatraki nie są źródłem energii, tylko przekleństwem polskiej wsi”. Tymczasem energia pochodząca z wiatraków jest najtańsza. Gdybyśmy mieli jej więcej – jej cena byłaby dużo niższa. Im więcej wiatraków, także tych na morzu, im więcej fotowoltaiki – tym więcej taniej energii w Polsce.

Czytaj też: Rewolucja w węglowym raju. Australia zamyka największą elektrownię

Więcej na ten temat
Reklama
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną